O teorii spiskowej

Jednym z powodów, dla których medyczna marihuana z takim trudem przebija się na całym świecie, jest wielka do niej niechęć ze strony koncernów farmaceutycznych. O ile dla nas (wiecie, o kim mówię, prawda?) ten fakt raczej nie podlega dyskusji, wiele osób podchodzi do niego sceptycznie, lekceważąco nazywając teorią spiskową, bo przecież władza nie faworyzowałaby żadnej branży kosztem obywateli.

Lumír Ondřej Hanuš to światowej sławy czeski naukowiec pracujący od wielu lat w Izraelu, znany np. z tego, że na początku lat 90., pracując w laboratorium Raphaela Mechoulama, był współodkrywcą anandamidu. Miał wykład na tegorocznym CannaFeście, niestety, występował w piątek, a ja na targach byłem od soboty, więc go na żywo nie zobaczyłem. Może jeszcze kiedyś będzie okazja. Ale jest Internet, tam jego wykłady są dostępne bez ograniczeń czasowych. Na przykład ten, z marca tego roku.

Naukowiec powiedział w nim coś, co skłoniło mnie do napisania tego tekstu (początek 1:06:45). Oto moje tłumaczenie – wypowiedź Hanuša zostawię bez komentarza, bo cóż tu komentować…

Myślę, że jest to problemem ze względu na firmy farmaceutyczne. Im nie podoba się, że ktoś może leczyć się tanio, bo mogą stracić dużo pieniędzy. Bardzo ciekawy jest, na marginesie, przypadek tego ojca z Czech, który uprawia marihuanę dla swojej córki [Hanuš mówił o tym wcześniej]  i pisze na policję i wszędzie: Jestem dilerem, OK, i zamierzam być nim dalej, bo dla mojej córki jestem gotów uprawiać . Córka ma już ponad 30 lat, jest dorosła, ale jest kaleką i oczywiście sama nie może uprawiać. I napisał do Senatu. I odpowiedzieli mu (przesłał mi to pismo), coś niewiarygodnego; więc wytłumaczyli mu, dlaczego marihuana jest problemem: bo firmy farmaceutyczne stworzyły tabletki przeciwbólowe i chcą teraz wielokrotnego zwrotu tych pieniędzy, więc nie jest w ich interesie, gdy używa się marihuany. To niewiarygodne, co mu napisali. Chciał to opublikować, ale nie ma zgody osoby, która to napisała.

Nie ma badań

Nie tak dawno na profilu dr. Piotra Zwolińskiego zamieściłem parę uwag dotyczących jego wypowiedzi o marihuanie (film z tą wypowiedzią jest tutaj, dyskusja pod filmem). Odpowiedź p. Piotra skłoniła mnie do napisania paru słów. Nie jest to polemika, bo pogląd na te sprawy mamy podobny – to po prostu kilka moich refleksji na ten temat.

Ma rację Bogdan Jot – moje wypowiedzi są w kilku miejscach nieścisłe i świetnie wypunktował to gdzie. Niestety i on nie w pełni ma rację, bo dalej moim zdaniem nic się „nie wie”, bo się będzie wiedziało jak się wykona odpowiednie metaanalizy, a takich nie ma.

To prawda, nie ma. Nie ma dlatego, że nie finansują ich koncerny farmaceutyczne – bo nie mają interesu w promowaniu konkurencyjnego produktu, który każdy może sobie wyhodować w ogródku albo na balkonie. Nie ma dlatego, że nie finansują ich rządy – bo potwierdzenie terapeutycznych właściwości marihuany postawiłoby władzę w bardzo niekomfortowej sytuacji, i to z kilku różnych powodów.

Marihuana ma właściwości lecznicze bez względu na to, czy badania przeprowadzono, czy nie. A więc brak badań ≠ brak właściwości leczniczych. Brak badań = brak urzędowej pieczątki. A także: brak badań = dowód na brak rzeczywistego zainteresowania rządów zdrowiem społeczeństwa. (To oczywista oczywistość, ale często pojawiający się argument prohibicjonistów o braku badań powoduje, że czasami ta prawda jest zapominana.)

Zastanówmy się, jakie brak badań niesie skutki dla chorych i dla lekarzy. Moim nielekarskim okiem widzę trzy, oto one z komentarzem:

→ nie wiadomo, jak marihuanę dawkować

Marihuana jest dla człowieka nietoksyczna, więc nie ma niebezpieczeństwa przedawkowania (choć trzeba też pamiętać, że przyjęcie nadmiernej dawki, zwłaszcza marihuany o wysokiej zawartości THC i niskiej CBD, może nie być najprzyjemniejszym przeżyciem). Zresztą chorzy mogą znaleźć sporo wskazówek w Internecie, a jedną z ważniejszych wydaje mi się ta, żeby zaczynać od małych dawek, obserwować reakcję chorego i stopniowo zwiększać dawkę do osiągnięcia żądanego efektu terapeutycznego.

→ nie wiadomo, w jakich przypadkach unikać kannabinoidów

Choć jednoznacznie nie stwierdzono tego w ani jednym przypadku, prawdą jest, że w niektórych chorobach należałoby zachować daleko idącą ostrożność, bo istnieją pewne naukowe sugestie, że podane z zewnątrz kannabinoidy mogą pogarszać stan chorego. Wspomina się tu np. o możliwości osłabienia układu odpornościowego w niektórych chorobach, o sprzyjaniu zwłóknieniu wątroby, ale także o przyspieszaniu rozwoju schizofrenii. Nawet jeśli taki szkodliwy wpływ w pewnych przypadkach istotnie ma miejsce, to nie wydaje się, żeby ich liczba była istotna.

→ nie wiadomo, jak kanabinoidy zmieniają działanie innych substancji aktywnych (= potencjalne interakcje z innymi lekami)

Wpływanie przez kannabinoidy na inne substancje jest faktem. Przykładowo: u bardzo wielu pacjentów stosujących przeciwbólowo morfinę stwierdzono, że równoległe podawanie marihuany zmniejsza (czasem znacznie) wielkość niezbędnych dawek. To oczywiście efekt pozytywny, a skutków niekorzystnych tutaj nie stwierdzono. W wielu innych przypadkach chorzy, decydując się na leczenie marihuaną, zastępują nią leki, czyli nie ma niebezpieczeństwa niepożądanych interakcji. Ale oczywiście ta kwestia jak najszybciej powinna zostać zbadana. Po pierwsze po to, żeby wykluczyć ryzyko w poszczególnych przypadkach, po drugie – żeby być może stwierdzić istnienie interakcji pozytywnych, korzystnych dla chorego (takich jak przy przyjmowaniu morfiny). A na razie pozostaje założyć, że brak zalewu doniesień o problemach leczących się farmakologicznie użytkowników marihuany uzasadnia wstępny wniosek, że kannabinoidy nie tworzą z lekami niekorzystnych połączeń zagrażających zdrowiu pacjentów (przynajmniej nie na skalę masową).

W wielu krajach (w tym w Polsce) brak oficjalnych badań jest używany przez władzę jako straszak i uzasadnienie prohibicji. Badania takie powinny być robione już od dawna, nie ma najmniejszych wątpliwości. Ale skoro ich nie ma, to rozsądny rząd, zamiast zakazywać, powinien powiedzieć tak: „Nie ma badań potwierdzających skuteczność marihuany w tym czy tamtym schorzeniu, nie można więc oficjalnie uznać jej za lekarstwo. Szanowni chorzy, jeżeli chcecie, to jej używajcie, ale robicie to na własną odpowiedzialność; koniecznie poradźcie się przedtem lekarza. Jakby co, to my ostrzegaliśmy”.

 

(Badaniom naukowym są w Odkłamywaniu poświęcone aż dwa rozdziały: „Marihuana nie jest lekiem, bo nie została zatwierdzona jako lek” i „Naukowiec prawdę ci powie. Albo i nie”.)

Dovieriaj, no provieriaj

Z tym problemem spotkałem się przy pisaniu obu książek: jakiś naukowiec z jakiegoś powodu coś napisał, innym naukowcom (oraz mediom!) to przypasowało i już to coś zostało roztrąbione na cały świat. Tak jest z powodowaniem przez marihuanowy dym raka płuc, tak jest z obniżonym IQ u palaczy, tak jest w wielu innych przypadkach. Co prawda potem owszem, wywiązuje się dyskusja, oryginalna praca zostaje ścięta równo z nomen omen trawą, ale to nie przeszkadza, że przez długie lata jest podawana jako dowód na lub przeciw.

Przypomniałem sobie o tym zjawisku po lekturze artykułu o groźnym tytule „Wreszcie są badania! E-papierosy bardziej rakotwórcze od zwykłych„. Przeczytają to tysiące ludzi i już posiądą stosowną wiedzę. A ile osób przeczyta to sprostowanie?

Podobna sytuacja wystąpiła kilka miesięcy temu, kiedy PAP opublikował notkę o szkodliwości e-papierosów. Jak ma się ona do prawdy można przeczytać w tym artykule.

No właśnie, tylko kto czyta sprostowania…?

PS

Każda poważna praca powinna mieć informację o konflikcie interesów, więc podaję co następuje: nie używam papierosów, ani zwykłych, ani w wersji „e”. Powyższy tekst nie ma na celu promowania e-szlugów ani zniechęcania do szlugów tradycyjnych – jeżeli ktoś chce, to niech się truje (byle z poszanowaniem praw tych, co truć się nie chcą, proszę pani Kopacz). Dopóki nikt mi nie dmucha w twarz ani nie zasmradza pomieszczenia, w którym choćby przez chwilę przyjdzie mi przebywać, nic mi do czyjegoś palenia. Żal mi jedynie i głupio, że jako społeczeństwo nie jesteśmy w stanie skutecznie przekazać dzieciakom prostego przekazu, że popalanie w wieku -nastu lat jest naprawdę złym pomysłem.

Po Trybunale

Powiem szczerze: nie bardzo mogę się przyłączyć do chóru osób zachwyconych niedawną decyzją Trybunału Konstytucyjnego o wysłaniu do ustawodawcy postanowienia sygnalizacyjnego, które zasugeruje dokonanie w prawie zmian umożliwiających stosowanie marihuany do celów leczniczych. Oczywiście, w pewnym sensie jest to moment historyczny, bo to chyba pierwszy w naszej najnowszej historii przypadek, gdy jakiś organ władzy uznał, że marihuana może mieć użytek leczniczy. (Nie liczę decyzji o dopuszczeniu do obrotu Sativexu i Bedrocanu – czyli, odpowiednio, wyciągu z marihuany i marihuanowego suszu – bo to były decyzje wymuszone regulacjami unijnymi.) Ale postanowienie sygnalizacyjne (jeżeli dobrze rozumiem sens Działu VI i VII regulaminu TK) to nic innego, jak tylko wiadomość: wicie rozumicie, może byście się w wolnej chwili zastanowili. A przecież wiemy dobrze, że nasza władza nie zrobi niczego, co nie będzie korzystne. Nie dla społeczeństwa; dla niej. Jaką korzyść mogłoby przynieść dopuszczenie medycznego użytku marihuany? – stworzenie u wyborców przekonania, że rządzą nimi ludzkie paniska, co to potrafią pochylić się nad niedolą chorych. W konsekwencji: więcej głosów. Ale nie od wszystkich wyborców, bo przecież pewna ich część swe głosy przeniesie gdzie indziej, nie będzie głosować na tych, co sprzyjają narkomanii, nie poprze tych, czyje decyzje wystawią nasze dzieci na promocję marihuany pod pozorem zastosowań leczniczych. Wiadomo przecież, że marihuana prowadzi do twardych narkotyków (powiedział tak sam Trybunał w Warszawie. I to Konstytucyjny). Których wyborców będzie więcej: chorych, ich rodzin i znajomych oraz rozsądnie myślących ludzi ufających naukowcom, czy raczej narkofobów wierzących w światowy spisek ćpunów, co to nie cofną się nawet przed wykorzystaniem chorych do swoich niecnych celów? W różnych krajach jest z tym różnie. W Europie w ostatnich miesiącach władza w Rumunii i Słowenii uznała, że otworzy się na tych pierwszych. W Polsce narkofobiczni politycy wciąż stawiają na tych drugich. Do czasu – co do tego nie mam wątpliwości, pytanie jednak, kiedy w końcu i u nas zacznie rządzić zdrowy rozsądek, dobro obywateli i wiedza naukowa. Tu niestety jestem pesymistą, boję się, że stan świadomości rodaków w kwestii marihuany jest na tyle niski, że rachunek zysków i strat partii rządzących długo jeszcze będzie niekorzystny dla medycznej marihuany. Nie widzę też na horyzoncie polityków mających cojones, gotowych podjąć nawet najbardziej słuszne decyzje wbrew słupkom sondaży opinii publicznej. Postanowienie sygnalizacyjne TK zmienia tu niewiele.

A może się mylę? Proszę mnie przekonać, że nie mam racji. Bardzo proszę…

Czytam i polecam (Maciej Kowalski)

dwa rodzaje blogów piszących dobrze o marihuanie. Pierwsze to takie, w których sporo jest przekonania, wiary i – przede wszystkim – entuzjazmu. Są fajne, optymistyczne, ale trochę naiwne. Te drugie spokojnie wykładają racje: naukowe, społeczne, logiczne, finansowe. Nie żeby nie było w nich entuzjazmu – jest, ale pod kontrolą. (Myślę, że mój blog jest właśnie taki.)

Blog Macieja Kowalskiego jest dla mnie harmonijnym połączeniem obu tych rodzajów. Zdecydowanie polecam!

Osoby: Tod Mikuriya

O dzieciństwie bohatera tego tekstu nie będę pisać – z jednym wyjątkiem. Pod koniec 1941 roku, gdy Tod miał 8 lat, Japończycy zaatakowali Amerykanów w Pearl Harbor. Był to powód rozpętania w Stanach antyjapońskiej histerii, a ponieważ ojciec Toda był Japończykiem (stąd mało amerykańskie nazwisko), cała rodzina musiała poddać się pewnym ograniczeniom czasu wojny (np. jako potencjalni wrogowie mieli ograniczenia w poruszaniu się po kraju, także skonfiskowano im radio). Przez jakiś czas dokuczliwi byli sąsiedzi i dzieci w szkole, ale z czasem sytuacja się unormowała.

Mikuriya zainteresował się marihuaną w czasie studiów na psychiatrii, ale po przeczytaniu wszystkiego, co mu wpadło w ręce na ten temat i po paru własnych doświadczeniach praktycznych, porzucił temat. Wrócił do niego po studiach, gdy wybrał się w podróż po Europie i Afryce Północnej – był m. in. w Maroku, gdzie próbował różnych rzeczy i nawet napisał pracę o marihuanie w Maroku.

Po powrocie do Stanów pracował jako psychiatra, interesując się marihuaną. Z jakiegoś archiwum wygrzebał sprawozdanie The Indian Hemp Drugs Comission i zadziwiła go kompletność tego dokumentu jeśli chodzi o opisanie wpływu marihuany na człowieka. Potem dogłębnie przestudiował prace O’Shaugnessy’ego.

W 1967 zaczął pracę w Narodowym Instytucie Zdrowia Psychicznego, gdzie został szefem komórki badającej zachowania kalifornijskich użytkowników marihuany – chodziło o stwierdzenie, czy ich postawa nie stwarza zagrożenia dla bezpieczeństwa kraju. Wspomina, że zaskoczyło go to, że wszystkie badania organizowane przez Instytut mają na celu wykazanie negatywnych konsekwencji używania marihuany albo znalezienie skutecznego sposobu ich wykrywania u użytkowników; wpływu pozytywnego nikt nie badał. A mimo to z badań przeprowadzonych na zlecenie Instytutu wynikało, że poważnych efektów negatywnych nie ma, a pozytywne udawało się czasem w tych mocno naciąganych badaniach znaleźć. Jawna przychylność młodego lekarza wobec marihuany nie zjednywała mu sojuszników wśród szefostwa.

Sam Mikuriya był wtedy użytkownikiem i kiedyś z Kalifornii przywiózł sobie do stolicy kilo zioła do użytku własnego i zaprzyjaźnionych pracowników Instytutu. Sprawa się wydała, w obawie przed skandalem Mikuriyę wyrzucono z pracy.

Mikuriya1Przeniósł się do San Francisco, gdzie został jednym z najbardziej aktywnych i znanych działaczy na rzecz zalegalizowania marihuany do użytku medycznego. Oczywiście pracował także zawodowo, był pionierem stosowania marihuany w terapii antyalkoholowej (ale napisana przez niego praca, opublikowana w jednym z branżowych czasopism, nie wywołała żadnego oddźwięku wśród naukowców i lekarzy).

W 1972 roku przeprowadzono w Kalifornii pierwsze głosowanie nad legalizacją medycznej marihuany. Wniosek przepadł, ale dzięki uzyskaniu poparcia 30% głosujących aktywiści pokazali, że zwolennicy złagodzenia surowej polityki narkotykowej stanowią bardzo znaczącą część społeczeństwa. Udało się uzyskać szereg mniejszych zwycięstw (np. obniżenie kary za posiadanie do 30 g suszu z obligatoryjnego 1 roku więzienia do maksimum 100-dolarowej grzywny). W 1991 roku mieszkańcy San Francisco olbrzymią większością 80% głosów „za” zdecydowali o zalegalizowaniu medycznej marihuany w swoim mieście. W ogólnostanowym głosowaniu ponowionym w 1996 roku (słynna Propozycja 215) wszyscy Kalifornijczycy zdecydowali, jako pierwszy stan, o zalegalizowaniu u siebie medycznych zastosowań marihuany. W stanowej ustawie zawarto listę chorób, na które będzie można legalnie stosować marihuanę. Kończy ją zwrot „lub jakąkolwiek inną chorobę, w której marihuana przynosi ulgę„. Autorem tej frazy, bardzo ważnej dla przyszłości stosowania kalifornijskiego prawa o medycznej marihuanie, był Tod Mikuriya.

Prawo Kalifornii pozwala używać chorym marihuany pod warunkiem posiadania zalecenia lekarskiego. Tod Mikuriya był pierwszym lekarzem znanym z wystawiania takich zaleceń. Nowe prawo pozwalało stosować marihuanę jako substytut innych substancji psychoaktywnych (w tym alkoholu) – Dr. Tod był jednym z pionierów takiej terapii, kontynuując to, co rozpoczął wiele lat wcześniej.

Władza w Kalifornii, ani federalna, ani stanowa, łatwo nie odpuściła. Mikuriya był ciągle szykanowany, kiedyś wytoczono mu proces – szukano błędów lekarskich, które mogłyby posłużyć jako pretekst do odebrania mu prawa wykonywania zawodu. Skończyło się skazaniem za uchybienia w prowadzeniu dokumentacji medycznej; wyrok: 5-letni okres próbny jeśli chodzi o dokumentację; licencji lekarza mu nie zabrano.

Mikuriya2W ostatnich latach żył z chorobą serca, a później dodatkowo z rakiem wątroby i płuc. Zmarł w 2007 roku w wieku 73 lat. W gabinecie Dr. Toda zaczęła przyjmować pacjentów Beverly Mikuriya, jego siostra.

Rolę, jaką Tod Mikuriya odegrał w powstaniu i okrzepnięciu ruchu medycznej marihuany w Stanach Zjednoczonych i na całym świecie, trudno przecenić. Nie chodzi jedynie o wspomniane powyżej zaangażowanie w proces legislacyjny w Kalifornii. Chodzi również o działalność popularyzatorską. Fundamentalne okazało się odkurzenie przez niego starszych, zapomnianych już prac poświęconych zastosowaniu marihuany w medycynie. Zamieścił je w wydanej w 1972 roku własnym nakładem książce Marijuana Medical Papers 1839-1972. Być może tylko dzięki tej książce nie zapomnieliśmy bezpowrotnie o pracach O’Shaugnessy’ego, o raporcie indyjskiej komisji i o jeszcze kilku wartościowych tekstach. Ale na tym nie koniec: w 2004 roku Mikuriya opublikował swą słynną listę, na której umieścił ponad 250 chorób, w których marihuana może być pomocna chorym. Mikuriya wyszukał je w starej literaturze i uzupełnił obserwacjami z własnej praktyki lekarskiej oraz z rozmów z klientami specjalistycznych marihuanowych aptek w Kalifornii. Jakby tego było mało, Dr. Tod napisał kilka oryginalnych prac o medycznej marihuanie – można je przeczytać tutaj.

Mikuriya3

……………

Główne źródła informacji:

– film dokumentalny „Dr. Tod – The Story of Dr. Tod Mikuriya and the Medical Marijuana Movement”, reż. Lincoln Godfrey (2007)
Wikipedia

Czy konopie są z marihuany?

„…i skazuję oskarżone za przewinienia popełnione przez ich kuzynkę„. Taki wyrok jest nie do pomyślenia – przynajmniej w kraju należącym do tzw. kultury zachodniej. A jednak taki wyrok został wydany. Było to w USA, w latach 30. ubiegłego wieku. Oskarżonymi były konopie przemysłowe, kuzynką – marihuana. Pominę tu kwestię oceny domniemanych „przewinień” kuzynki, piszę o nich obszernie w Odkłamywaniu marihuany. Tutaj zajmę się oskarżonymi – i skazanymi – konopiami przemysłowymi.

Towarzyszą one człowiekowi od tak dawna, że niektórzy badacze uważają, iż mogą być najstarszą świadomie uprawianą rośliną. Trudno powiedzieć, jak potoczyłyby się losy ludzkości, gdyby średniowieczne społeczeństwa europejskie nie znały konopi i w związku z tym nie miały mocnego płótna na żagle i mocnego włókna na liny – Amerykę tak czy tak by odkryto, ale na lekcjach historii na pewno uczylibyśmy się innych dat podboju Nowego Świata.

Historycy zwracają uwagę na znaczenie konopi w rozwoju USA. Były one tak istotne, że w niektórych okresach można było iść do więzienia – o paradoksie! – za ich nieuprawianie… A jednak zostały zakazane, nie tylko w USA, lecz praktycznie na całym świecie. (Technicznie rzecz biorąc, w większości krajów konopie przemysłowe uprawiać wolno, ale wiąże się z tym tyle obostrzeń, że chętnych jest niewielu.) Dlaczego? Na pewno jeden z głównych powodów był czysto praktyczny: bez wysłania próbki do laboratorium nie jest łatwo stwierdzić, ile w rosnącym krzaku jest THC, a więc – czy broń Boże nie jest on marihuaną. (To dlatego nasi policjanci – a pewnie i nie tylko nasi – najpierw niszczą, a potem się zastanawiają, co to było.) Inny powód był ideologiczny: zbyt dobra opinia o konopiach mogłaby częściowo przenieść się na marychę, niwecząc efekty kampanii propagandowej. No i jeszcze jeden powód, też o dużym ciężarze gatunkowym: myśli o potencjalnej konkurencji ze strony konopi nie lubi kilka potężnych gałęzi przemysłu: naftowy (konopie → biopaliwo), chemiczny (→ ekologiczny plastik), farmaceutyczny (→ tani lek na różne dolegliwości).

W Polsce przedwojennej oraz Ludowej nie mieliśmy z konopiami większego problemu: w latach 60. mieliśmy nimi obsianych 30 tysięcy hektarów pól. (To, że w PRL-u permanentnie brakowało sznurka do snopowiązałek nie wynikało z niechęci do konopi, lecz z ogólnej niewydolności wszystkich działów gospodarki.) Areał ten powoli malał, a pojawienie się w 2000 roku wyjątkowo kiepskiej Ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii (nakładającej na uprawy poważne ograniczenia administracyjne) postawiło kropkę nad „i”. (Krótko o historii upraw w Polsce mówi ten artykuł zamieszczony na portalu Stowarzyszenia Wolne Konopie.) Dziś konopiami obsianych jest 500-600 ha – porównajmy to z 15 tys. ha tytoniu czy 3 tys. ha słonecznika.

……….

Zmiana sposobu postrzegania marihuany (coraz powszechniejsze obśmiewanie absurdalnych mitów dotyczących marihuany oraz coraz lepsze poznawanie jej unikalnych właściwości leczniczych) oraz zainteresowanie powrotem do tradycyjnych upraw powoduje na świecie zmianę stosunku do konopi przemysłowych. Rośnie areał zasiewów, zwiększa się dostępna na rynku gama produktów konopnych. Powstają nawet specjalistyczne sklepy (na przykład Siemieniucha) mające w ofercie produkty z konopi: kosmetyki, produkty spożywcze, odzież.

T-shirt za 100 złotych może się wydać przesadą, ale trzeba mieć na uwadze co najmniej dwie okoliczności. Pierwsza to to, że taka koszulka wytrzyma o wiele więcej lat niż koszulka z bawełny. A druga – że płaci się głównie za to, że produkt ten robiony jest w małych ilościach, ręcznie lub w najlepszym przypadku w niewielkiej skali w manufakturze. Dopóki znajomość tych produktów i zaufanie do nich nie pozwoli na zwiększenie długości serii, ceny będą wysokie, ale nabywcy będą mieli świadomość, że dostają produkt ekskluzywny. Coś za coś.

Namawiam do zakupów artykułów z konopi nie tylko ze względu na tę ekskluzywność, ale także (przede wszystkim) dla ich wartości użytkowych. Oraz po to, żeby „rozruszać” ten segment rynku i przerwać błędne koło mały popyt → wysokie ceny → mały popyt. Ja wykosztowałem się na T-shirta za stówę, choć takiego samego z bawełny (czyli jednak nie takiego samego :)) miałbym za 1/5 tej ceny. Ale mam świadomość, że nie przyczyniam się do dalszego zanieczyszczania tej biednej planety chemikaliami (bawełna wymaga ich wyjątkowo dużo), a jednocześnie wspieram ponowny rozwój branży, która nigdy nie powinna była podupaść. Zrozumieli to już kilkanaście lat temu Francuzi, zrozumieli Niemcy, zrozumieli Kanadyjczycy. Nie zrozumieli Amerykanie (którzy 100% surowca dla swojego przetwórstwa konopi sprowadzają od sąsiada z północy), nie zrozumieli jeszcze też Polacy. Są już pewne zapowiedzi zmian (jak choćby działanie sklepów konopnych czy firm doradczych pomagających zainteresowaniem w rozwoju uprawy). Ale dzieje się to strasznie powoli, podobnie jak zmiana podejścia do kuzynki konopi – marihuany. Jak dla mnie – za wolno, jestem trochę zbyt niecierpliwy, by czekać na wymarcie odpowiedzialnych za obecny stan rzeczy dinozaurów.

PS1

Jeśli ktoś uważa, że kupując produkty bawełniane pomaga biednym rolnikom w Egipcie czy Ugandzie, to mam złą wiadomość: silnie subsydiowany przez amerykański rząd program „Cotton USA” skutecznie broni hodowców bawełny z Trzeciego Świata przed nadmiernym wzbogaceniem.

PS2

Siemieniucha.pl ma taniej: rzuciłem okiem na ceny u innego internetowego dystrybutora kosmetyków marki Cannaderm i okazuje się, że mimo iż z każdego sprzedanego produktu Siemieniucha przeznacza 2 zł na finansowanie działalności Stowarzyszenia Wolne Konopie, to i tak ceny ma niższe niż np. Drogeria Zdrowie. Porównanie z BioOrganiką też nie wypada źle, choć tamci na WK zapewne nie przekazują nic.

Trzeba rozmawiać z młodzieżą. Ale czy akurat tak?

W „Odkłamywaniu…” napisałem dość obszernie, dlaczego uważam, że nastolatki nie powinny używać marihuany. Myślę, że dla każdego społeczeństwa, które będzie chciało zliberalizować prawo dotyczące marihuany, odpowiednia polityka informacyjno-wychowawcza wśród młodzieży będzie bardzo ważnym (a kto wie, czy nie najważniejszym) krokiem do zrobienia.

Dlatego bardzo mnie zainteresowała informacja o przygotowywanej przez władze województwa zachodniopomorskiego kampanii edukacyjnej, która kosztem 50 tysięcy złotych miała „wyposażyć młodzież województwa zachodniopomorskiego w obiektywną wiedzę na temat przetworów konopi indyjskich”. Kampania istotnie ruszyła: „Samorząd Województwa Zachodniopomorskiego wdrożył kampanię społeczną zatytułowaną ‚Naiwni’, mającą na celu wyposażenie lokalnej młodzieży w wiedzę nt. zagrożeń związanych z używaniem przetworów konopi indyjskich. Działania mają też wzmocnić świadome podejmowanie decyzji, asertywność oraz dojrzałe reagowanie na depenalizację przepisów i ewentualne zmiany w prawie. Kampania ma także na celu przekazanie młodzieży faktów dotyczących marihuany i haszyszu oraz ubocznych skutków ich zażywania, popartych pracami naukowymi i obalających funkcjonujące w świadomości społecznej mity i stereotypy, według których używanie konopi nie jest groźne”. Widać tu dość istotną zmianę optyki: kampania nie ma już przekazywać jakiejś obiektywnej wiedzy, lecz ma „obalać funkcjonujące w świadomości społecznej mity i stereotypy”. Czyli: celem nie jest już informacja, lecz indoktrynacja. W kolejnym artykule pokazano plakat akcji i będący jej częścią klip. Nie mnie oceniać, czy użycie postaci Jima Morrisona ponad 40 lat po jego śmierci jest dobrym pomysłem – czy to dowód, że The Doors są bardzo popularni wśród zachodniopomorskiej młodzieży w drugiej dekadzie XXI wieku, czy może raczej wskazówka odnośnie wieku autorów kampanii bądź płacących za nią decydentów. Na pewno nie zaszkodziłoby sprawdzenie, jak poprawnie pisze się nazwisko piosenkarza.

billboard

Na czym konkretnie polegały działania? „Kampania ‚Naiwni’ ma charakter regionalny – jest prowadzona przede wszystkim w Szczecinie. Obejmuje 14 billboardów, tysiąc plakatów oraz spot emitowany na ekranach w telewizorach, a także działania w internecie (serwis naiwni.wzp.pl, facebookowy fanpage ‚Naiwni’)”. OK, przynajmniej nie napisali „funpage”. Dziś, rok po zakończeniu kampanii ten profil już nie istnieje. Ciekawe dlaczego, kosztów przecież nie generował. Może nie było komu zlecić nadzoru nad nim, może okazał się klapą, może urzędnicy uznali, że jak koniec kampanii, to koniec i żadnych fejzbuków już nie potrzeba, a może młodzi zbyt dosadnie wyrażali opinie o marihuanie i swoim stosunku do władz województwa zachodniopomorskiego. Został tylko klip, plakat z błędem oraz strona internetowa. Zajrzałem na nią i ręce mi opadły. Strona jest zrobiona we flashu i tekst cały czas się trzęsie, co skutecznie utrudnia czytanie. Ale zostawiam ten szczegół na boku, może młodzi nie umieją czytać tekstów nieruchomych – zakładam, że ktoś to zbadał i tak ma być. Zawartość strony to marne trzy akapiciki, które – choć w dużej części słuszne – raczej młodych mieszkańców województwa nie przekonają, bo to tekst o wydźwięku typowo propagandowym, a ponadto napisany sztywnym, mało atrakcyjnym językiem. Targetem kampanii była młodzież od 13 roku życia; już widzę 13-latka, z zadumą kiwającego głową po przeczytaniu informacji, że „marihuana może upośledzać różne elementy zachowań istotnych podczas jazdy samochodem, takie jak czas reakcji i koordynację percepcyjno-ruchową” albo że „długotrwałe używanie konopi może prowadzić do subtelnego upośledzenia wyższych funkcji poznawczych, m. in. pamięci, uwagi lub złożonego procesu selekcji i integracji informacji”.

Autorzy kampanii twierdzą, że została ona oparta na danych naukowych, ale źródła wiedzy nie są nigdzie zacytowane. Szkoda, chętnie dowiedziałbym się, czym jest uzasadnione np. twierdzenie, że „Palenie marihuany, podobnie jak palenie tytoniu, wpływa na zmniejszenie wydajności płuc”. Wydaje mi się, że autorzy nie znają wyników wielu ważnych badań analizujących to zagadnienie (jak choćby tego, przeprowadzonego przez dr. Tashkina i kolegów). Ciekawiłoby mnie także, na jakich naukowych badaniach opiera się straszenie tzw. syndromem amotywacyjnym. (Zarówno temu syndromowi, jak i wpływowi palenia marihuany na płuca, poświęciłem w Odkłamywaniu osobne rozdziały.)

Nie wiem, czy kampania była taka dlatego, że urzędnicy odpowiedzialni za nią w Urzędzie Marszałkowskim nie byli w stanie wymyślić nic lepszego i tylko odbębnili to, co im polecono, czy środki były niewystarczające, czy może raczej nie chodziło o młodych mieszkańców województwa, lecz o opłacone z publicznych pieniędzy zlecenie dla swojaków. Tak czy tak, moim zdaniem te pieniądze można było wydać o wiele lepiej.

. . . . . . .

Jak zatem rozmawiać z młodzieżą? Cóż, nie ma potrzeby wyważać drzwi, które kto inny już dawno otworzył. W Holandii skuteczne kampanie edukacyjne (dotyczące zresztą nie tylko marihuany) są prowadzone od dziesięcioleci, wystarczy się z nimi zapoznać i, jeśli będzie taka potrzeba, lekko dostosować do naszych warunków lokalnych. Myślę, że niejeden specjalista (pedagog, psycholog) podjąłby się tego za te marne 50 tysięcy. Oczywiście, musiałby to być ktoś rozsądny, posiadający stosowną wiedzę i pozbawiony uprzedzeń. Nie mogłaby to być np. pani Małgosia, która w rozmowie w Radio Dla Ciebie z udziałem Mai Ruszpel i Andrzeja Dołeckiego przedstawiła się jako nauczycielka z liceum ogólnokształcącego. Powiedziała (początek 32:50, cytat spisany z nagrania): „w szkołach my się strasznie boimy tego problemu – to raz; a dwa – nie rozmawiamy na ten temat, ponieważ rozmowy i prowadzenie jakiejś działalności edukacyjnej dotyczącej narkotyków powoduje, że ci ludzie [tj. młodzież] właśnie mając taką wiedzę, jak narkotyk działa, po niego sięgają. (…) Nie możemy rozmawiać, dlatego że każda taka rozmowa kończy się tym, że ktoś sięga po narkotyki” (…) Ja to wiem z doświadczenia”.

Jak odróżnić rozsądny przekaz od prostej propagandy? Myślę, że to dość łatwe: trzeba poszukać w analizowanym tekście takich wątków: • marihuana jest równie szkodliwa, jak pozostałe narkotyki, trzymajcie się od niej z daleka; • marihuana jest bardziej szkodliwa niż alkohol; • używanie marihuany prowadzi do używania twardych narkotyków; • użytkownicy marihuany tracą motywację do pracy. Jeżeli wątków tych nie ma, to nawet jeśli tekst zniechęca młodzież do używania marihuany (poprawka: zwłaszcza jeśli zniechęca), jest wielce prawdopodobne, że jest wartościowy i używa argumentów, które (przynajmniej z mojego punktu widzenia) są rozsądne i mają szansę trafić do adresatów.

PS

Jeszcze jeden fragment z kampanii „Naiwni”: „Największą szkodą społeczną, związaną z używaniem przetworów konopi, jest wchodzenie w konflikt z prawem, najczęściej z powodu posiadania niewielkiej ilości narkotyku lub udzielania go innym”. No właśnie, autorzy tej mało (dla mnie) przekonującej kampanii byli o krok od naprawdę dużego odkrycia: jakże prostym sposobem można zlikwidować tak dużą szkodę społeczną. Wystarczy jedno głosowanie i jeden podpis. Wystarczy zmiana jednej złej ustawy.

O raku, firmach farmaceutycznych, marihuanie i uporze silniejszym niż rozum

Chyba każdy z nas zna kogoś, kto chorował lub choruje na nowotwór. W Polsce notujemy „bardzo szybki wzrost liczby zgonów powodowanych chorobami nowotworowymi, przy jednoczesnym wzroście liczby nowych zachorowań. W 1990 r. nowotwory złośliwe były przyczyną prawie 19% zgonów, w 2000 r. stanowiły 23%, a w 2010 r. – 24,5% wszystkich przyczyn – co oznacza, że aktualnie co czwarty zgon jest wynikiem choroby nowotworowej” [tak podaje GUS].

Podobnie jest we wszystkich innych krajach tzw. Zachodu. „Rak” to ostatnie słowo, które chcielibyśmy usłyszeć w gabinecie lekarskim. I chociaż w ostatnich latach statystyki przeżywalności poszły w górę (np. w Wielkiej Brytanii wzrosły dwukrotnie w przeciągu minionych 40 lat), to i tak wciąż są bardzo wysokie: łącznie dla wszystkich form raka tylko nieco ponad 50% osób z niedawno postawioną diagnozą przeżyje co najmniej 5 lat. Chorzy na raka jądra mają największe szanse (98%), nieźle też wyglądają statystyki dla złośliwych czerniaków (90%), ale rak mózgu i rak żołądka to już tylko 19% szans przeżycia 5 lat, rak płuc – 10%, a rak trzustki – zaledwie 3% [informacje z portalu Cancer Research UK].

Poszukiwania skutecznego lekarstwa na raka trwają na całym świecie od dawna – odkąd tylko medycyna zaczęła rozumieć tę chorobę. Mamy w tej historii także kilka wątków polskich:

  • słynny torf profesora Tołpy z końca lat 80 okazał się przydatny w różnych innych zastosowaniach, ale raka ostatecznie nie pokonał [więcej w tym artykule – polecam zwłaszcza młodszym czytelnikom jako lekcję historii Polski XX wieku]
  • antyneoplastony dra Stanisława Burzyńskiego też zdają się nie spełniać oczekiwań. Chociaż
  • nanocząsteczkowa „amunicja” przeciwrakowa profesora Tomasza Ciacha [można o niej przeczytać tutaj]

Oczywiście, poszukiwania leku prowadzą także (a raczej: przede wszystkim) wielkie koncerny farmaceutyczne. Bo choć na badania trzeba wydać setki milionów dolarów, to powodzenie, nawet częściowe, zwiększające przeżywalność choćby o 1%, oznacza zyski liczone w miliardy.

Ostatnio panuje moda na odsądzanie firm farmaceutycznych od czci i wiary za ich ogromną pazerność. Ja w takich ocenach jestem dość ostrożny, pamiętajmy, że wydanie tych setek milionów na badania wcale nie gwarantuje sukcesu, zatem chęć zrekompensowania sobie poniesionych nakładów wydaje mi się uzasadniona. Natomiast to, czego nie jestem w stanie usprawiedliwić w działaniach tych firm, to różne przejawy gry nie fair. Takie jak choćby te:

  • spotykana na całym świecie nagminna praktyka przeciągania na swoją stronę lekarzy przy pomocy atrakcyjnych gadżetów czy wycieczek w tropiki, fundowanych w przebraniu wyjazdów na kongresy naukowe – nie jest przyjemna myśl, że lekarz przepisuje mi jakiś lek nie dlatego, że jest przekonany o jego skuteczności, lecz dlatego, że producent zasponsorował mu tydzień na Majorce;
  • mniejsza lub większa ingerencja w wyniki badań naukowych, które mają na celu stwierdzenie przydatności produkowanego przez siebie leku – aż do jawnego oszustwa włącznie;
  • próby wyeliminowania konkurencji – nie tylko tej wewnątrz branży, ale także tej spoza niej; robi się to na wiele sposobów, poczynając od dyskredytowania wszystkiego, co stanowi potencjalne zagrożenie, aż do instrumentalnego wykorzystywania prawa. Na przykład alternatywne sposoby leczenia raka od dawna są zwalczane przez oficjalną medycynę i idące z nią ramię w ramię koncerny farmaceutyczne, a uzasadnieniem jest – jakżeby inaczej – dobro pacjenta. To temat na oddzielny tekst, zresztą napisano już o tym niejedną książkę (kilka okładek poniżej) i nawet kręcono filmy dokumentalne. Nad tym, żeby kongresmeni podejmowali odpowiednie (z punktu widzenia interesów przemysłu farmaceutycznego) decyzje, czuwa liczna armia lobbystów (dobrze ponad tysiąc osób, więcej niż 2 lobbystów na każdego kongresmena), dysponująca olbrzymim budżetem dającym duże możliwości przekonywania do podjęcia takich, a nie innych decyzji [więcej można o tym poczytać np. tutaj albo tutaj].

 ………

Prezydent Nixon był uwikłany w dwie wojny. Jedną, tę w Wietnamie, odziedziczył po poprzednikach (Kennedym i Johnsonie). Drugą wywołał sam. Wojna z narkotykami  („war on drugs”) wkrótce miała okazać się wojną z własnym społeczeństwem, bo jej ofiarami w większości byli (i do dziś są) niepowodujący żadnych problemów użytkownicy marihuany. Do walki ze złym ziołem Waszyngton postanowił zaprząc naukę – stąd zamawiane przez administrację Nixona badania naukowe. Jedno z nich miało wykazać, że kannabinoidy zawarte w marihuanie mogą powodować u zażywających osłabienie sił obronnych organizmu. Zadanie to otrzymali na początku lat 70. naukowcy z Virginia Commonwealth University. W 1974 dostarczyli wyniki: kannabinoidy podane myszom, u których uprzednio wywołano nowotwór (raka płuc i piersi oraz białaczkę), spowodowały eliminację komórek rakowych lub poważne zmniejszenie ich ilości. Władza, która spodziewała się wyników dokładnie odwrotnych, wykorzystała wszystkie możliwości, by te niewygodne informacje ukryć przed opinią publiczną. Obrona arbitralnego twierdzenia o szkodliwości marihuany okazała się ważniejsza niż losy setek tysięcy obywateli, którzy już wówczas chorowali na nowotwory bądź dopiero mieli na nie zachorować w przyszłości.

Wyniki badań z Wirginii miały nigdy nie ujrzeć światła dziennego, ale dotarł do nich Jack Herer, najbardziej znany aktywista ruchu promarihuanowego, i wspomniał o nich w swojej wydanej w 1985 roku książce The Emperor Wears No Clothes.

Gdy ukazywało się pierwsze wydanie książki, o działaniu kannabinoidów na ludzki organizm nauka nie wiedziała jeszcze nic. Jednak od tamtej pory dowiedzieliśmy się już bardzo dużo. Przede wszystkim odkryto układ endokannabinoidowy i wyjaśniono, jak kannabinoidy (te powstające w naszych organizmach i te dostarczane z zewnątrz) oddziałują na nasze komórki.

Wiemy już, że w komórkach nowotworowych kannabinoidy są w stanie wywołać apoptozę – proces powodujący obumieranie komórek. Zwykle zachodzi on w żywych organizmach w sposób naturalny, ale komórki nowotworowe ignorują otrzymywane od organizmu polecenia samounicestwienia się i mnożą się dalej. Dostarczone z zewnątrz kannabinoidy są w stanie sygnały takie skutecznie dostarczyć, w wyniku czego rak stopniowo zanika.

Wiemy także, że kannabinoidy hamują proces angiogenezy, dzięki któremu rozwijające się tkanki tworzą potrzebne im do życia nowe naczynia krwionośne. Angiogeneza jest pożyteczna przy gojeniu się ran, ale niepożądana w przypadku raka. Wykazano, że kannabinoidy mogą zahamować angiogenezę w tkance nowotworowej, nie wpływając jednocześnie na procesy zachodzące w tkankach zdrowych. (Nie, to nie magia, to działanie receptorów kannabinoidowych, w które matka natura wyposażyła komórki naszego ciała. Jak to jest możliwe, że o układzie endokannabinoidowym – cudownym mechanizmie samoregulacyjnym, który wszyscy mamy w naszych organizmach – nie uczą się na uczelniach studenci medycyny, że wiedzy o nim nie chłoną już praktykujący lekarze, że temat ten ignoruje prawie cała oficjalna nauka…?).

 ……… 

Wysokie standardy w odniesieniu do lekarstw są nam potrzebne, co do tego nie ma wątpliwości. O tragicznych skutkach braku takich standardów możemy się przekonać co jakiś czas – ostatni taki przypadek zdarzył się bardzo niedawno. Ale utrzymywanie standardów nie może być usprawiedliwieniem dla braku jakiegokolwiek działania w sytuacji, gdy okoliczności wymagają działań pilnych, właściwie natychmiastowych. Jednym z przykładów takich sytuacji, być może najbardziej oczywistym, jest możliwość leczenia bardzo różnych rodzajów nowotworów przy pomocy skoncentrowanych kannabinoidów. O takiej możliwości wiadomo od co najmniej kilku lat – w roku 2008 Rick Simpson upublicznił swoją metodę ekstrakcji kannabinoidów z marihuany i oznajmił, że przy pomocy jego ekstraktu (zwanego olejem Ricka Simpsona – RSO) spowodował ustąpienie nowotworu u setek, a potem tysięcy osób (film Run from the cure został udostępniony do bezpłatnego obejrzenia w Internecie, można go znaleźć np. tu, a wersję z polskimi napisami tu.)

Wkrótce w Internecie pojawiły się świadectwa osób, które przy pomocy RSO wyleczyły się z raka. Oficjalne reakcje władzy są jednoznaczne: brak jest jakichkolwiek naukowych podstaw, by twierdzić, że ekstrakt może być przydatny w leczeniu nowotworów; a poza tym przypomina się obywatelom, że marihuana jest nielegalna. No, ale jeżeli brak jest naukowych podstaw, to obowiązkiem władzy jest pilnie takie podstawy stworzyć – albo twierdzenia internautów naukowo obalić. Czy między innymi nie za to urzędnicy biorą od nas pieniądze? Na pewno niczego nie możemy oczekiwać po koncernach farmaceutycznych, bo to nie leży w ich interesie. A władza niech nie marnuje czasu i środków (i marihuany) na badania nad zachowaniem komórek takiego czy innego raka w probówkach albo na maltretowanie kolejnych pokoleń myszy – takich badań przeprowadzono już setki, a rzesze chorych ludzi nie mogą już dłużej czekać. I czekać wcale nie muszą: od tysięcy lat wiadomo, że konopie są dla człowieka nietoksyczne, że nie powodują nawet jednej dziesiątej problemów powodowanych przez chemio- i radioterapię. Że leczenie kannabinoidami to terapia niesprawdzona? No to ją trzeba wreszcie sprawdzić! Ochotników na pewno nie zabraknie – na całym świecie pełno jest ludzi, na których oficjalna medycyna postawiła już krzyżyk. Wielu z nich na własną rękę leczy się ekstraktem z marihuany, ryzykując jednak z jednej strony tym, że zażywają produkt o niepewnej jakości, z drugiej strony tym, że koniec życia być może przyjdzie im spędzić w więzieniu. Nie ryzykują natomiast życiem – oni już mają wyroki zapisane na oficjalnych formularzach. Więc chętnych do wykorzystania jeszcze jednej szansy na pewno nie zabraknie.

Czy jest prawdopodobne, żeby jakakolwiek władza zdecydowała się na taki krok? Mam nadzieję, że tak, ale musiałaby to być władza, dla której dobro obywateli jest naprawdę najważniejszym celem. Ważniejszym niż typowa dla każdej władzy chęć zastygnięcia w bezruchu do następnych wyborów; ważniejszym niż interesy jakiejkolwiek gałęzi przemysłu czy usług; ważniejszym niż uparta, bezsensowna obrona tezy sformułowanej przed prawie stuleciem i z każdym upływającym miesiącem coraz trudniejszej do obrony.

 ………

Chorzy na raka czekają.

 

book04      book03      book02book01

 

 

 

 

 

Ten tekst został napisany specjalnie dla prowadzonego przez Stowarzyszenie Wolne Konopie portalu www.wolnekonopie.org.

Mariusz Jędrzejko – pierwsze starcie

Protokolarny obowiązek przedstawienia p. Jędrzejki już spełniłem, mogę przejść do rzeczy.

W programie Polsat News nadanym na żywo 3.01.2014, rozmawiając z Januszem Korwinem-Mikke Jędrzejko mówi (ok. 5:05): Świat przestępczy tego nie przepuści, tak jak nie przepuścił w Holandii, gdzie obok takiej lekko zalegalizowanej marihuany pojawiła się ogromna ilość amfetaminy i ogromna ilość heroiny.

Pomyślałem sobie tak: Statystyk dotyczących „pojawienia się” pewnie nie znajdę, ale ogromne ilości towaru na rynku muszą być mocno skorelowane ze sporym używaniem, bo przecież te ogromne ilości musiały się pojawić dla zaspokojenia ogromnego popytu, a nie po to, żeby leżeć na straganie. A statystyki używania są łatwe do znalezienia – zobaczę, co pokazują. Jak pomyślałem, tak zrobiłem; źródło statystyk będzie szacowne: ONZ, a konkretnie jedno z jego wyspecjalizowanych biur: United Nations Office on Drugs and Crime (UNODC). Rzucam okiem do jego raportu World Drug Report za 2011 rok (do pobrania stąd).

Najpierw szukam użytkowników amfetaminy, której ogromna ilość miała pojawić się w Holandii. Oto ich odsetek w populacji 15-64 lat w różnych krajach:

→ Portugalia 0,2, Francja 0,2, Holandia 0,3, Austria 0,5, Hiszpania 0,6, Polska 0,7, Niemcy 0,7, Belgia 0,9, Wielka Brytania (Anglia i Walia) 1,0.

Teraz heroina (tu podam dane dotyczące wszystkich opiatów, bo taka kategoria pojawia się w Raporcie):

→ Polska 0,10, Hiszpania 0,13, Belgia 0,20, Niemcy 0,22, Holandia 0,31, Austria 0,41, Portugalia 0,46, Francja 0,47, Wielka Brytania (Anglia i Walia) 0,81.

Dla kompletności informacji jeszcze kokaina:

→ Polska 0,2, Francja 0,6, Holandia 0,6, Portugalia 0,6, Niemcy 0,9, Belgia 0,9, Austria 0,9, Wielka Brytania (Anglia i Walia) 2,5, Hiszpania 2,6.

Ki diabeł? – gdzie to ogromne spożycie w Holandii? A może… może ja źle zrozumiałem wypowiedź Jędrzejki, któremu chodziło o to, że te ogromne ilości twardych dragów zalały Holandię w przeszłości – a teraz już policja zrobiła z tym porządek? No to z powrotem do Internetu. Tym razem inne szacowne źródło (lubiane zresztą przez Jędrzejkę): The European Monitoring Centre for Drugs and Drug Addiction (EMCDDA) – Europejskie Centrum Monitorowania Narkotyków i Narkomanii. Najstarszy raport ogólnoeuropejski pochodzi z roku 1997 (można go pobrać tutaj). W Tablicy 5 na stronie 21 przedstawiono szacunkowe dane dotyczące problematycznego używania narkotyków w różnych krajach. Nie chcę wdawać się w nudne rozważania metodologiczne dotyczące tych danych, pewnie niewielu z Was by interesowały. W skrócie sytuacja w 1997 roku wyglądała tak: fajnie było w Finlandii, która biła inne kraje na głowę znikomością problemów; Holandia miała poziom kłopotów zbliżony do tego w Szwecji i Niemczech, niższy niż w Belgii, Danii i Francji i o wiele niższy niż we Włoszech i Luksemburgu.

Zastanawiam się, na jakich danych oparł p. Jędrzejko swoją wypowiedź o zalewaniu Holandii amfetaminą i heroiną. A może nie opierał się na żadnych danych i tak tylko sobie powiedział, żeby postraszyć…?

Jeśli chodzi o Mariusza Jędrzejkę na tym blogu, to… cdn.