Dzień Zioła, dzień Siou’a

Z powodów, których nie pamiętają już nawet najstarsi Indianie, liczba 420 symbolizuje marihuanę. Z tego też powodu dzień 4/20 (w amerykańskim kalendarzu jest to 20 kwietnia) jest nazywany Weed Day (Dzień Zioła), a godzina 4:20 dnia 20 kwietnia jest momentem wręcz magicznym (oczywiście 4:20 po południu, bo o 4:20 rano ludzie zwykle śpią, a użytkownicy zioła to już w szczególności :-) .)

I właśnie w najbliższy poniedziałek, 20 kwietnia o godzinie 16:20 będziemy świętować w Warszawie (z tego co wiem, to po raz pierwszy w Polsce) nasz Dzień Zioła. W odróżnieniu od podobnych imprez na całym świecie i w odróżnieniu od corocznych Marszów Wyzwolenia Konopi, nie będzie to wydarzenie wesołe. Jak złowroga ciemna chmura będzie nad nim wisieć aresztowanie Siou’a – Jakuba Gajewskiego, wiceprezesa Stowarzyszenia Wolne Konopie, zbrodniczo używającego oleju z marihuany w celach leczniczych, za co może pójść do pudła na 15 lat. Za gwałt dostałby maksymalnie 12.

Nie wiem jeszcze dokładnie, jaki będzie przebieg tego wydarzenia: czy stacjonarna manifestacja, czy przemarsz. Ale wiem, jaki będzie jego cel. A właściwie cele, bo będą co najmniej dwa.

Po pierwsze, będziemy chcieli wyrazić naszą solidarność z Jakubem i nasze żądanie, by wymiar sprawiedliwości wymierzał sprawiedliwość, a nie badał zgodność z takim czy innym paragrafem – bo wbrew pozorom to nie jest to samo; by pamiętał, że intencje sprawcy są ważniejsze niż to, co jest w kodeksach.

A po drugie my, obywatele, do cholery podobno suweren w tym kraju, będziemy chcieli władzy, czyli zatrudnianym przez nas pracownikom najemnym, pokazać, gdzie mamy takie prawo, które zmusza nas do potajemnego leczenia się tym, co za skuteczne uważamy nie tylko my, lecz także setki lekarzy i tysiące chorych w wielu innych miejscach na świecie – tam, gdzie władza ma choć trochę poważania dla dobra obywateli i medyczną marihuanę zalegalizowała kilka, a nawet kilkanaście lat temu. Będziemy chcieli pokazać, że czas odpornych na wiedzę narkofobów szybko dobiega końca. Zamanifestować, że nie chcemy mieszkać w kraju, w którym wpływ na życie obywateli mają kłamstwa wymyślone 80 lat temu za oceanem i bezmyślnie powtarzane dla naszego jakoby dobra.

Nie sądzę, żebyśmy krzyczeli „Palić, sadzić, zalegalizować„. To raczej zostanie na późniejsze marsze. Myślę, że protest w ciszy miałby większą wymowę i większą siłę. Jak dawno temu śpiewali Skaldowie: cisza krzyczy.

Przyjdzie zwlec się z łóżka o nieprzyzwoitej dla mnie porze i jechać do Warszawy. Tradycyjnie będę myślał (używając słów uważanych za niecenzuralne wszędzie za wyjątkiem pewnych naszpikowanych mikrofonami warszawskich restauracji), że w cywilizowanym kraju na przebycie tych 250 kilometrów pociągiem (tam chyba już ich nie nazywają „szybkimi”, tam to są po prostu pociągi) potrzebowałbym godziny. Tutaj – trzy i pół. Ale nie wyobrażam sobie, żeby 20 kwietnia o 16:20 zabrakło mnie w Warszawie. Na marszu czy manifestacji, w ciszy czy z okrzykami, tam trzeba być. Wśród – mam nadzieję – wielu, wielu tysięcy innych ludzi. Suwerenów, do cholery.

A było tak…

Po debacie w Warszawie, gdy skończył się już czas, w jakim organizatorzy mogli dysponować salą, wyszliśmy na zewnątrz. Ważni ludzie albo byli zajęci, albo już sobie poszli. A chłopcy ze Spliff TV zostali, kamera niczego nie rejestrowała, mikrofon rwał się do jakiegokolwiek rozmówcy. No i, z braku lepszych opcji, padło na mnie. Jeżeli ktoś nie zna wywiadowcy, to jest to raper Bartek zwany „Metrowym” (stąd mój kiepskawy żart dotyczący dwóch metrów).

Fajnie to pomontowali i wyszła sympatyczna rozmowa.

Pisane nocą

Myśli kłębią się w głowie, nie dają zasnąć…

Czy olejem z konopi można się odurzać? Oczywiście, że można. Bo żeby olej był skuteczny w leczeniu większości najcięższych chorób, nie tylko może, ale wręcz musi być silnie psychoaktywny – skuteczny jest tylko wtedy, gdy zawiera bardzo dużo psychoaktywnego (ale i leczniczego) THC. A więc im więcej w każdym gramie ukochanych przez prokuratorów działek dilerskich, tym lepsze jest lekarstwo. Więc tymi przechwyconymi 900 gramami też można było się odurzać? Mam nadzieję, że też. Mam nadzieję, bo to by znaczyło, że mimo tej nienormalnej, niehumanitarnej sytuacji, zmuszającej ludzi do łamania prawa, by szukać dla siebie lekarstwa na śmiertelną chorobę, lekarstwa często ostatniego, jakie pozostaje…, że mimo niebezpieczeństwa, mimo represji rozpętanych przez wciąż szalejącą u nas niedouczoną bezduszną narkofobię – że mimo wszystko mechanizm działa i chorzy dostają lek najlepszej jakości.

Olejem można się odurzać. Ale jaki byłby sens oferować go poszukiwaczom haju? Moim zdaniem żaden. Do produkcji oleju potrzebna jest marihuana najwyższej jakości – sama w sobie towar cenny na czarnym rynku. W niezbyt skomplikowanym, ale potencjalnie niebezpiecznym (przez używanie bardzo łatwopalnego rozpuszczalnika) procesie trzeba przeprowadzić ekstrakcję kannabinoidów, a potem eliminację rozpuszczalnika. W ten sposób rośnie cena produktu, bo dodać trzeba koszt pracy i rozpuszczalnika, a także wkalkulować ryzyko – złapania i wybuchu. A jeśli wszystko pójdzie pomyślnie, otrzymuje się coś, co na czarnym rynku przyjemnościowym jest nie tylko droższe, ale dla większości nabywców bezużyteczne. Ktoś, kto zajmuje się dilerką, oferuje marihuanę albo haszysz, a nie olej, którego potencjalna klientela na pewno nie kupi, bo nie bardzo nawet wiedziałaby, co z nim zrobić. (Podejrzewam też, że większości raczej mógłby się nie spodobać typ haju uzyskanego po zażyciu THC w tak dużej koncentracji.)

Oskarżać o dilerkę osobę złapaną z olejem z konopi jest tak samo sensowne, jak oskarżać o nielegalny wyszynk kogoś, kto w czasach prohibicji alkoholowej ma bańkę spirytusu salicylowego…

O Wrocławiu na gorąco

O tym, co się zdarzyło we Wrocławiu, nie wypowiem się ani słowem. Nie wiem nic poza informacją, która mieściła się w jednym zdaniu; reszta to już komentarze. Mam tylko nadzieję, że wszystko odbyło się w odpowiedniej atmosferze, bez niepotrzebnych napięć; liczę na profesjonalizm służb.

Teraz uwagi natury ogólniejszej. Jest prawdą – tu zgadzam się z Jerzym Ziębą – że akcja policji jest całkowicie legalna i że nielegalny jest olej będący przedmiotem poszukiwań. Ale prawdą jest też to, że ogromnej liczbie osób ten właśnie nielegalny olej pomógł w różnych ciężkich chorobach. Mamy tu sprzeczność, bo przecież prawo ma stać na straży dobra obywateli – czyli co: obywatele sami sobie zabraniają skutecznego leku? Czy my jesteśmy społeczeństwem masochistów? A może warto porozmawiać o tym, czy u nas prawo do medycznej marihuany nie sprawdziłoby się tak samo dobrze, jak w 24 stanach w USA czy w kilkunastu innych krajach świata? Pamiętajmy, że pierwsze amerykańskie stany powiedziały medycznej marihuanie „tak” jeszcze w latach 90. (zaczęła Kalifornia – w 1996 roku). Proszę policzyć, ile od tamtych czasów było wyborów. A jednak nikt się jak na razie nie wycofał. Wręcz przeciwnie: nowych przybywa. Dlaczego u nas miałoby być inaczej?

Nie boli to, że aresztują.

Boli to, że aresztują za coś, co nigdy nie powinno być przedmiotem prawa karnego. Że aresztują w sytuacji, w której powinni być najbardziej pomocni. Czy naprawdę trzeba czekać, aż trafi na kogoś z nich, bo może wtedy ujrzy tę kwestię z innej perspektywy? Nikomu tego nie życzę, ale namawiam na zrobienie mentalnego eksperymentu: jak by się Pan(i) zachował(a) w sytuacji ciężkiej choroby najbliższej osoby? Gdy legalna medycyna nic nie może zrobić. Albo obiecuje całe 3%.

I boli też to, że nie odbyła się u nas jeszcze spokojna, rzeczowa debata. Że wciąż u podstawy tego dolegliwego i niesprawiedliwego prawa nie leżą wyniki poważnej dyskusji. Dyskusji z analizą wszystkich „za” i „przeciw”, z argumentami i kontrargumentami, z rzutem oka na to, jakie u innych były problemy – dlaczego mielibyśmy się uczyć na swoich błędach?. A gdyby się zdarzyło, że po takiej dyskusji dojdziemy do wniosku, że to droga nie dla nas? Wtedy oczywiście nie byłoby potrzeby zmieniać prawa. Ale przynajmniej mielibyśmy świadomość, że ta decyzja jest świadoma, przemyślana. A dziś nie mamy. Boli.

Legalna polska marihuana – podejście nr 2

Trochę ponad rok temu poznański BioInfoBank ogłosił, że będzie prowadził naukowy eksperyment z udziałem palaczy marihuany. Wszystko było na dobrej drodze, ale w sprawę wmieszała się policja i było po eksperymencie (czyli: przyszedł gajowy Marucha i wszystkich wypędził z lasu :) ).

Najnowsza rozmowa Jerzego Zięby z Januszem Zagórskim w Niezależnej Telewizji zapowiada polskie podejście do marihuany nr 2. Nie zamierzam omawiać tutaj szczegółów tego pomysłu, nie będę odbierał Wam przyjemności posłuchania p. Jerzego. Zwrócę tylko uwagę na to, co moim zdaniem jest w tym pomyśle najsłabszym punktem. Otóż zakłada się, że całe przedsięwzięcie będzie w 100% non profit oraz w 100% transparentne; a zatem: nie będzie można robić żadnych interesów ani żadnych przekrętów. Obawiam się, że polscy politycy (którzy niestety będą tu musieli wyrazić swoją zgodę) czegoś takiego nie będą skłonni zaakceptować.

No, ale może się mylę (mam nadzieję, że się mylę). Tak czy tak, losy pomysłu będę śledził (i informacje o nim rozsyłał na wszystkie strony), a gdyby się okazało, że mogę być w czymś pomocny, to oczywiście chętnie zakaszę rękawy.

Zachęcam do obejrzenia rozmowy, bo ten pomysł jest jak na nasze warunki rewolucyjny. Ale mam też w zachęcaniu swój własny, mały interes: spopularyzowanie bardzo pochlebnych słów Jerzego Zięby o moich książkach. Trochę krótkich (zdecydowanie można było ten wątek pociągnąć dłużej ;-) ), ale pochlebnych nad wyraz. I w tych pięknych okolicznościach przyrody o drobnym przechrzczeniu mnie nie wspomnę nawet jednym słowem. (No przecież mówię wyraźnie: ani słowem…)

 

Import docelowy

W polskich aptekach można kupować wyłącznie leki oficjalnie dopuszczone do obrotu. Nadrzędnym aktem prawnym jest tu Ustawa z dnia 6 września 2001 Prawo farmaceutyczne. W kilku przewidzianych Ustawą przypadkach pozwolenie nie jest wymagane, w pozostałych wydaje je Prezes Urzędu Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych.

Dla uzyskania pozwolenia zainteresowana firma farmaceutyczna musi spełnić określone prawem warunki (w tym m. in. przedstawić wyniki stosownych badań klinicznych). Dzięki uregulowaniom unijnym wymagania te mogą zostać w niektórych przypadkach złagodzone – jeżeli dany lek jest już zatwierdzony w jakimkolwiek innym kraju Unii, jego producent lub polski dystrybutor może skorzystać z uproszczonej procedury rejestracyjnej. Właśnie dlatego jest w Polsce legalnie dostępny naturalny wyciąg z marihuany – lek Sativex: choć nie przeszedł on u nas pełnej procedury zatwierdzającej, był dopuszczony wcześniej w innych krajach Unii, dzięki czemu łatwiej go było zarejestrować w Polsce. Natomiast medyczna marihuana, choć legalna w innych krajach Unii i dostępna tam w aptekach, w Polsce nie została jeszcze zatwierdzona, bo jej producent / dystrybutor nie poddał się wspomnianej uproszczonej procedurze.

Używanie leków niezatwierdzonych do obrotu jest w Polsce możliwe jedynie na podstawie odrębnej procedury zwanej importem docelowym. Jest to postępowanie indywidualne (prowadzone dla każdego pacjenta osobno). Zgodę na sprowadzenie z zagranicy takich leków wydaje każdorazowo Minister Zdrowia. Jest ona obwarowana kilkoma warunkami (np. lek musi mieć dopuszczenie do obrotu w kraju pochodzenia, nie może być w Polsce dostępny jego odpowiednik, a w przeszłości nie mogła zostać wydana decyzja odmowna w sprawie jego dopuszczenia do obrotu).

Od strony formalnej wygląda to tak: inicjatorem procedury zawsze jest szpital albo lekarz prowadzący chorego. Na specjalnym druku występujący stwierdza, że lek jest niezbędny dla ratowania życia lub zdrowia pacjenta. Następnie wniosek musi zostać potwierdzony przez konsultanta z danej dziedziny medycyny. Może to być konsultant krajowy lub konsultant wojewódzki. Taki wniosek trafia do ministra, który po maksimum 21 dniach podejmuje ostateczną decyzję. Jeżeli jest pozytywna, wniosek wraca do występującego lekarza lub szpitala i może zostać wystawiona recepta. Z nią szpital kieruje się do hurtowni farmaceutycznej, a pacjent może pójść do apteki.

Decyzja ministra jest ważna przez 3 miesiące, a ilość objętego nią leku nie może przekraczać 3-miesięcznego zapotrzebowania danego pacjenta.

Nie wiem, jak często Minister Zdrowia wydaje pozytywną decyzję w sprawie importu docelowego. Jeżeli chodzi o leczniczą marihuanę, to dokładne dane mam nadzieję opublikować już wkrótce (kilka dni temu wystąpiłem o nie do Wydziału Importu Docelowego ministerstwa). Z informacji prasowych wiem, że w latach 2012-2015 wydano 13 takich pozwoleń.

Jak na razie, marihuana sprowadzana w ramach importu docelowego nie jest refundowana przez NFZ. O cenie suszu w innych krajach pisałem na tym blogu w jednym z wcześniejszych wpisów. Z niedawnych doświadczeń polskich pacjentów wynika, że u nas ceny są ok. 2 razy wyższe niż w Holandii, z której sprowadzana jest marihuana.

Polski ślad

Mój znajomy, profesor Ethan Russo… Jejku, jak to fajnie brzmi. Ethan Russo to w kannabisowym świecie naprawdę znaczące nazwisko, a ponieważ kilka razy sobie w Pradze pogadaliśmy, korespondencję mejlową wymieniliśmy, więc pozwólcie, że trochę pogrzeję moją próżność w jego świetle… :-)

znajomiNo to jeszcze raz: mój znajomy Ethan Russo był miły przesłać mi plik pdf z pewną pracą dotyczącą konopi. Po polsku! Jest to fajne opracowanie jeszcze sprzed wojny. Autorką jest polska antropolożka Sara Benetowa. Bardzo ciekawa postać – można sobie o niej przeczytać w Wikipedii. Opracowanie jest zatytułowane „Konopie w wierzeniach i zwyczajach ludowych„, ale w treści jest o wiele więcej wątków niż tylko wierzenia i zwyczaje. I chociaż współczesny czytelnik niewiele nowego dowie się np. o oddziaływaniu marihuany na ludzki mózg czy o leczniczych właściwościach konopi, jest to lektura ciekawa i, powiedziałbym, odświeżająca – po jednak sporo odmiennej literaturze współczesnej.

BenetowaDodatkowy smaczek: lekko archaiczny język, bez problemu oczywiście zrozumiały, ale powodujący, że co chwila myślimy „dziś się tak już nie mówi”.

Chciałem zaoferować wszystkim zainteresowanym przesłanie pdf-a, ale znalazłem w Sieci wersję html tego dokumentu: okazuje się, że już od kilkunastu lat jest ona na portalu hyperreal.info.

Zachęcam do rzucenia okiem w wolnej chwili. Jeżeli ktoś wolałby pdf-a, proszę napisać – prześlę.

Byl jsem v Praze

Na początku 11-godzinnej podróży wydaje się, że będzie ona trwała wieczność. Ale jakoś niezauważenie udaje się ją przeżyć. To samo z 4 dniami konferencji: mijała sesja za sesją, dzień za dniem i nagle okazało się, że to już koniec. Nie wszystkie planowane spotkania doszły do skutku (niestety, nie do jechali Urugwajczycy, na których refleksje bardzo liczyłem, nie dojechała Kasia Malinowska-Sempruch), ale i tak było tyle treści, że zwykle prowadzący każdą sesję musieli znaczącym pukaniem w zegarek ograniczać zapędy prelegentów.

Występując w Oławie, Jerzy Zięba powiedział, że nie pojedzie do Pragi, bo nie potrzebuje, bo wie, że medyczna marihuana działa. Z jednej strony oczywiście ma rację, bo tu wątpliwości już dawno nie ma. Ale z drugiej nie bardzo się z tym stwierdzeniem zgadzam (i dlatego ja w Pradze byłem), bo w czasie tej konferencji chodziło o coś zdecydowanie więcej niż o wzajemne przekonywanie się do leczniczych właściwości konopi. Były to 4 dni poświęcone także kwestiom prawnym (aktualny status marihuany w różnych krajach i w świetle traktatów międzynarodowych; możliwości wynikające ze statusu obecnego i perspektywy jego zmian); były warsztaty, w czasie których osoby podające w Izraelu marihuanę chorym dzieliły się swą wiedzą praktyczną; były wreszcie sesje poświęcone teorii i praktyce stosowania marihuany w konkretnych chorobach. I jeszcze Jerzy Zięba: „nie ma co gadać, trzeba coś robić”. Tak, panie Jerzy, całkowicie się zgadzam; w Pradze zrobiono kilka konkretnych rzeczy. Informacja o tym będzie. Już niedługo.

No i jeszcze coś, co jest nieodłączną częścią każdej konferencji: spotkania kuluarowe. Ja nawiązałem masę znajomości, niektóre z nich w bardzo konkretnych celach, inne „na wszelki wypadek” – często znajomości takie przydają się w najmniej oczekiwanym momencie. No i chwile próżności, kiedy pojawia się możliwość pogadania i pstryknięcia sobie fotki z autorami prac cytowanych przeze mnie w książkach (a przy okazji będących uznanymi w świecie autorytetami w dziedzinie leczniczej marihuany – jak Ethan Russo czy Lumir Hanuš, no i oczywiście gwiazda konferencji, tej i każdej innej, na której się pojawia, ojciec współczesnej nauki o marihuanie – Raphael Mechoulam, który mimo swych 85 lat świetnie trzyma się fizycznie i umysłowo i który chętnie gawędził ze wszystkimi zainteresowanymi taką pogawędką (czyli ze wszystkimi).

trojka

(z lewej Mechoulam, z prawej Russo)

W konferencji miała wziąć udział posłanka do czeskiego parlamentu (nie wzięła ze względu na chorobę), był natomiast przewodniczący Komisji Zdrowia i Polityki Społecznej czeskiego senatu, był też koordynator rządu Republiki Czeskiej ds. Narkotyków oraz rektor Uniwersytetu Karola w Pradze. A patronat nad konferencją objął (i parę zdań na inaugurację wygłosił) czeski minister zdrowia. I to mnie mocno uderzyło: okazuje się, że w innych krajach ten resort zajmuje się zdrowiem obywateli! Po prostu szok!

Gdybym miał podsumować imprezę w kilkunastu słowach, powiedziałbym, że było warto, choć poziom wystąpień był nierówny, niektóre z nich były poświęcone sprawom zupełnie podstawowym(co to jest THC, CBD, CB1, anandamid), a inne były mocno specjalistyczne, zrozumiałe może dla 10 obecnych, wliczając prelegenta. Ale, powtórzę, moim zdaniem było warto.

Notatki, wspomnienia, wymienione wizytówki, świeże pomysły i przemyślenia – to wszystko pozostaje do wykorzystania w bliższej i dalszej przyszłości. A przyszłość najbliższa: budzik bladym świtem i wyjazd do Warszawy na jutrzejszą debatę, trzecią marihuanową imprezę w krótkim czasie. Oczywiście cieszę się na nią, choć wolałbym mieć choćby jeden dzień na regenerację kości ogonowej, jeszcze obolałej od siedzenia w autobusie Praga-Bydgoszcz…

certyfikatPRAGA

(Gdybym był czeskim lekarzem, farmaceutą lub pielęgniarką, dostałbym za ten kwit kilkanaście kredytów.)

Pocztówka z Oławy

Już po seminarium. Wrażeń była cała masa, przynajmniej część z nich spróbuję zawrzeć w tym wpisie.

. . . . . . . . . .

Czasu miałem tak mało, że samej Oławy zobaczyłem niewiele. Tyle tylko, że z sympatycznego Hotelu Marta na Plac Zamkowy 15 dotrę już bez pytania o drogę…

Na Placu Zamkowym mieści się oławski ratusz. Tam właśnie, w Sali Rycerskiej, odbyło się seminarium. Ja na takie rzeczy wrażliwy nie jestem, dla mnie impreza mogłaby się odbyć w stodole, byle mądrze mówili, ale… co cesarskie cesarzowi (a właściwie: co rycerskie rycerzowi): sala naprawdę piękna. Zresztą, oceńcie sami:sala1 sala2

. . . . . . . . . .

Pierwsze dwa wystąpienia odbyły się zgodnie z programem, potem przyszedł Hubert i doszedł nieplanowany (ale przecież bardzo mile widziany) prelegent; doktor Bachański miał jakieś problemy z dotarciem, co też spowodowało konieczność wprowadzenia zmian i w konsekwencji wszystko się lekko poprzestawiało – ale nie widziałem, żeby uczestnikom to przeszkadzało, w końcu dostali więcej, niż im obiecywano :-)

Kilka słów o wystąpieniach (w kolejności chronologicznej):

– ja: dobrze, że poszedłem na pierwszy ogień, kiedy słuchacze byli jeszcze wypoczęci; moja prezentacja przedstawiona pod koniec seminarium mogłaby być dla odbiorców nieco mdła (ale chciałbym wierzyć, że jedynie przez swój teoretyczny, nawet akademicki charakter, a nie przez nieudolność prelegenta). Mam nadzieję, że drobne problemy z dźwiękiem na samym początku nie były zbyt dużą przeszkodą w dotarciu do słuchaczy w głębi sali. Pod sam koniec musiałem zrobić przyspieszony finisz, bo się wcześniej zbytnio rozgadałem, ale oceniam, że całość zbytnio przez to nie ucierpiała.

prelegent1
– Božidar Radišič: świetna informacja o wynikach leczenia marihuanowym ekstraktem grupy 150 pacjentów onkologicznych. Na początku Bożydar powiedział, że w Słowenii marihuana jest zakazana, tak jak u nas. Gdy go potem zapytałem, jak to zatem możliwe, że zrobiono tam takie badanie, odpowiedział: because nobody cares. Taki zakaz to ja chętnie bym zaakceptował i u nas…  [ na zdjęciu: Bożydar bez kitki; z kitką tłumacz ]

prelegent2– Hubert Bartol i Adam Wierzba: pierwszy leczy chorego na raka syna, drugi sam siebie. Oba wystąpienia z bardzo dużym ładunkiem optymizmu, ładujące pozytywną energią, spokojnie mogłyby być pokazywane na sesjach terapeutycznych dla ludzi z obniżoną motywacją (na przykład ze stwierdzonym przez oficjalną medycynę syndromem amotywacyjnym spowodowanym przez używanie marihuany :-) ). Obaj mówcy bardzo ciepło przyjęci przez salę.
prelegent3

prelegent4– Jerzy Zięba: pewniak, który nie zawiódł; temat wystąpienia: stosowanie (bądź zakaz stosowania) medycznej marihuany w szerszym kontekście leczenia alternatywnego, nieakceptowanego (a przynajmniej niepopieranego) przez medycynę akademicką. Już wcześniej zachęcałem, ale powtórzę: dla osób zainteresowanych alternatywnym podejściem do leczenia (i do profilaktyki zdrowotnej!) Jerzy Zięba to pozycja obowiązkowa.
prelegent5
– Dorota Gudaniec i Marek Bachański: Dorota, spiritus movens tego seminarium, zrobiła krótki wstęp do wystąpienia lekarza leczącego jej synka (krótki ze względu na opóźnienie w programie i ze względu na wzruszenie, które momentami nie pozwalało jej mówić). Dr Bachański przedstawił informację o tym, jak na świecie wygląda leczenie epileptycznych dzieci marihuaną, a potem opowiedział o kilku przypadkach z własnej praktyki. Jest to pierwszy znany mi lekarz, który używa u nas tego leku (lekarz w ogóle, nie tylko lekarz dziecięcy). Będziemy wszyscy śledzić, czy ta jaskółka przyniesie nam wiosnę…
prelegent6a

prelegent6

– Jędrzej Sadowski: przyznam się, że tego ostatniego wystąpienia nie zobaczyłem na żywo. Zaczęło się już po 18:00 (czyli po przewidzianej programem godzinie zakończenia seminarium), a moja droga do domu nie skróciła się w międzyczasie ani o metr. Ale obejrzałem je dzięki materiałom Spliff.tv (o których niżej). Jędrzej miał trudną sytuację i to z kilku powodów: kończył seminarium, pewnie sala była już przerzedzona, a ci, którzy zostali, byli już lekko zmęczeni; na dodatek miał temat niezbyt łatwy w odbiorze, choć ważny – ważny w ogóle i ważny w kontekście medycznej marihuany: postanowienia prawa dotyczące obrotu lekami i substancjami leczniczymi. Ja tego wystąpienia wysłuchałem (już wypoczęty) z dużym zainteresowaniem, nie tylko jego głównego wątku, ale też dywagacji na temat stosowania prawa. No i dwie perełki: 1. pokazane na slajdzie hasło Im gorsze społeczeństwo, tym więcej prawa. W piekle będzie już tylko prawo :-) 2. zupełnie nowa dla mnie informacja o planowanej nowelizacji Ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii – czyżby narkofoby z Wiejskiej miały uchwalić możliwość korzystania w Polsce z medycznej marihuany? Już w czerwcu 2015? Too good to be true…

prelegent7

. . . . . . . . . .

Całe seminarium zostało jeszcze w sobotę (raptem parę godzin po zakończeniu) umieszczone w Sieci przez nagrywających je chłopaków ze Spliff.tv. Kurczę, żeby nasza władza była taka operatywna, to żylibyśmy w raju… Wielkie dzięki – myślę, że od wszystkich uczestników seminarium oraz od tych, którzy być na nim nie mogli.

Film zamieszczony na YouTube to jeden wielki kawałek, 9 i pół godziny nagrania. Jeżeli ktoś nie ma tyle czasu, żeby obejrzeć całość (a kto dziś ma?) albo chce sobie ten materiał dawkować w wybranej przez siebie kolejności, to podaję rozpiskę:
– powitanie: Dorota Gudaniec i Tomasz Frischmann (burmistrz Oławy, który objął sympozjum swoim patronatem; czy to kolejny – po casusach Biedroń i Klinowski – powód do przypuszczeń, że idzie w naszym kraju Nowe? Chciałbym w to wierzyć, ale na razie się nie entuzjazmuję, żeby się boleśnie nie rozczarować.)
– Bogdan Jot: od 7:00
– Božidar Radišič: od 1:20:30
– Hubert Bartol: od 2:33:00
– Jerzy Zięba: od 4:16:00
– Adam Wierzba: od 6:33:40
– Dorota Gudaniec i Marek Bachański: od 7:18:30
– Jędrzej Sadowski: od 8:21:15.

. . . . . . . . . .

Każdy z prelegentów dostał w prezencie od organizatorów wspaniałą pamiątkę: obrazek namalowany przez podopiecznych Fundacji Krok Po Kroku. Mój jest taki:

obrazek
Namalowała to Danusia Baciuk. Ja w życiu bym czegoś takiego nie zrobił, żebym nie wiem jak się starał. Patrząc na ten obrazek, zastanawiam się nad definicją niepełnosprawności: chyba posługujemy się tą nie do końca poprawną… Dorota: doskonały pomysł, naprawdę.

. . . . . . . . . .

„Fajnie było, ale się skończyło”. Wiem, że w planach jest już drugie seminarium (jak mi powiedziano, wstępny termin jest za około 3 miesiące). Trochę żałuję, że nie było w Oławie gości, którzy początkowo mieli tam być, na pewno spotkanie z nimi byłoby ciekawe i pouczające. Ale z drugiej strony ci, którzy tam ostatecznie byli, dostarczyli nam wszystkim takiej porcji wiedzy, że nie mam żadnych wątpliwości: nikt z Sali Rycerskiej nie wyszedł rozczarowany. Oława długo zostanie w mojej pamięci, choć już za parę dni 4 dni konferecji w Pradze. Już mam reisefieber :-)

Walizka spakowana

Seminarium w Oławie w najbliższą sobotę. Jest pewne zamieszanie w kwestii programu, „ci odlatują, ci zostają”, ale moje wystąpienie aktualne, będę miał całą godzinę, więc streszczać się nie zamierzam :-) (Cały program – już chyba ostateczny – jest tu.) Wystąpienia na seminarium mają być nagrywane i umieszczone w Sieci. Nie znam jeszcze szczegółów – gdy się czegoś dowiem, oczywiście dam znać.

Wśród uczestników (i prelegentów) widzę p. Jerzego Ziębę – jeżeli ktoś nie zna tego nazwiska, a interesuje się alternatywnym (nieakademickim) spojrzeniem na kwestię ludzkiego zdrowia, to niech sobie koniecznie poszuka wykładów p. Jerzego na YouTube albo (a raczej: i) w Niezależnej Telewizji.

Po Oławie chwila odpoczynku, a we wtorek 11 godzin podróży do Pragi. Ale na pewno będzie warto się pomęczyć, bo program tej konferencji zapowiada się rewelacyjne: 4 dni po prostu napakowane wiedzą. Na pewno napiszę tu, jak było.

A jakby po powrocie z Pragi (następne 11 godzin) mało mi było podróżowania, to za chwilę czeka mnie kolejna wyprawa, ale krajowa, krótsza: w Warszawie 9 marca odbędzie się organizowana przez Polską Sieć Polityki Narkotykowej debata „Medyczne zastosowanie kannabinoidów w Polsce i na świecie”. Nie, nie będę tam występował, wybieram się w charakterze słuchacza i może dawcy głosu w dyskusji. Fajnie będzie poznać np. parę osób z PSPN, organizacji bez dwóch zdań bardzo zasłużonej dla procesu unormalniania tej sfery życia w Polsce. (Do Josha Stanleya pewnie się nie dopcham, w końcu to teraz celebryta na skalę światową :-) )