Wreszcie, ale…

Media, zarówno te tradycyjne, jak i społecznościowe, ogłosiły sukces: wkrótce dołączymy do grona państw cywilizowanych i będziemy mieli medyczną marihuanę. Oczywiście, cieszę się ze wszystkimi, bo to jednak ruch do przodu, jednak zdecydowanie nie podzielam wielkiego entuzjazmu. Oto moje refleksje:

– na razie ustawa przeszła przez Sejm. Nie wiem, co się stało, że ośrodki decyzyjne wszystkich partii nakazały głosować na „tak”, ale nakazały. Ale już czytałem wypowiedzi posłów PO, że projekt im się w paru miejscach nie podoba, ale nie chcą już dłużej blokować prac w Sejmie i poprawki zostawiają na debatę w Senacie. Fantastycznie, szkoda tylko, że tej dyskusji nie przeprowadzili przez 8 lat swoich rządów, kiedy ze stuprocentowo koalicyjnym koalicjantem mieli większość w parlamencie, a w pałacu prezydenckim swojego człowieka. Poparcie dla idei MM ze strony pani Kopacz czy pana Arłukowicza brzmi mi teraz trochę obłudnie. No, ale dobrze, każdy ma prawo popełniać błędy i je naprawiać, szkoda, że zazwyczaj robi to wtedy, gdy niewiele już może (p. Kwaśniewski też jest w tej grupie). Poczekajmy zatem na rozwój wypadków w Senacie;

– można założyć, że Senat projektu nie odrzuci (co najwyżej zmodyfikuje), a prezydent podpisze. Co dalej? Przepisy wykonawcze. Te będą zapewne w gestii dwóch ministerstw: zdrowia oraz spraw wewnętrznych, może też sprawiedliwości (gdyby ktoś nie kojarzył: tego pod Ziobrą). Na całym świecie zawsze tak było, że społeczeństwo (bezpośrednio w referendum czy za pośrednictwem parlamentu) decydowało, że chce mieć dostęp do medycznej marihuany, a potem władza wykonawcza sypała piach w tryby. Zawsze. Nie widzę powodu, dla którego ludzie Radziwiłła mieliby iść chorym na rękę i ułatwiać im życie. Widzę natomiast powody, dla których ludzie Radziwiłła mieliby realizować swoje własne cele, które jak raz z interesem chorych są sprzeczne. Jeżeli się okaże, że widzę zbyt czarno, chętnie odszczekam;

– ustawa uchwalona, przepisy wykonawcze wydane (mam nadzieję, ze w ustawie będzie na to jakiś maksymalny – rozsądny – okres). Co dalej? Chory udaje się do apteki po marihuanę z receptą. Zaraz… z receptą? A skąd ją weźmie? Ilu lekarzy ma choćby blade pojęcie o działaniu kannabinoidów? Czy jest ich przynajmniej 1%? Szczerze mówiąc – wątpię. Tego nie wykłada się na żadnej polskiej uczelni medycznej, a na to, żeby poczytać coś po godzinach, polski lekarz nie ma ani czasu, ani sił, ani motywacji. Co z tego, że „teraz już będzie można”? Ani czasu, ani sił, ani motywacji od tego nie przybywa. Będziemy potrzebować wielu lat, żeby sytuacja się zmieniła w jakiś widoczny sposób. Przerabiali to (a właściwie wciąż przerabiają) Czesi. Niestety, ustawa to jeszcze nie wszystko;

– podobno* w ustawie jest zapis, że marihuana ma być „ostatnią deską ratunku”, czyli że będzie ją można przepisać dopiero po wyczerpaniu innych opcji terapeutycznych. Zapis idiotyczny, wymierzony przeciwko chorym, no ale wiadomo, że to nie o interes chorych tu chodzi. Wpadłem kiedyś na pomysł, żeby chory miał prawo nieleczenia się farmaceutykami i przejścia od razu do marihuany, o ile wpłaci jakąś urzędowo ustaloną kwotę „wykupu”, przekazywaną bezpośrednio na fundusz zasilający firmy farmaceutyczne: pieniądze i tak stracone, ale przynajmniej oszczędzi się organizmowi konieczności trucia się chemią;

– wszystkie przeszkody pokonane, pacjent idzie z receptą do apteki. Aptekarz dziś o marihuanie oczywiście nie ma pojęcia, ale szybko może się dokształcić, o wiele szybciej niż lekarz. Ale przecież nie za darmo. Poza tym, przechowując w aptece tak śmiertelnie niebezpieczną substancję (cytat z Radziwiłła), będzie musiał mieć sejf co najmniej tak samo solidny jak dla opioidów, co zrodzi dodatkowe koszty. Nie zapominajmy także o stresie u pracowników apteki. Zatem całkiem uzasadnione będzie, że do ceny hurtowej suszu aptekarz doda ze 100% narzutu. A cena hurtowa niska nie będzie, bo marihuanę będziemy importować z drogich krajów: z Holandii pewnie nie, bo nam za dużo nie dadzą, ale może z Izraela, a może z Kanady (nie wiem, z kim są dogadani ci, co pociągają za sznurki). Wliczając jeszcze koszt transportu (takie ładunki to chyba z uzbrojonymi konwojentami, nie?), mamy dość jasny obraz: zarabiający kilka razy mniej Polak będzie za marihuanę płacił co najmniej 2 razy więcej. Niektórych pewnie będzie stać, tak jak stać ich teraz na Sativex. Ale większość…? Mam nadzieję, że sądy w przyszłości będą brały pod uwagę wyłożone tutaj okoliczności łagodzące…

Jak napisałem, dobrze, że coś się ruszyło. Niestety, nie rozumiem powodów, dlaczego dotąd szło jak po grudzie, a tu nagle tylko Kempa i Ziobro byli przeciw. A zrozumienie powodów jest istotne, bo od nich zależy, czy to bardzo ułomne prawo będzie wkrótce zmienione ku pożytkowi chorych, czy chodzi właśnie o to, żeby zamknąć chorym gębę („przecież macie” – tak robią teraz dygnitarze z MZ z importem docelowym), ale żeby w rzeczywistości niewiele się zmieniło. Czas pokaże…

* Napisałem „podobno”, bo projektu ustawy nie znam. Kiedyś się zapoznawałem, analizowałem, do członków Komisji Zdrowia mejle słałem, ale naiwność mi przeszła – już nie mam złudzeń, że tu chodzi o jakąś merytoryczną dyskusję, o ważenie argumentów. Są po prostu poranne SMS-y z instrukcjami, jak głosować. Dlatego szkoda mi czasu na etapy pośrednie: tekst ustawy przeczytam, gdy już będzie ogłoszony w Dzienniku Ustaw (bo przecież nawet podpisany przez prezydenta jeszcze nie ma mocy prawnej i może się zdarzyć, że będziemy protestować z transparentami „Beata publikuj!„…)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.