Wstęp

Przyklejony

W niemal połowie stanów USA lokalne prawo zezwala na używanie marihuany do celów medycznych. W Izraelu w wielu szpitalach pacjenci mogą palić marihuanę w celach terapeutycznych. W niektórych krajach europejskich marihuanę kupuje się na receptę w aptekach. A w Polsce? Poważna dyskusja na temat leczniczej marihuany jeszcze się u nas nawet nie rozpoczęła – bo trudno za poważną dyskusję uznać kilka rozmów w telewizjach śniadaniowych, pojedyncze artykuły w prasie czy nieliczne konferencje naukowe, o których słyszeli jedynie ich uczestnicy. Liczyć, że ten blog wiele w tej materii zmieni, byłoby zapewne dużą nieskromnością, ale może zainteresuje on parę osób i będzie dla nich źródłem ciekawych informacji.

Temat bloga jest jasny: lecznicze właściwości marihuany i jej medyczne zastosowania. Ale nie będę unikał też wpisów na temat marihuany w ogóle czy polityki narkotykowej (na przykład na temat legalizacji bądź depenalizacji). Na pewno natomiast nie będzie dyskusji o uprawie, o odmianach czy o dawkowaniu w konkretnych chorobach.

Gorąco zapraszam wszystkich do dzielenia się swoimi przemyśleniami i uwagami. Zasady komentowania nie są zbytnio skomplikowane albo udziwnione – można zapoznać się z nimi na stronie O blogu.

UWAGA dla osób niezbyt oswojonych z blogami: niniejszy wpis jest „przyklejony” i zawsze będzie znajdował się na samej górze. Bezpośrednio pod nim będzie umieszczany wpis najnowszy. Jeżeli ktoś zechce zapoznać się z wpisami w kolejności ich umieszczania, to musi zacząć od samego dołu ostatniej strony.

Mariusz Jędrzejko – naukowiec spełniony

Nazwisko Mariusz Jędrzejko nie jest obce osobom oglądającym telewizje śniadaniowe albo osobom, które – tak jak ja – przeszukują Internet w poszukiwaniu ciekawych materiałów o maryśce. Jędrzejkę zaprasza zarówno publiczna, jak i telewizje prywatne – w programach robi za specjalistę od marihuany właśnie. Jest socjologiem, ma tytuł profesora. Ponadto jest dyrektorem Mazowieckiego Centrum Profilaktyki Uzależnień – tak nazywa się jego prywatna firma.

 

Profesura, dyrektorowanie i cykliczna obecność w telewizorze nie wszystkim wystarczają, by uznać p. Jędrzejkę za znawcę tematu, na który tak obficie się wypowiada. Na przykład czytany i polecany przeze mnie Mateusz Klinowski zamieścił na swoim blogu wpis pod dużo mówiącym tytułem „Herosi polskiej nałki i narkofobii: Mariusz Jędrzejko”, w którym dość mocno Jędrzejkę podszczypuje. Wtóruje mu Edwin Bendyk w tekście „Uwaga, Jędrzejko. Pedagogika po góralsku” – też krytycznym. Wolne Konopie napisały do p. Jędrzejki list otwarty – nie wiem, czy został przeczytany, a tym bardziej odpowiedziany.

Gdyby ktoś z Was nie znał poglądów p. Jędrzejki na marihuanę, a chciałby je poznać, to bardzo proszę, oto próbka i jeszcze może początek tego artykułu.

Na deser ploteczka (czy cokolwiek w Polsce może się jeszcze obejść bez ploteczek o celebrytach?): w jednym z programów pan profesor zakablował dziennikarkę Agnieszkę Szulim, że mu się przyznała do jarania. Ciekawy felieton napisał na ten temat Jaś Kapela, a sam program można obejrzeć tu.

 

7 maja 2013 p. Jędrzejko wystąpił w TVP w kolejnym Pytaniu na śniadanie. Materiał pt. „Czy Polacy legalnie zapalą marihuanę?” jest dostępny w Internecie. W pewnym momencie (ok. 2:20) p. Jędrzejko mówi: „Nikt na świecie nie wymyśli już nic innego. To są rzetelne amerykańskie i europejskie badania pokazujące wielopłaszczyznowy problem. (…) My wiemy wszystko, naprawdę wiemy wszystko”.

Oto postawa godna prawdziwego naukowca. Koniec nauki! Wiemy już wszystko! Już niczego nowego się nie dowiemy! Jakże inaczej brzmi wypowiedź Jerzego (też profesora) Vetulaniego: PRZEDMIOTEM NAUKI JEST NIEWIADOME.

 

Powyższy tekst to tylko wprowadzenie. P. Mariusz Jędrzejko będzie bohaterem jeszcze kilku innych tekstów na tym blogu. Na pewno. Już wkrótce.

 

UWAGA: Sądy, czasem krytyczne, jakie będę wyrażał o poglądach i wypowiedziach p. Jędrzejki, w żadnym stopniu nie odnoszą się jego wiedzy socjologicznej. Do takiej oceny po prostu nie miałbym prawa jako ignorant w tej dziedzinie. Wszystkie uwagi będą dotyczyły tylko i wyłącznie różnych aspektów wiedzy o marihuanie.

 

Szybki rozwój wydarzeń…

Minęło ledwie kilka tygodni od wyjścia książek z drukarni, a już pewne rzeczy są w nich nieaktualne. Jako autora oczywiście trochę mnie to martwi, ale przecież zdaję sobie sprawę z nieuchronności zachodzących zmian. Szczęśliwie chodzi tylko o drobne szczegóły – cała reszta jeszcze przez dłuższy czas, myślę, będzie aktualna.

Zmiany dotyczą legalności medycznych zastosowań marihuany – ostatnio przybyło miejsc, gdzie stała się ona legalna. Nie mam najmniejszych wątpliwości: na tym na pewno się nie skończy, a proces liberalizacji będzie postępował. Wciąż tylko nie wiem, jak w tej sytuacji odnajdzie się nasz kraj…

 

Niniejszy wpis chciałbym potraktować jako swojego rodzaju erratę do książek.

• W kilku miejscach pisałem w nich o tym, że medyczne zastosowania marihuany są legalne w 20 stanach USA plus w szczególnym stanie, jakim jest stołeczny Dystrykt Kolumbii. Ale teraz nie jest to już 20+1, lecz 23+1. W ostatnim czasie do legalizacji medycznej marihuany doszło w stanach Maryland, Minnesota i Nowy Jork.

Gdyby ktoś chciał śledzić rozwój sytuacji w Stanach na bieżąco albo gdyby potrzebował szczegółów (dopuszczalne ilości marihuany na jednego pacjenta czy choroby, przy których dopuszcza się jej stosowanie), polecam (aktualizowaną na bieżąco) stronę.

W tym roku przewidywane jest jeszcze powszechne głosowanie nad medyczną marihuaną w trzech stanach: Ohio, Pensylwanii i na Florydzie. Jest też parę stanów, które na razie możliwość dopuszczenia marihuany w leczeniu odrzuciły. Zainteresowanych szczegółami odsyłam do tej strony.

• O tym, że w połowie zeszłego roku medyczny użytek marihuany zalegalizowała Francja, a pod koniec roku także Rumunia, zdążyłem napisać. Natomiast nie miałem żadnej możliwości włączenia do tekstu informacji, że na taki krok zdecydowała się Słowenia – ta decyzja została podjęta bardzo niedawno.

 

Na szczęście na tym kończy się (na razie…) lista informacji wymagających uzupełnienia. A w oczekiwaniu na kolejne zmiany chciałbym zachęcić Was do przeczytania (po angielsku) tego artykułu z listą 10 krajów, w których legalizacja dowolnego użytku marihuany wydaje się być kwestią nieodległej przyszłości.

Słowniczek: ~zacje

W różnych dyskusjach dotyczących marihuany albo narkotyków często pojawiają się podobnie brzmiące słowa kończące się na -zacja. Bywa, że są one używane wymiennie, co sugeruje, że dla autorów są synonimami. Czy rzeczywiście słowa te znaczą to samo? – może warto zastanowić się chwilę nad ich znaczeniem. Przy poniższych rozważaniach skorzystam z następujących źródeł: [SJP] – internetowy Słownik Języka Polskiego; [Kop] – Słownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych Władysława Kopalińskiego (Wiedza Powszechna 1990); [Wiki] – polska Wikipedia; [WSPP] – Wielki słownik poprawnej polszczyzny (PWN 2011).

liberalizacja
2. osłabienie rygoru, zmniejszenie rygoryzmu, złagodzenie norm, przepisów itp.” [SJP]: mamy pewien stan wyjściowy charakteryzujący się jakimś poziomem ograniczeń narzuconych przez prawo, a po liberalizacji poziom ten jest niższy, a prawo łagodniejsze. Liberalizacja jest możliwa prawie zawsze – nie jest jedynie wtedy, gdy prawo w odniesieniu do danej sfery życia nie przewiduje absolutnie żadnych ograniczeń czy restrykcji – wtedy nie ma czego liberalizować. To stan raczej hipotetyczny, zwłaszcza w naszym wolnym od 25 lat społeczeństwie.

depenalizacja
obniżenie wymiaru i uszczuplenie zakresu kar ustawowych za pewne rodzaje przestępstw” [Kop]. Czyli: pewne zachowania, dotąd karane przez prawo karne surowiej, od momentu depenalizacji są wciąż karane, ale łagodniej.

dekryminalizacja
uznanie, iż czyn nie jest już przestępstwem” [Wiki], co oznacza, że dany czyn – wciąż uznawany przez społeczeństwo za naganny – nie jest już przedmiotem zainteresowania prawa karnego, lecz podlega innym karom np. administracyjnym.

legalizacja
zespół czynności obejmujących sprawdzenie, stwierdzenie i poświadczenie dowodem legalizacji, że przyrząd pomiarowy spełnia wymagania metrologiczne” [Wiki]. A nie, przepraszam, to nie ta definicja :-) O, to ta: „[…] uznanie za zgodne z prawem” [Kop]: coś, co było zakazane, po legalizacji jest dozwolone, choć oczywiście niekoniecznie bez żadnych ograniczeń. (Alkohol jest legalny w większości krajów świata, ale chyba nigdzie nie ma pełnej swobody jego produkcji i dystrybucji.)

Jak na razie idzie dobrze, prawda? No to pokomplikujmy nieco obraz:

• Widać, że znaczenie pierwszych dwóch terminów jest bardzo zbliżone, ale liberalizacja ma zastosowanie o wiele szersze: depenalizacja odnosi się jedynie do prawa (zazwyczaj państwowego, choć także do prawa wewnątrz różnych organizacji), natomiast liberalizacja obejmuje również wiele innych sfer życia (obniżka ceł albo zniesienie ograniczeń pozataryfowych to liberalizacja handlu międzynarodowego; „Uczelnie będą liberalizowały zasady przyznawania stypendiów naukowych” [WSPP]).

• depenalizacja to wg. [SJP] „obniżenie wymiaru i ograniczenie zakresu kar ustawowych za pewne rodzaje przestępstw lub uznanie za legalne czynów wcześniej karalnych„- a zatem internetowy słownik (na pewno nie do końca będący autorytetem w kwestiach językowych) uznaje, że depenalizacja to to samo, co (zdefiniowana w podkreślonym przeze mnie fragmencie) legalizacja

• [Wiki] podaje: „Depenalizacja – przeciwieństwo penalizacji, jest to rezygnacja z karalności określonego typu czynu, uznawanego dotychczas za przestępstwo lub wykroczenie. Rozróżniamy depenalizację pełną oraz częściową:
   - depenalizacja pełna polega na całkowitym zniesieniu karalności czynu (zniesienie odpowiedzialności karnej), a tym samym i kary za popełniony czyn, który nie jest już traktowany jako przestępstwo lub wykroczenie,
   - depenalizacja częściowa polega na przekształceniu przestępstwa w wykroczenie (likwidacji typu przestępstwa i wprowadzaniu typu wykroczenia, a zatem likwidacji odpowiedzialności karnej i wprowadzeniu odpowiedzialności za wykroczenie) – inaczej kontrawencjonalizacja lub dekryminalizacja„.
Widzimy, że dla wikipedysty „depenalizacja częściowa” to dekryminalizacja, zaś „depenalizacja pełna” to sytuacja, którą ja określiłem wcześniej mianem liberalizacji. No właśnie, w dalszej części tego artykułu w Wikipedii czytamy: „Według niektórych prawników synonimem depenalizacji jest dekryminalizacja. Są także poglądy odmienne, różnicujące oba pojęcia. Wtedy ‚dekryminalizacja’ oznacza zniesienie odpowiedzialności karnej za określony czyn, natomiast ‚depenalizacja’ – złagodzenie (obniżenie) kary, jaką zagrożony jest czyn przestępczy, bez dokonywania zmiany rodzaju odpowiedzialności (prawnokarnej na odpowiedzialność za wykroczenia)„.

Nie jestem prawnikiem ani językoznawcą, nie mam ambicji, by sformułowane przeze mnie powyżej definicje stały się obowiązujące, nawet na tym blogu. Jeżeli ktoś uważa, że coś pomieszałem, proszę o komentarz, wspólnie postaramy się naprostować to, co będzie wymagało naprostowania.

Jeden z marihuanowych blogów

Buszując po Internecie natknąłem się na małego (przynajmniej na razie) bloga, którego autor porusza różnorodne tematy ze świata marihuany. Znaleźć tam można m. in. omówienia badań analizujących jej wpływ na człowieka, wpisy dotyczące działania leczniczego czy statusu prawnego marihuany w Polsce i na świecie. Wpisy nie pojawiają się zbyt często, ale większość z nich (jeśli nie wszystkie) na pewno okaże się ciekawa dla każdej osoby zainteresowanej marihuaną. Adres bloga: nasionakonopi.blog.pl. Zajrzyjcie, moim zdaniem warto.

Puk, puk… jest tam kto?

Dzięki skryptowi śledzącemu ruch wiem, że trochę ludzi odwiedza tego bloga. Może nie są to wielkie tłumy, ale nie jest najgorzej, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że to blog niszowy i wciąż młody. Z czasem pewnie odwiedzin będzie przybywać.

Ale… Martwi mnie trochę, że zupłnie nie ma komentarzy. Może to być wynik tego, że piszę tak genialnie, że nie ma co komentować (tym bardziej, że prosiłem, żeby nie wpisywać niczego niewnoszących krótkich tekstów typu „Bardzo dobre”, „Zgadzam się” itp.) Ale może nikt nie komentuje, bo piszę tak tragicznie, że „ręce opadają i szkoda czasu na komentarze”? Albo może większość odwiedzających trafia tu przypadkiem i szybko wychodzą zniesmaczeni, bo nie tego szukali? Fajnie byłoby wiedzieć, że piszę dla kogoś, nie dla siebie.

A więc: puk, puk… jest tam kto?

Idziemy do konopnej apteki… popatrzeć

W tych amerykańskich stanach, gdzie medyczny użytek został prawnie usankcjonowany, chorzy posiadający od lekarza stosowną rekomendację mają 3 możliwości: – uprawiać samodzielnie; – zlecić to wyspecjalizowanej osobie (zwanej caregiver); albo – dokonywać zakupów w którejś z konopnych aptek (dispensary).

Ponieważ biznes związany z medyczną marihuaną kwitnie, aptek takich jest sporo. Ciekawe, że z jakiegoś powodu wydają się trudne do policzenia. Chcąc się np. dowiedzieć, ile ich jest w Kalifornii, znalazłem informację, że między 500 i ponad 1000. Ale inne poważne źródło pisze, że między 500 i 1000 to jest w samym Los Angeles. Z kolei w stolicy „zielonego stanu” Kolorado, 600-tysięcznym Denver, jest -jak podaje stacja CBS- ponad 200 aptek konopnych, 3 razy więcej niż kawiarni Starbucks i restauracji McDonald’s łącznie.

Początki działalności dispensaries nie były łatwe, bo pomimo swej legalności stanowej wciąż były narażone na działania federalnych stróżów prawa. „Naloty” kończyły się zarekwirowaniem całego towaru, a często także zatrzymaniem personelu. I choć dziś prawo federalne wciąż traktuje marihuanę jako świństwo najgorsze z możliwych (znajduje się ona na tzw. „Liście I” przeznaczonej dla substancji poddanych najbardziej restrykcyjnej kontroli), od pewnego czasu federalni nie stwarzają problemów osobom i przedsiębiorstwom działającym w zgodzie z prawem stanowym.

 

Pomyślałem sobie, że może fajnie będzie popatrzeć z bliska, jak wyglądają takie dispensaries. Na przykład: co tam można kupić? Przede wszystkim: susz marihuany, oczywiście. Dostępnych jest wiele odmian, w cenniku oprócz ceny jest też krótsza lub dłuższa charakterystyka każdej odmiany (jako minimum informacja, czy jest to indica czy sativa, ale często uzupełniona o zawartość THC i CBD czy wskazanie, na jakie dolegliwości dana odmiana jest polecana). Ceny są podawane za gram oraz za określoną część uncji (=prawie 30 g) – od całej uncji do 1/8. W Kolorado jeden gram kosztuje zwykle 9-12 dolarów czyli 27-36 zł (taniej niż u polskiego dilera…): cennik 1, cennik 2, cennik 3. W Kalifornii jest trochę drożej: 14-18 dolarów czyli 42-54 zł za gram: cennik 4, cennik 5, cennik 6. Oprócz suszu luzem można też kupić gotowe papierosy („pre-rolls”), zawierające zwykle 1 g marihuany i kosztujące ok. 10 dolarów za sztukę.

Praktycznie każda apteka oferuje także kannabinoidy w bardziej skoncentrowanej formie: haszysz oraz „oleje” czyli marihuanowe wyciągi (alkoholowe lub inne). Dużą popularnością cieszą się także przeróżne produkty do jedzenia i picia („edibles”). Zainteresowanym proponuję rzucić okiem na menu 1 lub menu 2. (Nie wszystkie edibles powodują odurzenie, bo niektóre zawierają bardzo mało -lub wcale- THC, za to sporo niepsychoaktywnego a działającego leczniczo CBD.)

 

Myślę, że będzie jeszcze ciekawe zajrzeć do środka kilku dispensaries – tym bardziej, że bez rekomendacji lekarza nie tylko nie można tam niczego kupić, ale nawet nie da się wejść do środka. Przedstawiam więc kilka zdjęć znalezionych w Internecie – mnie te lokale kojarzą się z wykwintną perfumerią lub salonem jubilerskim.

dispensary1

dispensary2dispensary3dispensary4dispensary5dispensary7dispensary8dispensary9dispensary6

 

Na koniec link do reportażu pokazanego w popularnym amerykańskim programie „60 minutes”, traktującego o dispensaries i całym przemyśle medycznej marihuany: 13-minutowy materiał główny jest tu, a 3,5-minutowa „dogrywka” tu.

Czytam i polecam (Jerzy Vetulani)

Jednym z przedmiotów dociekań neurobiologów jest oddziaływanie substancji psychoaktywnych na człowieka. Niejedynym, również nie najważniejszym, ale jest. Jeżeli ktoś interesuje się psychotropami (a choćby tylko jednym z nich – jak w moim przypadku), dobrze jest mieć nieco szersze spojrzenie na mechanizmy działające w mózgu – ludzkim, ale też innych zwierząt. Dlatego zainteresował mnie blog Piękno neurobiologii prowadzony przez prof. Jerzego Vetulaniego. Ten blog daje właśnie takie szersze spojrzenie.

Zapewne nie wszyscy zainteresowani marihuaną będą chcieli przeczytać bloga prof. Vetulaniego od deski do deski. Ale nie muszą: dzięki tagom łatwo znajdą interesujące ich teksty. A jeżeli ktoś stwierdzi, że w ogóle nie interesuje go temat tak szeroko przedstawianej neurobiologii, to niech przynajmniej przeczyta ten wpis – moim zdaniem lektura obowiązkowa.

Słowniczek: kannabinoidy

Każda dziedzina wiedzy ma swój własny zasób słów, swoją terminologię. Wiedza o marihuanie też. Myślę, że warto wyjaśnić znaczenie przynajmniej tych najważniejszych. O kilku podstawowych pojęciach pisałem już we wpisie „Marihuana wchodzi na scenę„, teraz krótko o paru innych terminach.

Kannabinoidy to organiczne substancje występujące prawie wyłącznie w konopiach (prawie, bo jest parę innych roślin, w których je znaleziono, np. w kilku gatunkach jeżówki). Początkowo badane kannabinoidy pochodziły wyłącznie z roślin, potem jednak źródeł ich pochodzenia przybyło (o czym za chwilę), stąd te roślinne zaczęto dla klarowności nazywać fitokannabinoidami, czyli kannabinoidami pochodzenia roślinnego

(Uwaga ortograficzna: często spotyka się pisownię kanabinoidy, przez jedno „n”. Wg Gugla występuje ona nawet częściej. Ponieważ jednak wyraz ten pochodzi od słowa cannabis – łacińskiej nazwy konopi – myślę, że podwójne „n” jest bardziej uzasadnione. Ostatnie wydanie Wielkiego słownika ortograficznego PWN na ten temat nie mówi nic.)

W marihuanie znajduje się mnóstwo różnych kannabinoidów – chyba nikt dokładnie nie wie, ile, bo informacje o wyizolowaniu kolejnych pojawiają się z dość dużą częstotliwością. Poza tym dochodzi kwestia przekształcania się jednych w drugie – spontanicznego, ale nie tylko: podczas palenia jointa wysoka temperatura powoduje zjawisko tzw. dekarboksylacji, w wyniku której mogą powstawać kannabinoidy, jakich nie ma w roślinie. Przez długi czas uważano, że w marihuanie jest około 60 kannabinoidów, potem liczba ta stopniowo rosła. Wikipedia podaje, że jest ich „co najmniej 85″, a w pracy „Pharmacological and therapeutic secrets of plant and brain (endo)cannabinoids” autorstwa pracującego w Izraelu czeskiego naukowca Lumíra Ondřeja Hanuša (bardzo zasłużonego dla rozwoju nauki o marihuanie) pojawia się liczba 108. (Ta praca została opublikowana w 2009 roku, przez 5 lat fitokannabinoidów zapewne jeszcze przybyło.)

Najważniejszym fitokannabinoidem jest THC, a konkretniej delta-9-tetrahydrokannabinol (Δ9-THC). Najważniejszym dlatego, że w większości odmian marihuany jest go najwięcej ze wszystkich kannabinoidów, ale także dlatego, że to właśnie jego szukają w maryśce palacze przyjemnościowi, bo ma on działanie psychoaktywne. Zawartość THC w suszu zależy od wielu czynników i wynosi od prawie 0% (w konopiach przemysłowych) do ponad 20% (w marihuanie ze specjalnie wyselekcjonowanych odmian, zwykle uprawianych pod dachem). THC ma dużo właściwości terapeutycznych.

Drugim co do znaczenia fitokannabinoidem jest CBD – kannabidiol. W marihuanie używanej przyjemnościowo nie tylko jest niepotrzebny – jest wręcz niewskazany, bo, sam będąc niepsychoaktywny, jeszcze na dodatek osłabia psychoaktywność THC. Jednak ma duże znaczenie w różnych terapiach i właśnie przez brak psychoaktywności jest bardziej strawny dla wielu konserwatywnych lekarzy i naukowców.

Gdy w roku 1990 w mózgu człowieka odkryto receptory reagujące na kannabinoidy, stało się jasne, że nasze organizmy wytwarzają substancje identyczne lub przynajmniej w jakiś sposób podobne do kannabinoidów. Pierwszą z takich substancji odkryto w roku 1992 i nadano jej nazwę anandamid (od słowa ananda, które w sanskrycie oznacza błogość). Trzy lata później odkryto drugą, która otrzymała nazwę 2-AG. Dla chemika są to substancje zupełnie różne od THC i CBD, ale receptorom w mózgu (nazwanym CB1) nie przeszkadza to w obecności THC zachowywać się podobnie, jak w obecności anandamidu, a receptorom z obwodu (CB2) reagować podobnie na CBD i 2-AG.

Podejrzewa się, że w naszych organizmach powstają jeszcze jakieś kannabinoidy, choć to nie zostało jeszcze potwierdzone. Te dwa już powszechnie zaakceptowane, anandamid i 2-AG, tworzą kategorię kannabinoidów endogennych, czyli wytwarzanych wewnętrznie. Często zwane są one skrótowo endokannabinoidami.

We wpisie poświęconym lekom kannabinoidowym pisałem o Marinolu (dronabinolu) i Cesamecie (nabilone). To przedstawiciele trzeciej grupy kannabinoidów – syntetycznych. Jest ich całe mnóstwo, niektóre testuje się jako potencjalne leki, ale przeważająca większość używana jest wyłącznie do badań laboratoryjnych. Ciekawostką jest to, że dla chemików synteryzujących te substancje only sky is the limit: niektóre z nich mają siłę działania kilkaset razy większą niż THC!

Receptory kannabinoidowe razem z endokannabinoidami oraz enzymami służącymi organizmowi do „recyklingu endokannabinoidów” (rozkładania ich do prostszych składników, wykorzystywanych później przy nowej ich syntezie) nazwano układem endokannabinoidowym. Wielu naukowców uważa, że jego odkrycie jest najważniejszym wydarzeniem w nauce o człowieku ostatnich kilkudziesięciu lat.

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia

Motto: Tylko krowa nie zmienia zdania.

 

W latach 70. kongresman Newt Gingrich był wielkim zwolennikiem medycznej marihuany. Znał ją z bardzo bliska, bo -jak sam przyznał- popalał sobie w szkole. (Nie znalazłem informacji, czy się zaciągał.) Pomysł medycznego stosowania marychy spodobał mu się do tego stopnia, że w 1981 stanął przed Izbą Reprezentantów jako jeden ze sprawozdawców prezentujących projekt stosownego prawa federalnego. Jako członek Kongresu był bardzo cennym współpracownikiem Pacjenta Zero (Roberta Randalla – pierwszego w USA człowieka, który wywalczył sobie prawo do palenia marihuany ze względów zdrowotnych).

Jednak kariera polityczna ma swoje prawa. W owym czasie władzę w Białym Domu sprawował Ronald Reagan i twardo kontynuował rozpoczętą przez Nixona „wojnę z narkotykami”, wspierany przez żonę z jej słynną, skierowaną do młodzieży, kampanią „Just say no” ([narkotykom] „Po prostu powiedz nie”). Gingrich zrozumiał, że obraz łagodnego wobec narkotyków konserwatysty w dalszej karierze na pewno nie pomoże. Przeszedł na drugą stronę. Dziś uważany jest za jednego z większych „antymarihuanowych jastrzębi” w Kongresie. A karierę zrobił: był przewodniczącym Izby Reprezentantów i republikańskim kandydatem na prezydenta w 2012.

 

 
U Lyna Nofzigera ewolucja poszła w odwrotną stronę. Był to prawicowy dziennikarz, pracował jako rzecznik prasowy Ronalda Reagana, gdy ten był gubernatorem Kalifornii, potem był zatrudniony w służbie prasowej Białego Domu, gdy rządził Richard Nixon, a potem Ronald Reagan. Stanowisko obu tych patronów Nofzigera w sprawie medycznej marihuany jest dobrze znane. (Ciekawe są pierepałki Nixona z powołaną przez siebie tzw. komisją Shafera, ale to temat na inne opowiadanie.) Nie mam na to żadnego potwierdzenia, ale jestem przekonany, że wśród tekstów pisanych dla prezydentów przez Nofzigera były także takie, które wypowiadały się przeciwko medycznej marihuanie.

Zwrot o 180° nastąpił po tym, jak córka Nofzigera zachorowała na raka i przechodziła chemioterapię, co wiązało się z szeregiem typowych skutków ubocznych. Lekarze starali się je opanować przy pomocy różnych lekarstw, ale na próżno. Nie pomógł także syntetyczny THC podawany w pigułkach Marinolu. Jedynym prawdziwie skutecznym środkiem zdolnym opanować skutki chemioterapii była marihuana. Po tym odkryciu Nofziger stał się aktywnym propagatorem jej medycznych zastosowań. Córka niestety nie przeżyła choroby.

 

 

American Medical Association to prestiżowe Amerykańskie Stowarzyszenie Medyczne. W roku 1937, gdy przed komisją kongresową toczyła się debata dotycząca marihuany, AMA była jedyną organizacją sprzeciwiającą się delegalizacji marihuany, podnosząc jej zastosowania terapeutyczne. Została wtedy zmuszona przez władze do wycofania się ze swojego stanowiska i do potępienia idei medycznej marihuany. Jednak w 2009 roku przedstawiła swoje oficjalne stanowisko przychylne leczniczym zastosowaniom marihuany i domagające się wycofania jej z tzw. Listy I (Schedule I), najbardziej restrykcyjnej klasyfikacji dla substancji psychoaktywnych.

Z kolei American Society of Addiction Medicine to Amerykańskie Towarzystwo Medycyny Uzależnień. W 2011 roku opublikowało dokument, w którym ostro potępia medyczną marihuanę, twierdząc, że jej stosowanie nie opiera się na standardach nowoczesnej nauki. Cóż, jeśli chodzi o marihuanę, to medycy od uzależnień mają dużo do stracenia. Gdyby nagle państwo przestało zatrzymywać posiadaczy marihuany, bardzo poważnie zmniejszyłaby się liczba szukających pomocy terapeuty użytkowników marihuany (odpadliby ci, którzy przed sądem stają przed alternatywą: więzienie albo terapia).

 

 
Sanjay Gupta to amerykański neurochirurg będący głównym specjalistą do spraw medycznych w sieci CNN. Celebryta. Nie był może wrogiem nr 1 medycznej marihuany, ale wypowiadał się o niej dość sceptycznie. Twierdził, że dostępna literatura nie jest dla niego przekonująca.

Przygotowując się do pracy nad filmem dokumentalnym Weed przeanalizował więcej materiałów i te go przekonały. W tekście zatytułowanym „Why I changed my mind on weed” (Dlaczego zmieniłem zdanie w sprawie zioła – omówienie po polsku tutaj) przeprosił czytelników i widzów za poprzednie poglądy. Teraz jest przekonanym zwolennikiem leczenia marihuaną. Nakręcił film Weed 2.

 

 
W tym wpisie koniecznie powinien pojawić się jeszcze Lester Grinspoon, ale będzie on miał oddzielny tekst w cyklu „Osoby”, więc tylko go tu wspominam.

 

 
Policjanci zazwyczaj są postrzegani jako wrogowie marihuany, często występują w dyskusjach o liberalizacji prawa i zwykle wypowiadają się przeciwko. Jednak nie wszyscy są tego zdania.

W Stanach Zjednoczonych działa organizacja LEAPLaw Enforcement Against Prohibition (Stróże Prawa Przeciw Prohibicji – chodzi oczywiście o prohibicję marihuanową). Zrzesza ona byłych i aktualnych policjantów, prokuratorów i sędziów amerykańskich, którzy widzą bezsens trwającej od 80 lat wojny z marihuaną i z używającymi jej obywatelami. Szczególnie zastanawia obecność w organizacji aktywnych policjantów – wyobrażam sobie, że z tymi poglądami może im nie być łatwo…

 

 
Po lekturze proponuję jeszcze obejrzeć piękne złudzenie optyczne, które pokazuje, jak niewiele dzieli NIE od TAK…