„O medycznej marihuanie raz jeszcze” – do posłów z Komisji Zdrowia i wiceministra Pinkasa

Szanowni Państwo!

Pozwalam sobie przesłać parę uwag po obejrzeniu zapisu drugiego posiedzenia podkomisji do spraw medycznej marihuany. Nie, nie zamierzam bombardować Państwa wiadomościami po każdym posiedzeniu, poniższy tekst jest tylko uzupełnieniem mojego nagrania sprzed kilku dni i myślę, że kolejnych uwag już nie będzie.

Wniesiona ostatnio autopoprawka, eliminująca możliwość upraw własnych, jest z punktu widzenia chorych kolejnym dużym krokiem wstecz. Kolejnym, bo już pierwotny projekt mocno się samoograniczał (pisałem o tym na blogu: tu oraz tu).

Uprawy własne są pacjentom potrzebne z dwóch powodów: pewność dostaw oraz koszt kuracji. Jak to wygląda w tej chwili? Popatrzmy:

1) Ministerstwo Zdrowia mówi, że dla wszystkich potrzebujących pacjentów sprowadzi marihuanę z importu. Cóż, jeżeli dalej będzie to ±30 osób rocznie, to pewnie tak. Jednak rzeczywista skala potrzeb w Polsce wyraża się dziesiątkami, a prawdopodobnie setkami tysięcy osób (w ośmiomilionowym Izraelu w programie medycznej marihuany jest zarejestrowanych prawie 25 tysięcy chorych).

Musimy pamiętać, że jedynym europejskim źródłem marihuany do zastosowań medycznych jest w tej chwili holenderska firma Bedrocan. Nie jest to typowa firma handlowa, jej zadaniem jest zapewnienie marihuany na potrzeby pacjentów holenderskich. Ponieważ tego zapotrzebowania nie da się wyliczyć dokładnie, Bedrocan zawsze dysponuje pewnymi nadwyżkami, które może przeznaczyć na eksport. Ale… W kolejce stoją już Niemcy, Włochy, Czechy i kilka innych krajów. Polacy dostaną marihuanę, o ile coś jeszcze zostanie na sprzedaż. Gdy medyczną marihuanę wprowadzali u siebie Czesi i chcieli opierać się na dostawach holenderskich, dowiedzieli się, że polityka Bedrocanu jest taka, że zgadza się dostarczać do jakiegoś kraju nadwyżki (o ile je ma) przez 2 lata, a potem się wycofuje i „radźcie sobie sami inaczej”. Dlatego zaraz po wprowadzeniu u siebie legalności Czesi rozpisali przetarg na uprawę krajową, a we Włoszech uprawę zlecono wojsku. Pamiętajmy: absolutnie NIE MOŻNA zakładać, że wystarczy złożyć zamówienie w Holandii i marihuana już jedzie.

Niedawno pojawiły się informacje o planowanym eksporcie marihuany z Izraela (gdzie dotąd prawo tego zakazywało), ale dopóki ta sprawa nie wyjaśni się od strony organizacyjnej i handlowej, trudno będzie zakładać, że to jest pewne źródło marihuany.

W czasie dzisiejszej imprezy o nazwie Kongres Zdrowia Publicznego wiceminister Pinkas wspomniał o 5 dostawcach, do których można się zwrócić – przyznaję, że nie wiem, o kogo jeszcze może chodzić. Być może jakieś firmy kanadyjskie (obowiązujące od niedawna zmodyfikowane prawo zlikwidowało monopol 1 firmy i dopuściło na rynek inne). Jeżeli tak, to dobrze, choć pewnie tanio nie będzie.

2) Ministerstwo Zdrowia mówi, że będzie uprawiać marihuanę w Polsce, ma nawet już kilka lokalizacji. Świetnie, niestety nie podano żadnych szczegółów. Istnieją 2 możliwości: będą to uprawy na zewnątrz albo pod dachem.

Uprawy zewnętrzne mają jedną bardzo dużą zaletę: są relatywnie tanie. Mają też dużą wadę: są nieprzewidywalne. Niesprzyjające warunki pogodowe albo atak szkodników mogą poważnie zredukować ilość i jakość plonu. Nawet do zera – co wtedy? (Pamiętajmy, że tutaj uprawia się raz do roku. Czyli w przypadku jakiegokolwiek problemu po prostu nie ma lekarstwa. Aż do następnych zbiorów.)

Uprawy pod dachem są droższe, wymagają specjalistycznego sprzętu (oświetlenie, nawodnienie, system do komputerowego sterowania wszystkimi warunkami) oraz sporej wiedzy. Gdy wspomniany wcześniej Bedrocan otrzymywał od holenderskiego rządu licencję, miał już kilkanaście lat doświadczeń z uprawą roślin w kontrolowanych warunkach i parę lat doświadczeń z uprawą konopi.

Czy ktoś w Polsce ma wystarczające umiejętności i wystarczającą wiedzę na temat marihuany, żeby „z marszu”, natychmiast po otrzymaniu zlecenia z MZ, podjąć się uprawy? Nie konopi w ogóle, lecz tych jej odmian, które my nazywamy marihuaną, a Ustawa o przeciwdziałaniu narkomanii „konopiami innymi niż włókniste”. W przypadku małej uprawy domowej organizacja procesu zajmuje parę tygodni. Duża uprawa przemysłowa o wiele więcej. A obietnica otrzymania leku w przyszłości niestety działa na chorych znacznie gorzej niż sam lek.

A zatem, podsumowując:

– uprawa własna prowadzona przez pacjentów zapewniłaby im pierwszą partię leku już po jakichś 3-4 miesiącach;

– koszt leku byłby stosunkowo niski – na pewno niższy niż w przypadku importu docelowego (ministerstwo chętnie pokazuje społeczeństwu refundację jako swoje wielkie osiągnięcie; ale przecież refundacja marihuany dla tysięcy chorych raczej nie wchodzi w grę). Nie wiem, czy Państwo wiedzą, że cena marihuany sprowadzonej z Holandii jest w polskiej aptece około dwukrotnie wyższa niż w aptece holenderskiej.

Kwestia upraw własnych była chyba najbardziej kontrowersyjna w całym projekcie. Dla mnie to zupełnie niezrozumiałe, bo przecież legalne byłyby jedynie uprawy zgłoszone i zaakceptowane, uprawy, które w każdej chwili można skontrolować. Ci chorzy, którzy nie chcieliby się ujawniać, prowadziliby swoje uprawy nielegalnie. Dokładnie tak samo, jak robią to dziś. A cały system miał na próbę obowiązywać przez 2 lata. W tym czasie można byłoby porządnie zorganizować uprawy rządowe, a jednocześnie dokonać ewentualnych korekt systemu, by działał tak, jak się oczekuje, że będzie działać. Ustawodawcy zawsze pozostawała możliwość nieprzedłużenia tego okresu próbnego, a wtedy automatycznie wszystkie uprawy na powrót stałyby się nielegalne.

No, ale skoro poseł wnioskodawca sam wycofał się z upraw domowych, to nie pozostaje nic innego jak stwierdzić, że brak możliwości samodzielnego uprawiania nie będzie dla chorych dolegliwy (a więc problem będzie można uznać za rozwiązany) tylko i wyłącznie wtedy, gdy Ministerstwo Zdrowia zapewni im nieprzerwany dostęp do marihuany po rozsądnej cenie. Czy zapewni…?

Z poważaniem
Bogdan Jot

PS
W wypowiedziach zarówno posłów, jak i przedstawicieli Ministerstwa Zdrowia bardzo często pojawiają się wyrażenia „leki na bazie marihuany”, „preparaty farmaceutyczne”, „produkty recepturowe sporządzane przez aptekę”. Proszę pamiętać, że w większości przypadków najlepszą postacią leku jest sama marihuana czyli susz roślinny. Można ją palić (choć coraz powszechniejszy jest użytek waporyzatorów, pozwalających uniknąć szkodliwych produktów spalania), można robić z niej produkty spożywcze albo czopki. Wyrażenie „leki na bazie marihuany” sugeruje jakąś jej przeróbkę, która musi martwić chorych. Nie tylko dlatego, że automatycznie będzie to oznaczało wzrost kosztów terapii. Również dlatego, że największą skuteczność ma cała roślina (lub wyciąg z całej rośliny). Dzieje się tak dlatego, że dla zdrowia korzystniejszy niż jeden wyizolowany składnik jest cały zestaw składników występujących w roślinie (chodzi nie tylko o kannabinoidy, lecz także i o pozostałe związki: terpenoidy, flawonoidy i całą resztę). To synergiczne działanie, wykazane przez liczne już badania, ma nawet swoją nazwę: „entourage effect” czyli efekt otoczenia.

PS2
Z dużym zdziwieniem wysłuchałem wystąpienia prawnika z Biura Analiz Sejmowych, który stwierdził, że projekt wciąż nie jest zgodny z prawem unijnym i wymagałby notyfikacji. Czy prawnicy sejmowi są jedynie recenzentami, obiektywnymi obserwatorami wydarzeń? Nie znam się, ale gdybym ja był posłem, wydawałoby mi się logiczne zlecenie im takiego przeformułowania projektu, żeby, przy niezmienionym meritum, projekt spełniał już wszystkie wymagania. Prawnicy w wielu krajach unijnych jakoś sobie z tym poradzili, bo tam medyczna marihuana już funkcjonuje, a notyfikacja nie była potrzebna. Ale, powtórzę, nie znam się…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.