W CZD mam przerąbane…

Moje różne blogowe pisaniny o Centrum (na przykład ta) zapewne do dyrekcji nie dotarły. Potem napisałem mejla, ale zostałem potraktowany odpowiednio, czyli milczeniem. Ale postawiłem na upierdliwość: poskarżyłem się w Ministerstwie Zdrowia. Za poprzedniej władzy potraktowano mnie tak samo jak w CZD (ciepły mocz), ale się zaparłem i spróbowałem szczęścia jeszcze raz. Nie liczyłem na sukces, już w głowie układałem wpis pod roboczym tytułem „Arogancja władzy”, a tu proszę, niespodzianka. Teraz to już chyba coś z tego będzie (vide odręczna adnotacja wiceministra). A w CZD mam przerąbane, na pewno na leczenie u nich liczyć już nie mogę…

Oto krótka chronologia i dzisiejsza niespodzianka. O dalszym rozwoju wypadków oczywiście będę informował.

● 29 października piszę mejla do dyrekcji CZD
● 17 listopada piszę mejla do MZ (jest w poniższym zrzucie)
● 13 stycznia (już nowa ekipa w MZ!) dzwonię i przesyłam kopię poprzedniego mejla
● 1 lutego: dostaję poniższą odpowiedźczd-mz

Wreszcie ustawa o MM? (moje uwagi)

Niedawno Dorota Gudaniec opublikowała na swoim blogu treść propozycji zmian w Ustawie o przeciwdziałaniu narkomanii. Czyli: wprowadzenie do Polski medycznej marihuany! Należy rozumieć, że upublicznienie tego tekstu otwiera nad nim dyskusję, oby rzeczową i celową, czyli żeby argumenty – jeśli okażą się słuszne – zostały wzięte pod uwagę. Poniżej mój głos. Co prawda tekst ustawy o zmianie ustawy znałem jeszcze zanim stał się publiczny, jednak miałem bardzo mało czasu na przeanalizowanie go i przekazanie uwag autorowi. A jest niestety tak, że o ile niektórzy ludzie są błyskotliwi i widzą wszystko od razu, to ja potrzebuję dwóch, trzech, a czasem i więcej podejść. (Chyba nie bardzo bym się sprawdził jako poseł w obecnym Sejmie przy jego tempie pracy… :-) )

Chciałbym się tu podzielić opinią, jakie dwie rzeczy w projekcie bardzo mi się podobają oraz jakie trzy podobają mi się o wiele mniej.

Pierwszym plusem jest dla mnie to, że nie przewiduje się katalogu chorób, w których dopuszczalne byłoby stosowanie marihuany. W większości krajów (i amerykańskich stanów), gdzie MM została zalegalizowana, takie katalogi istnieją. Uważam, że są one niesprawiedliwe dla tych chorych, których choroba w katalogu się nie znalazła. Niektórzy z Was znają, przynajmniej ze słyszenia, Tomka Nadolskiego. Choruje on na bardzo rzadką chorobę Fabry’ego – jaka jest szansa, żeby przypadłości, na które cierpi kilkadziesiąt czy wręcz kilkanaście osób w całym kraju znalazły się na liście? Skoro i tak oddajemy decyzję o zastosowaniu marihuany w ręce lekarza, niech nie będzie on skrępowany „katalogiem”. Byli tego świadomi np. prawodawcy w Kalifornii: tam co prawda akt prawny wymienia choroby, w których można stosować leczniczo marihuanę, ale przewidziano też „boczne wejście”: sformułowanie „oraz wszystkie inne choroby, jeśli lekarz uzna, że choremu marihuana może pomóc” (cytat z pamięci).

Plus drugi: ta propozycja nie tylko daje prawną możliwość medycznego używania marihuany, lecz również tworzy system informacyjny, którego celem jest „pozyskiwanie danych epidemiologicznych na temat używania przetworów z konopi w celach medycznych oraz informacji na temat ich skuteczności oraz bezpieczeństwa stosowania w terapii„. System napędzany informacjami uzyskanymi od lekarzy prowadzących konopne terapie (a zatem w pewnym sensie „samonapędzający się”), który w stosunkowo niedługim czasie powinien zaowocować powstaniem bazy wiarygodnych danych na temat skutków leczenia marihuaną – bardzo ważną w sytuacji, gdy ta wiedza nie ma jak na razie wstępu na nasze uczelnie medyczne.

Minus pierwszy, dla mnie najważniejszy: Art. 30b ust. 1 projektu przewiduje, że medyczną marihuanę będzie można stosować „w celu łagodzenia objawów działań niepożądanych stosowanych produktów leczniczych dopuszczonych do obrotu lub jako alternatywy terapeutycznej dla produktów leczniczych dopuszczonych do obrotu, których skuteczność w indywidualnych przypadkach nie jest wystarczająca„. W tłumaczeniu na polski: żeby móc skorzystać z dobrodziejstw MM, pacjent będzie zobowiązany najpierw struć się farmaceutykami. To postanowienie wzbudza mój stanowczy sprzeciw. Logiczną rzeczą jest przecież, że kurację (jakąkolwiek) zaczyna się od środków łagodnych i dopiero wtedy, gdy okażą się nieskuteczne, przechodzi do silniejszych. Złamania nogi nie leczymy przez amputację, złamaną kość najpierw się nastawia i czeka na zrośnięcie. Na ból głowy najpierw używamy łagodnego środka przeciwbólowego (a niektórzy nawet maści tygrysiej), choć morfina zapewne zadziałałaby szybciej i skuteczniej. A jeśli tak, to dlaczego zgodnie z nowym prawem zawsze będziemy musieli zaczynać kurację od trujących farmaceutyków i dopiero ich nieskuteczność będzie oznaczała zezwolenie na użycie nieporównanie mniej toksycznej alternatywy? Nie ma w tym żadnej logiki, przynajmniej z punktu widzenia pacjenta – a to chyba on powinien być najważniejszy, prawda…?

Minus nr 2: Art. 30d ust. 5 mówi, że jednym z warunków wydania zgody na uprawę jest, by zainteresowany podmiot (w tym także pacjent, który chce uprawiać sobie lek w domu) „zawarł umowę z jednostką naukową w przedmiocie zagwarantowania kontroli norm produkcyjnych i jakościowych surowców i przetworów uzyskiwanych na cele terapii„. Oznacza to, że jakość uzyskanej marihuany będzie musiała zostać potwierdzona stosownymi badaniami laboratoryjnymi. Nie wiem jeszcze, jakimi konkretnie, myślę, że określą to dopiero przepisy wykonawcze do ustawy (zakładam, że będzie to, jako minimum, zawartość THC i CBD, a także stwierdzenie nieobecności pleśni, pestycydów, metali ciężkich…) Takie potwierdzenie będzie, jak rozumiem, wymagane dla każdej partii marihuany. Problem polega na tym, że do wykonania wiarygodnych badań tego typu wymagane są skomplikowane (a przez to drogie) chromatografy cieczowe (HPLC). W miarę przybywania marihuanowych pacjentów będzie oczywiście przybywało też laboratoriów gotowych zainwestować kilkadziesiąt tysięcy w sprzęt i w niezbędne do analizy wzorce głównych kannabinoidów, ale będą one chciały z tej inwestycji coś mieć. Dla pacjenta oznacza to automatycznie dodatkowy koszt. Ile? Trudno mi powiedzieć, wiem, że w pewnym laboratorium w Kanadzie podstawowe analizy kosztują 100 dolarów, w Hiszpanii – 60 euro. U nas powinno być podobnie, czyli: kilkaset złotych. Dla wielu chorych poszukujących nie tylko najlepszej, ale i najtańszej terapii, może to być cena, której nie będą w stanie zapłacić. A zatem: analiza laboratoryjna jako możliwość – jak najbardziej; jako obowiązek – moim zdaniem NIE.

(Przy okazji: punkt 4) tego samego ustępu mówi o obowiązku odpowiedniego „zapewnienia warunków uprawy, zbioru i przechowywania uniemożliwiających osobom nieupoważnionym dostępu do surowców i przetworów” – to oczywiste wymaganie, ale historia wielu państw, które wprowadziły u siebie MM pokazuje, że „diabeł tkwi w szczegółach”, a w tym wypadku w przepisach wykonawczych: często ich celem nie jest faktyczne zapewnienie bezpieczeństwa, lecz maksymalne utrudnienie życia chorym. Władza to lubi, zwracam uwagę na takie niebezpieczeństwo.)

I minus ostatni: na mocy proponowanego Art. 30d ust. 2 „Powierzchnia uprawy konopi oraz ilość zbioru ziela i żywicy konopi (…) nie mogą przekraczać zapotrzebowania osób uczestniczących w terapii na okres 90 dni kuracji„. To moim zdaniem a) nieprecyzyjnie; b) mało. a) Nie znam się na uprawie, ale nie wydaje mi się możliwe precyzyjne przeliczenie powierzchni (czy liczby doniczek) na dni terapii; b) Moja ograniczona wiedza o uprawie jest taka, że okres potrzebny do uzyskania jednego zbioru w nieprofesjonalnych warunkach domowych to 3-4 miesiące. A zatem pacjent jest z definicji skazany na bycie „na styku”. Jeżeli z plantacją coś się stanie (a przecież nie wszystkie krzaki zdrowo kończą swój żywot), chory pozostanie bez leku.

 

Czy powyższe, dosyć poważne przecież, zastrzeżenia, oznaczają, że jestem niezadowolony z tego projektu? Cóż, cieszę się, że w ogóle powstał, cieszę się, że ma ponoć jakieś szanse wejścia w życie. A czy jest w 100% dobry? Moim zdaniem nie (stąd ten wpis), ale… dyskutujmy, wysuwajmy rozsądne argumenty. I bądźmy świadomi, że zupełnie czym innym może być to, jak byśmy chcieli, żeby system docelowo wyglądał (bo tak by było najlepiej dla pacjentów), a czym innym to, jaki system ma szanse zostać wprowadzony w życie. Istnieją dwie strategie: proponować rozwiązanie kompromisowe i liczyć, że po 2-3 latach jego pozytywnego funkcjonowania zaistnieją warunki dla jego rozszerzenia, albo od razu grać o wszystko. Oba mają istotne wady. Pierwsze: świadomie pozostawiamy na marginesie część pacjentów, którzy mimo uzasadnionej potrzeby medycznej nie dostaną lekarstwa. Drugie: narażamy się na to, że projekt przepadnie i żaden pacjent nie będzie mógł się leczyć marihuaną. Która strategia jest lepsza? Smutne jest dla mnie, że w ogóle musimy wybierać jakąkolwiek strategię, że nie można po prostu wybrać tego, co jest lepsze dla pacjentów. No, ale nie żyjemy w idealnym świecie, wiemy, że duża część posłów wciąż jest narkofobiczna, wiemy, że inna, pewnie też niemała ich część, narkofobiczna nie jest, ale boi się podejrzeń wyborców o „sprzyjanie narkotykom” i będzie głosować wbrew własnym przekonaniom, wiemy w końcu, że nie dla wszystkich posłów dbanie o interes obywateli (w tym wypadku potencjalnych pacjentów MM) jest głównym celem działania. Na polityce się nie znam, nie mam pojęcia czy dla MM wieją w tej chwili na Wiejskiej pomyślne wiatry, nie wiem też, która strategia byłaby dla sprawy lepsza. Może ktoś z Was wie…?

PS
Pod zalinkowanym na wstępie wpisem Doroty jest parę komentarzy, w tym uwaga anonimowego lekarza, który uważa, że prawo przepisywania MM nie powinno być ograniczone do lekarzy specjalistów. Uzasadnienie jest, moim zdaniem, bardzo słuszne – nie chcę go tu wklejać, zachęcam do zapoznania się z nim tam, gdzie zostało umieszczone.

Medyczna marihuana – ankieta 2.0

Jakiś czas temu opublikowałem ankietę dotyczącą medycznej marihuany. Postanowiłem sobie, że wyniki podam do publicznej wiadomości po tym, jak wypowie się co najmniej 100 osób. Aktualnie licznik pokazuje 105, a zatem poniżej prezentuję pytania, „dyskusję” (czyli moje wyjaśnienie, skąd wzięły się podane warianty odpowiedzi) i uzyskany dotąd wynik.

Tak pisałem w tym blogu dwa miesiące temu. Faktycznie, miałem wówczas nieco ponad 100 odpowiedzi. No i zdarzyło się, że o mojej ankietce wspomniał u siebie na Facebooku Jerzy Zięba. Efekt…? Dziś mam 2438 odpowiedzi – to się nazywa mieć siłę przebicia! Zresztą, sami popatrzcie, jak to wyglądało…

ank99

 

1) Jaki system dostępu do medycznej marihuany jest lepszy? (a) jak w USA (lekarz tylko stwierdza, że danemu pacjentowi marihuana może pomóc, a ilość i rodzaj produktu wybiera sam pacjent przy pomocy personelu apteki); (b) recepty (lekarz wypisuje receptę na określoną ilość – jak w przypadku innych leków)

DYSKUSJA: (a) pacjenci i tak sami dobierają sobie dawkę, lekarzowi trudno z góry przewidzieć ich zapotrzebowanie; (b) ułatwienie dla pacjenta; łatwiejsza społeczna akceptacja dla systemu („marihuana – lek jak inne”)

ank1

UWAGI RESPONDENTÓW:

→ na obecnym etapie, obawiam sie ze sami pacjenci moga wykazać się wiedzą większa niz posiadają lekarze, nie wiadomo ile czasu zajmie Medycynie uzupelnienie wiedzy w temacie dzialania cannabisu, z drugiej strony po co chodzic do lekarza, który nie ma wiedzy w temacie.. ?
→ Jak każde lekarstwo marichuana powinna być na receptę (tylko).
→ Lek powinien być sprzedawany na podstawie zalecenia lekarskiego…
→ ODNOSNIE PYTANIA NR. 1: JESLI LEKARZ JEST RZECZYWISCIE ZAINTERESOWANY LECZENIEM MARIHUANA I POSIADA ODPOWIEDNIA WIEDZE NA TEN TEMAT, WTEDY LEPIEJ DLA PACJENTA BYLOBY OTRZYMAC FACHOWA POMOC, ALE TYLKO WTEDY. ODPOWIEDZ NIE JEST WG. MNIE JEDNOZNACZNA. W OBECNEJ SYTUACJI, PACJENT POWINIEN SKAKAC DO GORY, ZE W OGOLE TAKA RECEPTE OTRZYMA. LEKARZE I TAM NIC NA TEN TEMAT NIE WIEDZA.
→ uwaga do pytania nr 1 na obecnym etapie, obawiam sie ze sami pacjenci moga wykazać się wiedzą większa niz posiadają lekarze, nie wiadomo ile czasu zajmie Medycynie uzupelnienie wiedzy w temacie dzialania cannabisu, z drugiej strony po co chodzic do lekarza, który nie ma wiedzy w temacie…?
→ co do pytań 1 i 2 – bliżej mi do bardziej liberalnego podejścia, ale to zależy od konkretnego przypadku – np. dla pacjentów terminalnie chorych wolny dostęp (karta jak w USA) wydaje się bardziej sensowna, tak, jak możliwość hodowli, ale u dzieci chorych na padaczkę dawka powinna być kontrolowana i dokładnie dobierana, żeby nie zaburzać ich rozwoju intelektualnego

 

2) Czy chorzy powinni mieć prawo do uprawy na własne potrzeby? (a) tak; (b) nie

DYSKUSJA: (a) tak, bo to znacznie obniżyłoby koszt terapii; (b) nie, bo istniałaby obawa o nadużycia, a także niebezpieczeństwo uzyskania leku niespełniającego wymagań jakościowych (pleśń lub tp.)

ank2

UWAGI RESPONDENTÓW:

→ Uprawa na własny użytek jak najbardziej za, ale możliwości przebadania suszu po zbiorach. W innym przypadku nie ma sensu samemu hodować bo nie wiemy co uzyskujemy tak do końca a to leczenie a nie rekreacja.
→ marihuana powinna byc dostepna rowniez do hodowli nie kazdego jest stac zeby kupic . praca swoich rak cieszy najbardziej :)
→ ad 2 -nie, marihuany nie powinni zażywać ludzie zdrowi wiele razy narkomani zaczynali od palenia marihuany a kończyli na twardych narkotykach. Przy możliwości samodzielnej uprawy aż prosi się o nadużycia.
→ PYTANIE 2 : TO SAMO. NAWET JESLI DANA OSOBA MOZE SOBIE HODOWAC WLASNA MARIHUANE, LEPIEJ BYLOBY GDYBY, UZYWANA DO CELOW MEDYCZNYCH, SPELNIALA OCZEKIWANE WYMAGANIA. NIE KAZDY MUSI SIE NA TYM ZNAC, A SAMA PROCEDURA UZYSKANIA ODPOWIEDNIEJ PROCENTOWO, MIKSTURY NIE JEST CHYBA TAKA PROSTA.
→ 5 krzaków jak w Czechach dla każdego dorosłego obywatela
→ Marihuana powinna mieć statut taki sam jaki ma marchew. Każdy powinien mieć prawo do uprawy takiej ilości jakiej potrzebuje , czy to do celów medycznych czy rekreacyjnych.

 

3) Kto powinien być dostawcą leku: (a) państwo; (b) koncesjonowane firmy prywatne?

DYSKUSJA: (a) gwarancja właściwej kontroli nad lekiem; (b) większa różnorodność oferowanych odmian; potencjalnie niższa cena leku (z powodu konkurencji)

ank3UWAGI RESPONDENTÓW:

→ jestem za wolnym rynkiem, pod kontrola Państwa, czyli Państwo kontroluje uprawy roslin, aby spelniały one warunki Marihuany Medycznej
→ pod kontrolą państwa, Oprócz suszu powinniśmy być dostepne oleje, żywice.
→ Dlaczego ma to być Rząd albo prywatna firma ? W chodowaniu organicznych odmian nie potrzeba tego czy tego.Zdecydowanie podoba mi sie system gdzie kazdy moze miec do 6 roslin w domu.
→ w punkcie trzecim powinny byc obie mozliwosci dostepne by nie ograniczac potrzebujacych i przy tym wieksza konkurencja co do jakosci i ceny.
→ Szanowni Państwo , uwazam ze te plantacje powinny byc wlasnoscia Panistwa lub prywatnej asociacjii, w obydwuch przypadkach jak proponowal Pan Jerzy Zieba, calosici przedsiewziecia powinna byci sicisile monitorowana zeby uniknac , strat z powodu kradzierzy i innychg naduzyci !! Powinni lekarze przechodzici szkolenia , a nastepnie stosowaci jak inne leki Pozdrawiam Fr Bargiela
→ ad 3 -system prywatny zdecydowanie daje tańsze produkty – ale jestem raczej za rozwiązaniem Jerzego Zięby – dystrybucji produktów z marihuany leczniczej poprzez fundację non – profit. Pacjenci pokrywaliby tylko koszty produkcji i dystrybucji. Z drugiej strony nadzór państwa nad procesem produkcji daje większą pewność niewypływania „towaru” na rynki narkotyków.
→ Pkt 3. zaznaczyłbym obie opcje tylko brak takiej możliwości.
→ Pyt.3 odpowiedź, której nie ma: Powinno być obliczone, wyliczone za ile najmniej można wyprodukować medyczną marihuanę i zaproponować czy znajdzie się instytucja, która będzie w tej cenie tą marihuanę produkować z przeznaczeniem dla chorych. Nikt nie powinien zarabiać na tym leku. TYM LEKU ! Jestem przekonana, że przy tylu zwolennikach takiego leczenia znalazłaby się taka instytucja. Czyli reasumując – koncesja dla firmy, która ma najniższą cenę sprzedaży i po drugie ta cena musi być najniższa z możliwych – na tym zarabiać NIE WOLNO !
→ uwaga do pytania nr 3 jestem za wolnym rynkiem, pod kontrola Państwa, czyli Państwo kontroluje uprawy roslin, aby spelniały one warunki Marihuany Medycznej
→ Jeżeli chodzi o punkt 3 to wszystko jest bardzo ważne – jakość, różnorodność i cena. A tu trzeba wybierać.
→ Ad 3 mogą to być firmy prywatne, ale oczywiście pod nadzorem państwa lub instytucji, która będzie kontrolować jakość produktu.
→ Uwaga do punktu 3: pod kontrolą państwa

 

4) Czy medyczna marihuana powinna być dostępna dla dzieci? (a) tak; (b) nie

DYSKUSJA: (a) jeżeli im pomaga, to dlaczego nie? (b) nie do końca są poznane efekty działania marihuany (zwłaszcza THC) w młodych organizmach

ank4UWAGI RESPONDENTÓW:

→ dla dzieci powinna być stosowana tylko wtedy kiedy inne leki nie przynoszą żadnych efektów
→ Rozumiem, że pyt 4. powinno brzmieć: 4. Czy medyczna marihuana powinna być używana do leczenia dzieci? :) pozdrawiam, Maria
→ ad 4 -dostępność dla dzieci tylko w przypadkach gdy zawodzą inne metody terapii, lub gdy działania niepożądane innych terapii są bardziej niebezpieczne niż możliwe działania uboczne środków z marihuany.
→ dlA DZIECI PO DIAGNOZIE
→ Odnośnie 4 p. rozumiem, że o stosowaniu decydowaliby rodzice dziecka i lekarz.
→ Pytanie 4. Tylko pod warunkiem, że inne leki nie działają.
→ Pytanie dotyczące podawania marihuany medycznej dzieciom (chorym przewlekle) zawaliło mnie na kolana. Przecież cała rewolucja zaczęła się od chorego Maxa na padaczkę lekoodporną. Czy dziecko w obliczu leków ma nie mieć do nich dostępu?
→ Dzieci powinny mieć dostęp do medycznej marihuany tylko wtedy gdy stan zdrowia zagraża ich życiu.

 

5) Czy medyczna marihuana powinna być refundowana? (a) tak; (b) nie

DYSKUSJA: (a) jeżeli uznajemy ją za skuteczny lek, to powinna podlegać takim samym regulacjom jak inne leki; (b) brak jest pieniędzy na wiele innych leków o znanym, sprawdzonym działaniu

ank5UWAGI RESPONDENTÓW:

→ Dopuszczam takze brak refundacji za lek, nawet obecne ceny, ale zeby w koncu leczenie bylo legalne, zeby rodziny chorych nie musialy sie bac, zeby mogly swobodnie pytac i rozmawiac, nie zastanawiac sie czy powiedziec lekarzom… Zeby mieli jeden problem mniej w tej calej trudnej chorobowej sytuacji…
→ ad 5 -jeżeli w niektórych przypadkach jest jedynym skutecznym lekiem – padaczka lekooporna czy rak mózgu, lub jedynym nie powodującym degradacji organizmu środkiem przynoszącym ulgę /w przypadku choćby bóli nowotworowych i leczenia nowotworów/ – powinna być refundowana, szczególnie gdy potwierdzone jest bezpieczeństwo użytkowania.
→ Żaden lek nie powinien być refundowany.
→ Jestem za obniżeniem ingerencji państwa (rządu) w wolny rynek do absolutnego minimum. Każda ingerencja tylko pogarsza sytuację, bo przeczy fundamentowi „wolnego” rynku. Po ingerencji państwa, rynek nie jest już wolny :) Proszę zmienić treść pytania na coś w stylu: „czy powinny być refundowane ze środków budżetu państwa, czy z prywatnych inicjatyw (fundacje, itd). Oczywiście taka zmiana pytania ma sens, jeśli wykluczymy monopol państwa na produkcję tych leków. Monopol, o którym mowa w pytaniu nr 3.
→ Dotacja? To zależy od ceny, jednak wszelkie dotacje powodują ogromny wzrost ceny! Jeśli każdy będzie mógł mieć własną niewielką hodowle to cena ta nie będzie wysoka.

 

6) Czy oprócz suszu powinny być sprzedawane także inne produkty z marihuany (np. słodycze, napoje)? (a) tak; (b) nie

DYSKUSJA: (a) to ułatwienie dla pacjentów, którzy nie musieliby „walczyć” z niezbyt wygodnym w użyciu suszem; (b) zaistniałoby niebezpieczeństwo przypadkowego spożycia przez dzieci lub osoby niebędące pacjentami

ank6UWAGI RESPONDENTÓW:

→ W punkcie 6 moze byc to pod kontrola jakosci marichuany by nie byla psycho-czynna, chodzi o sporzywanie takich produktow przez dzieci.
→ Pytanie 6 powinno dotyczyć np. oleju z kwiatostanu do leczenia padaczki , a nie np. cukierki żeby się naćpać.
→ Trzeba słuchać też co mówi pacjent, współpraca na linii lekarz-pacjent. Pacjent powinien mieć prawo wyboru, współdecydowania lub nawet decydowania w jakiej formie chce przyjąć ten lek.
→ inne produkty z marihuany powinny być dostępne, przy istniejących formach leków – tabletki, syropy, saszetki do sporządzania napojów leczniczych też istnieje możliwość spożycia przez dzieci czy nie pacjentów. Należy wdrożyć odpowiedni system znakowania i ostrzeżeń a także przechowywać leki z marihuany w bezpiecznych miejscach „niedostępnych dla dzieci”- tak jak i reszty leków.
→ PYTANIE 6: CZY TO NIE Z SUSZU ROBI SIE TE WSZYSTKIE „CZEKOLADKI, BATONIKI ITP. JESLI KTOS MA SUSZ TO I RESZTE SOBIE ZROBI.
→ jeżeli jest możliwość wyprodukowania medycznej marihuany w postaci np. słodyczy (typu dodatek zdrowego ksylitolu ?) i nie traci na wartościach leczniczych to uważam, że powinna być dostępna w tej postaci , ale tylko w Aptekach. Ponieważ powyższe informacje nie były uwzględnione w pytaniu odpowiedziałam NIE.
→ 6- dostepne na recepte
→ Spotkałam się z maścią na bazie oleju z konopi do smarowania miejsc zaatakowanych łuszczycą. Z tego co wiem z bardzo dobrym skutkiem.
→ Słyszałam o oleju, w ankiecie używa się „susz”, a następnie naciąga się nas na odpowiedź „słodycze, napoje”. Ankieta mało sprecyzowana. Jakby trochę manipulacyjna.
→ Dlaczego pytanie dotyczy suszu skoro leczy się olejami wyprodukowanymi z konopi, poza tym może być tych olejów dużo o różnych właściwościach? Powinny być dostępne leki wyprodukowane z marihuany a nie używki. Dlatego też, jeśli marihuana ma być użyta wyłącznie w celach leczniczych powinna być objęta kontrolą właściwych instytucji państwowych.
→ Oprócz suszu powinny być dostepne oleje, żywice.

7) Według Twojego rozeznania / doświadczenia, ile powinno być dostępnych odmian medycznej marihuany, żeby zapewnić zaspokojenie wszystkich potrzeb pacjentów?
– 5
– 10
– 15
– 20
– niech decyduje rynek
– nie mam zdania

ank7

UWAGI RESPONDENTÓW:

→ Nie jestem w stanie określić ile powinno być dostępnych odmian wiem na pewno, że oleje o różnych składach pomagają w nawet ciężkich schorzeniach i dlatego też powinny być dostępne różne odmiany.
→ tyle, aby zabezpieczyć rynek. Są różne odmiany różniące się zawartością składników aktywnych m.in THC. Stosując różne odmiany nie musimy ingerować chemicznie czy fizycznie w skład np. oleju z konopi co zawsze związane jest z lepszym działanie na organizm – nie degradują się żadne związki lecznicze. Ilość odmian powinna pokrywać zapotrzebowanie na produkt leczniczy. Pozdrawiam Włodek
→ ponieważ leki są zagrożeniem i nie działają lub nie działają na wszystkich jednakowo, powinno być dostępnej tyle odmian marihuany ile potrzebują chorzy. Choremu trzeba udostępnić wiedzę i wybór. Z moich obserwacji wynika, że chorzy nie mają wiedzy.
→ PYTANIE 7: CZY O MARIHUANIE MEDYCZNEJ TUTAJ MOWIMY? A WIEC TYLE ILE POTRZEBA, ABY POMOC PACJENTOWI. JA, OSOBISCIE NIE WIEM.
→ o ilości odmian niech wypowiadają naukowcy, na początek powinniście skupić się na jednej odmianie medycznej marihuany i pokazać wszystkim Polakom, że to działa.
→ Powinne byc dostepne wszystkie odmiany ktore pomagaja pacjetom
→ W pytaniu nr 7 nie bardzo rozumiem o co chodzi z dostępnymi odmianami medycznej marihuany, chyba powinni o tym zdecydować ludzie którzy są kompetentni w tym temacie. Uważam że każdy powinien mieć wybór sposobu leczenia i nikt z góry nie powinien narzucać tylko tych metod, które są intratne dla nich.
→ Aby odpowiedzieć na pytanie 7 trzeba być specjalistą….
→ Odmian marihuany powinno być na rynku tyle, żeby dla każdego pacjenta lekarz mógł indywidualnie dobrać odmianę, przepisać to co uważa za najlepsze dla danego pacjenta (może to zależeć od choroby, stopnia jej nasilenia, wieku pacjenta itp.), tak aby naturalny skład danej odmiany nie musiał być poddawany zmianom. Ideałem by było, aby dawać pacjentom dokładnie to czego potrzebują, w postaci naturalnej. Myślę, że nie da się dokładnie określić ile gatunków powinno być dostępne. Pewnie nikt tego nie wie. Wiadomo, że marihuana pomaga na wiele dolegliwości. Ale ile jeszcze nie wiemy? Po co wprowadzać sztuczne ograniczenia. A co jeśli się okaże, że któraś z odmian, która nie była zalegalizowana i dopuszczona jako środek leczniczy wyjątkowo skutecznie na coś będzie mogła pomagać? Znów podziemie medyczne? Znów walka a legalizację? Najlepiej stworzyć sobie furtkę. Po kolej badać i legalizować. Odnośnie całej ankiety Pomysł zarówno legalizacji marihuany jako środka leczniczego jak i ankiety całkowicie popieram. Ludzie powinni móc się wypowiedzieć na temat, który wzbudza niestety wiele emocji. Wierzę, że jednak większość społeczeństwa zrozumie, że substancje, które pomagają ciężko chorym ludziom muszą być legalne. Uniemożliwianie komuś leczenia, skazywanie na cierpienia tylko dlatego, że substancja jest nielegalna jest znęcaniem się nad ciężko chorą osobą. To właśnie nieudostępnianie leku powinno być karane a nie zażywanie go! Gorąco pozdrawiam.
→ Tyle ile jest schorzeń, które dane odmiany leczą.

 

Respondenci pozostawili sporo uwag dotyczących medycznej marihuany w ogóle. Jest ich naprawdę niemało, przeczytałem je wszystkie, ale nie mam czasu, żeby je jakoś opracować, uporządkować. Wrzuciłem je na oddzielną stronę, jeśli ktoś ma ochotę poczytać, to zapraszam tu.

Ankieta wciąż „wisi” w Sieci (http://goo.gl/forms/bWYlnjLbTc), ale raczej nie zamierzam już do niej zaglądać.

Czytam i polecam: blog Pauliny

Jedynym usprawiedliwieniem jest dla mnie to, że dzieje się tyle różnych rzeczy…

Usprawiedliwieniem faktu, że do tej pory w sekcji poświęconej blogom, które czytam i polecam, nie znalazł się jeszcze blog Pauliny Janowicz, matki małej Oleńki chorej na lekooporną padaczkę. Osobom zainteresowanym tematem medycznej marihuany zdecydowanie polecam tego bloga, bo znajdą tam ten rodzaj wiedzy, o którą w Polsce w tej chwili najtrudniej: wiedzę praktyczną. Adres bloga: http://olenkajanowicz.bloog.pl

O matczynym mleku

Jeden z Facebookowych wpisów Jerzego Zięby dotyczył kannabinoidów znalezionych w kobiecym mleku. Pisze Jerzy: „Pewnie dlatego, zaraz po nakarmieniu [dziecko] smacznie sobie zasypia :) .” Zamieściłem tam komentarz, ale pomyślałem sobie, że to temat na tyle ciekawy, że może warto opublikować tamten wpis również tutaj. Tym bardziej, że już jest napisane i za bardzo się nie narobię…

Jak wiadomo, układ endokannabinoidowy został odkryty nie tylko u człowieka i nie tylko u pozostałych ssaków, ale także u wszystkich innych kręgowców, a nawet u paru gatunków niebędących kręgowcami. Występowanie kannabinoidów w mleku ssaczej matki ma cel ważniejszy niż drzemka po posiłku (a na pewno co najmniej tak ważny):

1) u nowo narodzonych myszek, którym chemicznie blokowano receptory CB1, zanikał odruch ssania. Matka miała mleko, a one leżały obok i zdychały z głodu. Wynika z tego, że w zdolność przeżywania gastrofazy Matka Natura wyposażyła nas już na początku naszego życia :)

2) kannabinoidy sprzyjają neurogenezie i podejrzewa się (choć, z tego co wiem, jeszcze nie ma całkowitej zgody naukowców w tej kwestii), że ich obecność w mleku ma wspomagać proces rozwoju młodego mózgu

3) czytałem, że u wielu dzieci epileptycznych pierwsze objawy choroby pojawiły się wkrótce po odstawieniu od piersi i podejrzewa się, że nie jest to przypadek, że to matczyne kannabinoidy powstrzymywały napady w pierwszym okresie życia niemowlaka.

Poseł Jaki nie odpuszcza

Przeczytałem dziś w Gazecie Prawnej krótki tekst o tym, że Patryk Jaki w sprawie medycznej marihuany działa dalej, choć do obowiązków „zwykłego” posła z poprzedniej kadencji teraz doszło mu wiceministrowanie.

Niestety, ta wiadomość wyzwala we mnie smutną refleksję (a właściwie utwierdza mnie w czymś, do czego doszedłem już dawno): posłowie (a przynajmniej przeważająca ich większość*) są zainteresowani tylko swoimi sprawami, my jesteśmy dla nich tylko tłem ich działań. Bo czy pan Jaki zaangażowałby się tak bardzo w tę sprawę, gdyby sam nie miał ciężko chorego dziecka, które na legalności medycznej marihuany może bardzo skorzystać**? I czy, gdyby nie ta osobista tragedia, umiałby, zapewne zajęty jak oni wszyscy grami pałacowymi i podsrywaniem konkurencji, wzbudzić w sobie wystarczającą ilość empatii, by zrozumieć dramat dziesiątek tysięcy rodziców, którym zabrania się dostępu do leku potencjalnie zbawiennego dla ich dzieci?

Nie znam odpowiedzi na to pytanie, ale w sumie nie jest ona najważniejsza. Najważniejsze jest, że ktoś coś robi. Myślę, że w imieniu nas wszystkich mogę zadeklarować, że p. Jaki ma nasze pełne wsparcie i pomoc w razie potrzeby.

(O tym, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia pisałem już dość dawno temu.)

*Przesadzam? Nie sądzę: jak inaczej zinterpretować obawy, czy wśród 460 posłów znajdzie się choćby 15 (!) osób gotowych poprzeć rozwiązanie, z którego skorzystałyby setki tysięcy chorych…?

**Dowiedziałem się właśnie, że dziecko p. Jakiego jednak by na medycznej marihuanie nie skorzystało, bo jest chore na zespół Downa. Ale upieram się, że poważna choroba dziecka (jakakolwiek) daje rodzicom dodatkową dawkę empatii. Widocznie większości posłów brakuje takiego bodźca.

Polacy dla Polaków

Być może ta nazwa (i ta idea) jest niektórym z Was znajoma. Jeżeli ktoś jeszcze nie słyszał, w czym rzecz, a by chciał, to ma do wyboru dwie możliwości (które się wzajemnie nie wykluczają): 1. obejrzeć to krótkie nagranie i to nieco (ale tylko nieco) dłuższe; albo 2) pójść na stronę Fundacji i poczytać sobie, o co chodzi.

Każdy z kilku celów działania Fundacji (której cały statut został umieszczony w zakładce „O nas”) związany jest z medyczną marihuaną – lekiem, co do którego nie ma żadnych wątpliwości, że mógłby pomóc setkom tysięcy Polaków (w tym malutkim dzieciom), ale na razie pomóc nie może (nie może w Polsce), bo jest za drogi, a poza tym jego stosowanie napotyka na niebotyczne przeszkody biurokratyczne ze strony naszych władz. To te przeszkody sprawiają, że z dobrodziejstw medycznej marihuany korzystają jednostki, które, będąc nielicznymi wyjątkami, tylko potwierdzają ogólną regułę.

Jednym ze sztandarowych argumentów władzy uzasadniającej obowiązujący u nas de facto zakaz dla medycznej marihuany jest brak badań naukowych, które by potwierdzały jej skuteczność w terapii i bezpieczeństwo stosowania. To argument dyżurny, używany praktycznie przez wszystkich przeciwników. Czują się z nim komfortowo, bo wierzą, że jeszcze długo, długo takich badań z pozytywnym wynikiem nie będzie. Nie dlatego, że trudno byłoby taki wynik uzyskać, lecz dlatego, że nie ma komu tych badań przeprowadzić. A bardziej precyzyjnie: nie ma za co ich przeprowadzić. Nie sfinansuje ich ani przemysł farmaceutyczny (bo by rżnął gałąź, na której siedzi), ani władza (bo by rżnęła gałąź, na której siedzi przemysł farmaceutyczny). A jeżeli nie oni, to kto…?

No właśnie: kto? Fundacja Polacy dla Polaków postawiła sobie za cel, między innymi, zdobyć środki na takie badania. Bo z lekarzami nie będzie żadnego problemu, nie będzie też żadnego problemu z chorymi ochotnikami. Wytłuszczam te wyrazy, bo wiem, że nie będzie. Główny problem to finansowanie.

Na stronie Fundacji jest licznik, który pokazuje aktualne wpływy i wydatki. Tych drugich jest malusieńko, tych pierwszych nazbierało się już prawie ćwierć miliona złotych (z tego dużą, pewnie większą, część, użebrał Jurek u amerykańskich Polonusów. To jest, przepraszam: użebrał prezes Fundacji.) Ćwierć miliona to sporo, ale na badanie odpowiedniej wielkości nie wystarczy (a musi być duże, żeby nam potem nie powiedzieli, że małe badania są obiecujące, ale do legalizacji leku nie są wystarczające). Dlatego pomyślałem sobie, że może w tym roku zamiast kupić swojemu dziecku kolejną zabawkę na 2 tygodnie zabawy, podarujesz wszystkim polskim dzieciakom szansę leczenia się lekiem, który u chorych dzieci w innych krajach wykazuje tak wspaniałe działanie. Albo na Sylwestra – zamiast 5 szampanów może wystarczą 4, albo zrezygnujesz z fajerwerków? (za co, na marginesie, będą bardzo wdzięczne wszystkie lękliwe pieski w okolicy). Byłoby wspaniale. A jeszcze wspanialej byłoby ustawić w swojej internetowej bankowości comiesięczną płatność, choćby małą, ale stałą, żeby nie zapomnieć. Bo po przeprowadzeniu jednego badania cel istnienia Fundacji nie zostanie osiągnięty: wręcz przeciwnie, to będzie dopiero początek.

PS
Kto nie chce / nie może nic wpłacić, niech udostępni ten wpis znajomym. Informacja jest warta tyle samo, co pieniądze. (Jeżeli ktoś wpłaci, nie traci oczywiście prawa do udostępnienia :-) )

PPS
A może ja przesadzam z tymi problemami finansowymi badaczy, może pieniądze są, badania mogłyby być robione, tylko naukowcy się lenią? Obejrzyjcie tę krótką wypowiedź kogoś, kto na pewno się na tym zna.

PPPS
Właśnie zauważyłem na Facebooku, że na bardzo podobny pomysł („zamiast na fajerwerki wydaj kasę na coś pożytecznego”) wpadł Przemek z Wolnych Konopi. Cóż, rozsądnych ludzi na świecie nie brakuje :-) Ale nie wydaje mi się, żeby dzieci konkurowały z psiakami: można przecież wesprzeć obie inicjatywy, bo są tego warte. Nie?

Byłem na znachorze

Przez ostatnich kilkanaście dni dość głośno było w mediach o proteście przeciwko wystąpieniu Jerzego Zięby na Uniwersytecie Gdańskim. A właściwie nie tyle na uniwersytecie, co w uniwersyteckiej sali, bo UG nie miał z wydarzeniem nic wspólnego poza tym, że skasował za wynajem. Pisały o tym media (lokalne, ale także ogólnopolskie), pisali blogerzy oraz oczywiście Facebook.

W pierwszym odruchu miałem zamiar coś na ten temat napisać. W moim tekście nie chciałem bronić Zięby, chciałem bronić pewnej wolności, którą ktoś miał zamiar mi odebrać: jakby mało było, że nie mogę sam dla siebie wybrać sposobu, w jakim będzie się mnie leczyć, to teraz jeszcze ktoś ma decydować, na jakie spotkania wolno mi chodzić, a na jakie nie. Dyskutujcie z Ziębą merytorycznie, a nie wyrzucając go z sali, za którą zapłacił. Jeśli o mnie chodzi, to jest wiele rzeczy, które wydają mi się głupotami i naciągactwem. Na przykład usługi różnych wróżbitów Maciejów (200 zł za 15 minut… No, no, chapeau bas…). Dla mnie mogłoby to być nielegalne, ale skoro są ludzie skłonni zapłacić tysiąc złotych za 30 minut konsultacji VIP („Konsultacja VIP realizowana w pierwszej kolejności”), to jakie ja mam prawo im tego zabraniać?

No, ale ponieważ sam bohater afery przyjął ten (czy spontaniczny…?) zmasowany atak bardzo spokojnie (żartobliwie nawet podziękował za wrzawę, bo dzięki niej wzrosła sprzedaż książek), to dałem sobie spokój z tekstem w obronie.

Z Bydgoszczy do Gdańska nasze superszybkie pociągi jadą niecałe 2 godzinki. Przekonałem się, że teraz jest to podróż już o ok. 15 minut krótsza niż za czasów moich studiów (dawno temu, jeszcze w innym ustroju). Skorzystałem z okazji i obejrzałem nowy – dla mnie – budynek mojej byłej Alma Mater. (Za moich czasów był to Wydział Humanistyki, teraz chyba nazywa się inaczej.)

Jak zapewne wiecie, Jerzy Zięba jest bardzo zaangażowany w sprawę medycznej marihuany w Polsce, poświęca jej miejsce praktycznie w każdym swoim wykładzie. Stąd moja z nim znajomość, stąd moja obecność w Gdańsku. Miałem okazję wysłuchać sporego kawałka wykładu, co dla mnie zawsze jest sporą przyjemnością. Szczęśliwie, przed wykładem nie było żadnych ekscesów, czego nie ukrywam nieco się obawiałem, bo w Polsce są ludzie, którzy są skłonni pójść bardzo daleko w nawracaniu na swoją wiarę.

W czasie wykładu były sprzedawane moje książki, w przerwach nawpisywałem się całą furę dedykacji. Ale najważniejsze z tego wyjazdu były rozmowy z chorymi. Odpowiadałem na pytania, radziłem – na ile pozwalała mi wiedza i obowiązujące w Polsce prawo. To niesamowite uczucie, gdy ktoś do ciebie podchodzi i mówi: Mam raka, przechodzę chemię, ale dzięki pańskiej książce zdecydowałem się wspomagać się marihuaną, bez tego pewnie bym tej chemii nie przeżył. I że rak się cofnął o połowę i wszystko idzie w dobrą stronę. Piękny moment, naprawdę. Była masa innych rozmów, mam nadzieję, że rozmówcy uznają, że pożytecznych.

Medialnego podsumowania można posłuchać w audycji Radia Gdańsk. Nie chcę tego materiału komentować, ale dla jednego fragmentu zrobię wyjątek. Od 14:35 profesor Jacek Jassem, wybitny onkolog mówi: „Lekarz musi być odpowiedzialny za swoje słowa. Lekarz musi powiedzieć choremu ‚Ja niestety nie potrafię pana wyleczyć, ale to, co panu proponują, jest oszustwem, niech pan się nie da na to nabrać‚ „. Spróbujmy to dobrze zrozumieć: oficjalna medycyna położyła na panu krzyżyk, ale broń Boże do znachora i szarlatana. Bo jeżeli panu się poprawi, to nie będzie to zgodne z nauką (przynajmniej z naszą nauką), przecież chyba nie chce pan nienaukowego wyleczenia? A tak chociaż umrze pan spokojnie, ze świadomością, że pana nie wykiwali. Moim komentarzem niech będą słowa, które Jerzy Zięba wypowiada w takich sytuacjach dosyć często: Czy to jest jeszcze lekarz?

Zieba

[ Znachor i szaman szaleje, a wypełniona sala, niepomna na przestrogi Pajaca, słucha z wielkim zainteresowaniem. ]

Jeszcze o medycznej

Pod poprzednim wpisem wkrótce po jego opublikowaniu pojawił się ciekawy komentarz, na który chciałbym, w charakterze PS, poniżej odpowiedzieć. Oto komentarz i moja odpowiedź:

Medyczna marihuana. Czyli taka, której nie można zażywać hedonistycznie. A co z chorobami, na które pomaga tylko marycha z THC lub z jego przewagą? Pewnie jestem niedouczony, ale o ile pamiętam, właśnie taka dobrze pomaga na astmę. Czy pacjent będzie miał zakazane odczuwać przyjemność (nie mylić z satysfakcją z postępów w leczeniu)? Dzielenie marihuany na leczniczą i tą drugą chyba nie jest dobrym pomysłem. Weźmy bowiem taki alkohol. Bez wyjątku zażywany jest hedonistycznie, niemedycznie. No to może trzeba zdelegalizować alkohol niemedyczny, od którego medyczny różni się tym, że pity z umiarem nie szkodzi nawet w największych ilościach.

Marihuana medyczna nie jest żadnym specjalnym rodzajem zioła; to marihuana zażywana w celach medycznych. Każda odmiana marihuany może być medyczną lub nią nie być. Na pewno medyczną MOŻNA się odurzać. (Sądząc po zawartości THC i CBD w odmianach sprzedawanych w aptekach w Holandii, niektóre odmiany „kopią” całkiem mocno). Powtórzę: różnica między medyczną i niemedyczną nie leży we właściwościach, lecz w celu używania.

Według znanych mi relacji znaczna część pacjentów zażywających marihuanę nigdy nie doświadcza efektów psychoaktywnych, nawet jeśli mają mocne odmiany. Częściowo jest to związane z tym, że dawki u nich mogą być na to zbyt małe, częściowo z tym, że nastawienie psychiczne pacjentów powoduje osłabienie działania oszałamiającego THC (o ile pamiętam, robiono badania porównujące reakcję organizmów użytkowników medycznych i przyjemnościowych – wykazały one, że rzadziej odurzają się ci, którzy nie chcą się odurzyć).

A wszyscy pozostali (czyli ci, którzy „haj” jednak odczuwają)? Jedno z dwojga: albo im się podoba (bo np. wprowadza do ich życia – poza bezpośrednimi korzyściami terapeutycznymi – tak potrzebny relaks i zapomnienie o kłopotach; wielu lekarzy podkreśla zdecydowanie korzystne znaczenie tego „skutku ubocznego”); albo im się nie spodoba – i wtedy najzwyczajniej w świecie marihuany nie będą używać.

Medyczna marihuana to nie jest marihuana pozbawiona THC, bo – tu się zgadzam, nie ma nad czym dyskutować – dla wielu chorych to THC jest główną substancją terapeutyczną. A to, że coraz bardziej odkrywamy lecznicze właściwości kannabidiolu (CBD)… Świetnie, należy się cieszyć, że przybył nam nowy środek leczniczy, naturalny, skuteczny i według dotychczasowych badań nietoksyczny.

Na zakończenie: dla mnie termin „medyczna marihuana” oznacza nie substancję, lecz pewien system, w skład którego wchodzi sama substancja, ale także przepisy regulujące jej używanie czy sposób zdobywania przez lekarzy i pacjentów wiedzy na jej temat. Zgodnie z tą definicją, choć zioła u nas nie brakuje, medycznej marihuany wciąż nie ma.

I jeszcze na marginesie może to: porównania marihuany z alkoholem są dobre, ale też są zarazem złe. Dlaczego złe? Bo właściwości prozdrowotne alkoholu są, przy właściwościach prozdrowotnych marihuany, żadne, a jego szkodliwość, przy szkodliwości marihuany, ogromna. A dobre? Bo większość Polaków wciąż nie wie dokładnie, co to jest marihuana i dlatego należy im dać jakiś punkt odniesienia, stworzyć możliwość prostego porównania z czymś, co znają praktycznie od urodzenia.

Czy w Polsce mamy medyczną marihuanę?

Nie wiem, co o tym sądzi nowe kierownictwo Ministerstwa Zdrowia. (Nie wiem, czy cokolwiek sądzi po 10 dniach urzędowania.) Stare kierownictwo było bardzo z siebie zadowolone: nie ma badań, więc nie przesadzajmy, ale skoro się tak upieracie, to przecież w Polsce mamy procedury umożliwiające leczenie się marihuaną wszystkim, którzy spełnią wymagania przewidziane prawem.

To, że spełnienie tych wymagań łatwe nie jest, już pisałem. To teraz zobaczmy, co rzeczywiście dostał w spadku nowy minister. To wszystko są głosy osób, które albo już miały kontakt z medyczną marihuaną, albo tego kontaktu szukają:

1) zacznę od Matki: Dorota Gudaniec opublikowała na swoim blogu wpis, który dokładnie i z pierwszej ręki pokazuje, jak to wygląda w praktyce;

2) tutaj można przeczytać, co o istniejącym systemie sądzi Paulina Janowicz, mama epileptycznej dziewczynki, której bardzo pomaga medyczna marihuana (a wiadomo o tym z doświadczenia – i to zwiększa jeszcze frustrację matki…);

3) Tomka Nadolskiego zawsze warto posłuchać, to bardzo mądrze i przekonująco mówiący, choć wciąż jeszcze bardzo młody, człowiek. Jeżeli jednak ktoś nie ma wolnych 25 minut, proponuję, żeby posłuchał dotyczącego marihuany 3-minutowego fragmentu zaczynającego się tu: 5:55. Nie, 4-minutowego. A właściwie 5-minutowego. Wiecie co? – przesłuchajcie całość. Ciekawe, czy odniesiecie to samo co ja wrażenie, że Tomek opisuje rzeczywistość inną niż wiceministrowie…

Na pewno medyczna marihuana nie będzie priorytetem nowego ministra. Ale myślę, że jednego może on być pewny: nie odpuścimy!