Czytam i polecam (Maciej Kowalski)

dwa rodzaje blogów piszących dobrze o marihuanie. Pierwsze to takie, w których sporo jest przekonania, wiary i – przede wszystkim – entuzjazmu. Są fajne, optymistyczne, ale trochę naiwne. Te drugie spokojnie wykładają racje: naukowe, społeczne, logiczne, finansowe. Nie żeby nie było w nich entuzjazmu – jest, ale pod kontrolą. (Myślę, że mój blog jest właśnie taki.)

Blog Macieja Kowalskiego jest dla mnie harmonijnym połączeniem obu tych rodzajów. Zdecydowanie polecam!

Osoby: Tod Mikuriya

O dzieciństwie bohatera tego tekstu nie będę pisać – z jednym wyjątkiem. Pod koniec 1941 roku, gdy Tod miał 8 lat, Japończycy zaatakowali Amerykanów w Pearl Harbor. Był to powód rozpętania w Stanach antyjapońskiej histerii, a ponieważ ojciec Toda był Japończykiem (stąd mało amerykańskie nazwisko), cała rodzina musiała poddać się pewnym ograniczeniom czasu wojny (np. jako potencjalni wrogowie mieli ograniczenia w poruszaniu się po kraju, także skonfiskowano im radio). Przez jakiś czas dokuczliwi byli sąsiedzi i dzieci w szkole, ale z czasem sytuacja się unormowała.

Mikuriya zainteresował się marihuaną w czasie studiów na psychiatrii, ale po przeczytaniu wszystkiego, co mu wpadło w ręce na ten temat i po paru własnych doświadczeniach praktycznych, porzucił temat. Wrócił do niego po studiach, gdy wybrał się w podróż po Europie i Afryce Północnej – był m. in. w Maroku, gdzie próbował różnych rzeczy i nawet napisał pracę o marihuanie w Maroku.

Po powrocie do Stanów pracował jako psychiatra, interesując się marihuaną. Z jakiegoś archiwum wygrzebał sprawozdanie The Indian Hemp Drugs Comission i zadziwiła go kompletność tego dokumentu jeśli chodzi o opisanie wpływu marihuany na człowieka. Potem dogłębnie przestudiował prace O’Shaugnessy’ego.

W 1967 zaczął pracę w Narodowym Instytucie Zdrowia Psychicznego, gdzie został szefem komórki badającej zachowania kalifornijskich użytkowników marihuany – chodziło o stwierdzenie, czy ich postawa nie stwarza zagrożenia dla bezpieczeństwa kraju. Wspomina, że zaskoczyło go to, że wszystkie badania organizowane przez Instytut mają na celu wykazanie negatywnych konsekwencji używania marihuany albo znalezienie skutecznego sposobu ich wykrywania u użytkowników; wpływu pozytywnego nikt nie badał. A mimo to z badań przeprowadzonych na zlecenie Instytutu wynikało, że poważnych efektów negatywnych nie ma, a pozytywne udawało się czasem w tych mocno naciąganych badaniach znaleźć. Jawna przychylność młodego lekarza wobec marihuany nie zjednywała mu sojuszników wśród szefostwa.

Sam Mikuriya był wtedy użytkownikiem i kiedyś z Kalifornii przywiózł sobie do stolicy kilo zioła do użytku własnego i zaprzyjaźnionych pracowników Instytutu. Sprawa się wydała, w obawie przed skandalem Mikuriyę wyrzucono z pracy.

Mikuriya1Przeniósł się do San Francisco, gdzie został jednym z najbardziej aktywnych i znanych działaczy na rzecz zalegalizowania marihuany do użytku medycznego. Oczywiście pracował także zawodowo, był pionierem stosowania marihuany w terapii antyalkoholowej (ale napisana przez niego praca, opublikowana w jednym z branżowych czasopism, nie wywołała żadnego oddźwięku wśród naukowców i lekarzy).

W 1972 roku przeprowadzono w Kalifornii pierwsze głosowanie nad legalizacją medycznej marihuany. Wniosek przepadł, ale dzięki uzyskaniu poparcia 30% głosujących aktywiści pokazali, że zwolennicy złagodzenia surowej polityki narkotykowej stanowią bardzo znaczącą część społeczeństwa. Udało się uzyskać szereg mniejszych zwycięstw (np. obniżenie kary za posiadanie do 30 g suszu z obligatoryjnego 1 roku więzienia do maksimum 100-dolarowej grzywny). W 1991 roku mieszkańcy San Francisco olbrzymią większością 80% głosów „za” zdecydowali o zalegalizowaniu medycznej marihuany w swoim mieście. W ogólnostanowym głosowaniu ponowionym w 1996 roku (słynna Propozycja 215) wszyscy Kalifornijczycy zdecydowali, jako pierwszy stan, o zalegalizowaniu u siebie medycznych zastosowań marihuany. W stanowej ustawie zawarto listę chorób, na które będzie można legalnie stosować marihuanę. Kończy ją zwrot „lub jakąkolwiek inną chorobę, w której marihuana przynosi ulgę„. Autorem tej frazy, bardzo ważnej dla przyszłości stosowania kalifornijskiego prawa o medycznej marihuanie, był Tod Mikuriya.

Prawo Kalifornii pozwala używać chorym marihuany pod warunkiem posiadania zalecenia lekarskiego. Tod Mikuriya był pierwszym lekarzem znanym z wystawiania takich zaleceń. Nowe prawo pozwalało stosować marihuanę jako substytut innych substancji psychoaktywnych (w tym alkoholu) – Dr. Tod był jednym z pionierów takiej terapii, kontynuując to, co rozpoczął wiele lat wcześniej.

Władza w Kalifornii, ani federalna, ani stanowa, łatwo nie odpuściła. Mikuriya był ciągle szykanowany, kiedyś wytoczono mu proces – szukano błędów lekarskich, które mogłyby posłużyć jako pretekst do odebrania mu prawa wykonywania zawodu. Skończyło się skazaniem za uchybienia w prowadzeniu dokumentacji medycznej; wyrok: 5-letni okres próbny jeśli chodzi o dokumentację; licencji lekarza mu nie zabrano.

Mikuriya2W ostatnich latach żył z chorobą serca, a później dodatkowo z rakiem wątroby i płuc. Zmarł w 2007 roku w wieku 73 lat. W gabinecie Dr. Toda zaczęła przyjmować pacjentów Beverly Mikuriya, jego siostra.

Rolę, jaką Tod Mikuriya odegrał w powstaniu i okrzepnięciu ruchu medycznej marihuany w Stanach Zjednoczonych i na całym świecie, trudno przecenić. Nie chodzi jedynie o wspomniane powyżej zaangażowanie w proces legislacyjny w Kalifornii. Chodzi również o działalność popularyzatorską. Fundamentalne okazało się odkurzenie przez niego starszych, zapomnianych już prac poświęconych zastosowaniu marihuany w medycynie. Zamieścił je w wydanej w 1972 roku własnym nakładem książce Marijuana Medical Papers 1839-1972. Być może tylko dzięki tej książce nie zapomnieliśmy bezpowrotnie o pracach O’Shaugnessy’ego, o raporcie indyjskiej komisji i o jeszcze kilku wartościowych tekstach. Ale na tym nie koniec: w 2004 roku Mikuriya opublikował swą słynną listę, na której umieścił ponad 250 chorób, w których marihuana może być pomocna chorym. Mikuriya wyszukał je w starej literaturze i uzupełnił obserwacjami z własnej praktyki lekarskiej oraz z rozmów z klientami specjalistycznych marihuanowych aptek w Kalifornii. Jakby tego było mało, Dr. Tod napisał kilka oryginalnych prac o medycznej marihuanie – można je przeczytać tutaj.

Mikuriya3

……………

Główne źródła informacji:

– film dokumentalny „Dr. Tod – The Story of Dr. Tod Mikuriya and the Medical Marijuana Movement”, reż. Lincoln Godfrey (2007)
Wikipedia

Czy konopie są z marihuany?

„…i skazuję oskarżone za przewinienia popełnione przez ich kuzynkę„. Taki wyrok jest nie do pomyślenia – przynajmniej w kraju należącym do tzw. kultury zachodniej. A jednak taki wyrok został wydany. Było to w USA, w latach 30. ubiegłego wieku. Oskarżonymi były konopie przemysłowe, kuzynką – marihuana. Pominę tu kwestię oceny domniemanych „przewinień” kuzynki, piszę o nich obszernie w Odkłamywaniu marihuany. Tutaj zajmę się oskarżonymi – i skazanymi – konopiami przemysłowymi.

Towarzyszą one człowiekowi od tak dawna, że niektórzy badacze uważają, iż mogą być najstarszą świadomie uprawianą rośliną. Trudno powiedzieć, jak potoczyłyby się losy ludzkości, gdyby średniowieczne społeczeństwa europejskie nie znały konopi i w związku z tym nie miały mocnego płótna na żagle i mocnego włókna na liny – Amerykę tak czy tak by odkryto, ale na lekcjach historii na pewno uczylibyśmy się innych dat podboju Nowego Świata.

Historycy zwracają uwagę na znaczenie konopi w rozwoju USA. Były one tak istotne, że w niektórych okresach można było iść do więzienia – o paradoksie! – za ich nieuprawianie… A jednak zostały zakazane, nie tylko w USA, lecz praktycznie na całym świecie. (Technicznie rzecz biorąc, w większości krajów konopie przemysłowe uprawiać wolno, ale wiąże się z tym tyle obostrzeń, że chętnych jest niewielu.) Dlaczego? Na pewno jeden z głównych powodów był czysto praktyczny: bez wysłania próbki do laboratorium nie jest łatwo stwierdzić, ile w rosnącym krzaku jest THC, a więc – czy broń Boże nie jest on marihuaną. (To dlatego nasi policjanci – a pewnie i nie tylko nasi – najpierw niszczą, a potem się zastanawiają, co to było.) Inny powód był ideologiczny: zbyt dobra opinia o konopiach mogłaby częściowo przenieść się na marychę, niwecząc efekty kampanii propagandowej. No i jeszcze jeden powód, też o dużym ciężarze gatunkowym: myśli o potencjalnej konkurencji ze strony konopi nie lubi kilka potężnych gałęzi przemysłu: naftowy (konopie → biopaliwo), chemiczny (→ ekologiczny plastik), farmaceutyczny (→ tani lek na różne dolegliwości).

W Polsce przedwojennej oraz Ludowej nie mieliśmy z konopiami większego problemu: w latach 60. mieliśmy nimi obsianych 30 tysięcy hektarów pól. (To, że w PRL-u permanentnie brakowało sznurka do snopowiązałek nie wynikało z niechęci do konopi, lecz z ogólnej niewydolności wszystkich działów gospodarki.) Areał ten powoli malał, a pojawienie się w 2000 roku wyjątkowo kiepskiej Ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii (nakładającej na uprawy poważne ograniczenia administracyjne) postawiło kropkę nad „i”. (Krótko o historii upraw w Polsce mówi ten artykuł zamieszczony na portalu Stowarzyszenia Wolne Konopie.) Dziś konopiami obsianych jest 500-600 ha – porównajmy to z 15 tys. ha tytoniu czy 3 tys. ha słonecznika.

……….

Zmiana sposobu postrzegania marihuany (coraz powszechniejsze obśmiewanie absurdalnych mitów dotyczących marihuany oraz coraz lepsze poznawanie jej unikalnych właściwości leczniczych) oraz zainteresowanie powrotem do tradycyjnych upraw powoduje na świecie zmianę stosunku do konopi przemysłowych. Rośnie areał zasiewów, zwiększa się dostępna na rynku gama produktów konopnych. Powstają nawet specjalistyczne sklepy (na przykład Siemieniucha) mające w ofercie produkty z konopi: kosmetyki, produkty spożywcze, odzież.

T-shirt za 100 złotych może się wydać przesadą, ale trzeba mieć na uwadze co najmniej dwie okoliczności. Pierwsza to to, że taka koszulka wytrzyma o wiele więcej lat niż koszulka z bawełny. A druga – że płaci się głównie za to, że produkt ten robiony jest w małych ilościach, ręcznie lub w najlepszym przypadku w niewielkiej skali w manufakturze. Dopóki znajomość tych produktów i zaufanie do nich nie pozwoli na zwiększenie długości serii, ceny będą wysokie, ale nabywcy będą mieli świadomość, że dostają produkt ekskluzywny. Coś za coś.

Namawiam do zakupów artykułów z konopi nie tylko ze względu na tę ekskluzywność, ale także (przede wszystkim) dla ich wartości użytkowych. Oraz po to, żeby „rozruszać” ten segment rynku i przerwać błędne koło mały popyt → wysokie ceny → mały popyt. Ja wykosztowałem się na T-shirta za stówę, choć takiego samego z bawełny (czyli jednak nie takiego samego :)) miałbym za 1/5 tej ceny. Ale mam świadomość, że nie przyczyniam się do dalszego zanieczyszczania tej biednej planety chemikaliami (bawełna wymaga ich wyjątkowo dużo), a jednocześnie wspieram ponowny rozwój branży, która nigdy nie powinna była podupaść. Zrozumieli to już kilkanaście lat temu Francuzi, zrozumieli Niemcy, zrozumieli Kanadyjczycy. Nie zrozumieli Amerykanie (którzy 100% surowca dla swojego przetwórstwa konopi sprowadzają od sąsiada z północy), nie zrozumieli jeszcze też Polacy. Są już pewne zapowiedzi zmian (jak choćby działanie sklepów konopnych czy firm doradczych pomagających zainteresowaniem w rozwoju uprawy). Ale dzieje się to strasznie powoli, podobnie jak zmiana podejścia do kuzynki konopi – marihuany. Jak dla mnie – za wolno, jestem trochę zbyt niecierpliwy, by czekać na wymarcie odpowiedzialnych za obecny stan rzeczy dinozaurów.

PS1

Jeśli ktoś uważa, że kupując produkty bawełniane pomaga biednym rolnikom w Egipcie czy Ugandzie, to mam złą wiadomość: silnie subsydiowany przez amerykański rząd program „Cotton USA” skutecznie broni hodowców bawełny z Trzeciego Świata przed nadmiernym wzbogaceniem.

PS2

Siemieniucha.pl ma taniej: rzuciłem okiem na ceny u innego internetowego dystrybutora kosmetyków marki Cannaderm i okazuje się, że mimo iż z każdego sprzedanego produktu Siemieniucha przeznacza 2 zł na finansowanie działalności Stowarzyszenia Wolne Konopie, to i tak ceny ma niższe niż np. Drogeria Zdrowie. Porównanie z BioOrganiką też nie wypada źle, choć tamci na WK zapewne nie przekazują nic.

Trzeba rozmawiać z młodzieżą. Ale czy akurat tak?

W „Odkłamywaniu…” napisałem dość obszernie, dlaczego uważam, że nastolatki nie powinny używać marihuany. Myślę, że dla każdego społeczeństwa, które będzie chciało zliberalizować prawo dotyczące marihuany, odpowiednia polityka informacyjno-wychowawcza wśród młodzieży będzie bardzo ważnym (a kto wie, czy nie najważniejszym) krokiem do zrobienia.

Dlatego bardzo mnie zainteresowała informacja o przygotowywanej przez władze województwa zachodniopomorskiego kampanii edukacyjnej, która kosztem 50 tysięcy złotych miała „wyposażyć młodzież województwa zachodniopomorskiego w obiektywną wiedzę na temat przetworów konopi indyjskich”. Kampania istotnie ruszyła: „Samorząd Województwa Zachodniopomorskiego wdrożył kampanię społeczną zatytułowaną ‚Naiwni’, mającą na celu wyposażenie lokalnej młodzieży w wiedzę nt. zagrożeń związanych z używaniem przetworów konopi indyjskich. Działania mają też wzmocnić świadome podejmowanie decyzji, asertywność oraz dojrzałe reagowanie na depenalizację przepisów i ewentualne zmiany w prawie. Kampania ma także na celu przekazanie młodzieży faktów dotyczących marihuany i haszyszu oraz ubocznych skutków ich zażywania, popartych pracami naukowymi i obalających funkcjonujące w świadomości społecznej mity i stereotypy, według których używanie konopi nie jest groźne”. Widać tu dość istotną zmianę optyki: kampania nie ma już przekazywać jakiejś obiektywnej wiedzy, lecz ma „obalać funkcjonujące w świadomości społecznej mity i stereotypy”. Czyli: celem nie jest już informacja, lecz indoktrynacja. W kolejnym artykule pokazano plakat akcji i będący jej częścią klip. Nie mnie oceniać, czy użycie postaci Jima Morrisona ponad 40 lat po jego śmierci jest dobrym pomysłem – czy to dowód, że The Doors są bardzo popularni wśród zachodniopomorskiej młodzieży w drugiej dekadzie XXI wieku, czy może raczej wskazówka odnośnie wieku autorów kampanii bądź płacących za nią decydentów. Na pewno nie zaszkodziłoby sprawdzenie, jak poprawnie pisze się nazwisko piosenkarza.

billboard

Na czym konkretnie polegały działania? „Kampania ‚Naiwni’ ma charakter regionalny – jest prowadzona przede wszystkim w Szczecinie. Obejmuje 14 billboardów, tysiąc plakatów oraz spot emitowany na ekranach w telewizorach, a także działania w internecie (serwis naiwni.wzp.pl, facebookowy fanpage ‚Naiwni’)”. OK, przynajmniej nie napisali „funpage”. Dziś, rok po zakończeniu kampanii ten profil już nie istnieje. Ciekawe dlaczego, kosztów przecież nie generował. Może nie było komu zlecić nadzoru nad nim, może okazał się klapą, może urzędnicy uznali, że jak koniec kampanii, to koniec i żadnych fejzbuków już nie potrzeba, a może młodzi zbyt dosadnie wyrażali opinie o marihuanie i swoim stosunku do władz województwa zachodniopomorskiego. Został tylko klip, plakat z błędem oraz strona internetowa. Zajrzałem na nią i ręce mi opadły. Strona jest zrobiona we flashu i tekst cały czas się trzęsie, co skutecznie utrudnia czytanie. Ale zostawiam ten szczegół na boku, może młodzi nie umieją czytać tekstów nieruchomych – zakładam, że ktoś to zbadał i tak ma być. Zawartość strony to marne trzy akapiciki, które – choć w dużej części słuszne – raczej młodych mieszkańców województwa nie przekonają, bo to tekst o wydźwięku typowo propagandowym, a ponadto napisany sztywnym, mało atrakcyjnym językiem. Targetem kampanii była młodzież od 13 roku życia; już widzę 13-latka, z zadumą kiwającego głową po przeczytaniu informacji, że „marihuana może upośledzać różne elementy zachowań istotnych podczas jazdy samochodem, takie jak czas reakcji i koordynację percepcyjno-ruchową” albo że „długotrwałe używanie konopi może prowadzić do subtelnego upośledzenia wyższych funkcji poznawczych, m. in. pamięci, uwagi lub złożonego procesu selekcji i integracji informacji”.

Autorzy kampanii twierdzą, że została ona oparta na danych naukowych, ale źródła wiedzy nie są nigdzie zacytowane. Szkoda, chętnie dowiedziałbym się, czym jest uzasadnione np. twierdzenie, że „Palenie marihuany, podobnie jak palenie tytoniu, wpływa na zmniejszenie wydajności płuc”. Wydaje mi się, że autorzy nie znają wyników wielu ważnych badań analizujących to zagadnienie (jak choćby tego, przeprowadzonego przez dr. Tashkina i kolegów). Ciekawiłoby mnie także, na jakich naukowych badaniach opiera się straszenie tzw. syndromem amotywacyjnym. (Zarówno temu syndromowi, jak i wpływowi palenia marihuany na płuca, poświęciłem w Odkłamywaniu osobne rozdziały.)

Nie wiem, czy kampania była taka dlatego, że urzędnicy odpowiedzialni za nią w Urzędzie Marszałkowskim nie byli w stanie wymyślić nic lepszego i tylko odbębnili to, co im polecono, czy środki były niewystarczające, czy może raczej nie chodziło o młodych mieszkańców województwa, lecz o opłacone z publicznych pieniędzy zlecenie dla swojaków. Tak czy tak, moim zdaniem te pieniądze można było wydać o wiele lepiej.

. . . . . . .

Jak zatem rozmawiać z młodzieżą? Cóż, nie ma potrzeby wyważać drzwi, które kto inny już dawno otworzył. W Holandii skuteczne kampanie edukacyjne (dotyczące zresztą nie tylko marihuany) są prowadzone od dziesięcioleci, wystarczy się z nimi zapoznać i, jeśli będzie taka potrzeba, lekko dostosować do naszych warunków lokalnych. Myślę, że niejeden specjalista (pedagog, psycholog) podjąłby się tego za te marne 50 tysięcy. Oczywiście, musiałby to być ktoś rozsądny, posiadający stosowną wiedzę i pozbawiony uprzedzeń. Nie mogłaby to być np. pani Małgosia, która w rozmowie w Radio Dla Ciebie z udziałem Mai Ruszpel i Andrzeja Dołeckiego przedstawiła się jako nauczycielka z liceum ogólnokształcącego. Powiedziała (początek 32:50, cytat spisany z nagrania): „w szkołach my się strasznie boimy tego problemu – to raz; a dwa – nie rozmawiamy na ten temat, ponieważ rozmowy i prowadzenie jakiejś działalności edukacyjnej dotyczącej narkotyków powoduje, że ci ludzie [tj. młodzież] właśnie mając taką wiedzę, jak narkotyk działa, po niego sięgają. (…) Nie możemy rozmawiać, dlatego że każda taka rozmowa kończy się tym, że ktoś sięga po narkotyki” (…) Ja to wiem z doświadczenia”.

Jak odróżnić rozsądny przekaz od prostej propagandy? Myślę, że to dość łatwe: trzeba poszukać w analizowanym tekście takich wątków: • marihuana jest równie szkodliwa, jak pozostałe narkotyki, trzymajcie się od niej z daleka; • marihuana jest bardziej szkodliwa niż alkohol; • używanie marihuany prowadzi do używania twardych narkotyków; • użytkownicy marihuany tracą motywację do pracy. Jeżeli wątków tych nie ma, to nawet jeśli tekst zniechęca młodzież do używania marihuany (poprawka: zwłaszcza jeśli zniechęca), jest wielce prawdopodobne, że jest wartościowy i używa argumentów, które (przynajmniej z mojego punktu widzenia) są rozsądne i mają szansę trafić do adresatów.

PS

Jeszcze jeden fragment z kampanii „Naiwni”: „Największą szkodą społeczną, związaną z używaniem przetworów konopi, jest wchodzenie w konflikt z prawem, najczęściej z powodu posiadania niewielkiej ilości narkotyku lub udzielania go innym”. No właśnie, autorzy tej mało (dla mnie) przekonującej kampanii byli o krok od naprawdę dużego odkrycia: jakże prostym sposobem można zlikwidować tak dużą szkodę społeczną. Wystarczy jedno głosowanie i jeden podpis. Wystarczy zmiana jednej złej ustawy.

O raku, firmach farmaceutycznych, marihuanie i uporze silniejszym niż rozum

Chyba każdy z nas zna kogoś, kto chorował lub choruje na nowotwór. W Polsce notujemy „bardzo szybki wzrost liczby zgonów powodowanych chorobami nowotworowymi, przy jednoczesnym wzroście liczby nowych zachorowań. W 1990 r. nowotwory złośliwe były przyczyną prawie 19% zgonów, w 2000 r. stanowiły 23%, a w 2010 r. – 24,5% wszystkich przyczyn – co oznacza, że aktualnie co czwarty zgon jest wynikiem choroby nowotworowej” [tak podaje GUS].

Podobnie jest we wszystkich innych krajach tzw. Zachodu. „Rak” to ostatnie słowo, które chcielibyśmy usłyszeć w gabinecie lekarskim. I chociaż w ostatnich latach statystyki przeżywalności poszły w górę (np. w Wielkiej Brytanii wzrosły dwukrotnie w przeciągu minionych 40 lat), to i tak wciąż są bardzo wysokie: łącznie dla wszystkich form raka tylko nieco ponad 50% osób z niedawno postawioną diagnozą przeżyje co najmniej 5 lat. Chorzy na raka jądra mają największe szanse (98%), nieźle też wyglądają statystyki dla złośliwych czerniaków (90%), ale rak mózgu i rak żołądka to już tylko 19% szans przeżycia 5 lat, rak płuc – 10%, a rak trzustki – zaledwie 3% [informacje z portalu Cancer Research UK].

Poszukiwania skutecznego lekarstwa na raka trwają na całym świecie od dawna – odkąd tylko medycyna zaczęła rozumieć tę chorobę. Mamy w tej historii także kilka wątków polskich:

  • słynny torf profesora Tołpy z końca lat 80 okazał się przydatny w różnych innych zastosowaniach, ale raka ostatecznie nie pokonał [więcej w tym artykule – polecam zwłaszcza młodszym czytelnikom jako lekcję historii Polski XX wieku]
  • antyneoplastony dra Stanisława Burzyńskiego też zdają się nie spełniać oczekiwań. Chociaż
  • nanocząsteczkowa „amunicja” przeciwrakowa profesora Tomasza Ciacha [można o niej przeczytać tutaj]

Oczywiście, poszukiwania leku prowadzą także (a raczej: przede wszystkim) wielkie koncerny farmaceutyczne. Bo choć na badania trzeba wydać setki milionów dolarów, to powodzenie, nawet częściowe, zwiększające przeżywalność choćby o 1%, oznacza zyski liczone w miliardy.

Ostatnio panuje moda na odsądzanie firm farmaceutycznych od czci i wiary za ich ogromną pazerność. Ja w takich ocenach jestem dość ostrożny, pamiętajmy, że wydanie tych setek milionów na badania wcale nie gwarantuje sukcesu, zatem chęć zrekompensowania sobie poniesionych nakładów wydaje mi się uzasadniona. Natomiast to, czego nie jestem w stanie usprawiedliwić w działaniach tych firm, to różne przejawy gry nie fair. Takie jak choćby te:

  • spotykana na całym świecie nagminna praktyka przeciągania na swoją stronę lekarzy przy pomocy atrakcyjnych gadżetów czy wycieczek w tropiki, fundowanych w przebraniu wyjazdów na kongresy naukowe – nie jest przyjemna myśl, że lekarz przepisuje mi jakiś lek nie dlatego, że jest przekonany o jego skuteczności, lecz dlatego, że producent zasponsorował mu tydzień na Majorce;
  • mniejsza lub większa ingerencja w wyniki badań naukowych, które mają na celu stwierdzenie przydatności produkowanego przez siebie leku – aż do jawnego oszustwa włącznie;
  • próby wyeliminowania konkurencji – nie tylko tej wewnątrz branży, ale także tej spoza niej; robi się to na wiele sposobów, poczynając od dyskredytowania wszystkiego, co stanowi potencjalne zagrożenie, aż do instrumentalnego wykorzystywania prawa. Na przykład alternatywne sposoby leczenia raka od dawna są zwalczane przez oficjalną medycynę i idące z nią ramię w ramię koncerny farmaceutyczne, a uzasadnieniem jest – jakżeby inaczej – dobro pacjenta. To temat na oddzielny tekst, zresztą napisano już o tym niejedną książkę (kilka okładek poniżej) i nawet kręcono filmy dokumentalne. Nad tym, żeby kongresmeni podejmowali odpowiednie (z punktu widzenia interesów przemysłu farmaceutycznego) decyzje, czuwa liczna armia lobbystów (dobrze ponad tysiąc osób, więcej niż 2 lobbystów na każdego kongresmena), dysponująca olbrzymim budżetem dającym duże możliwości przekonywania do podjęcia takich, a nie innych decyzji [więcej można o tym poczytać np. tutaj albo tutaj].

 ………

Prezydent Nixon był uwikłany w dwie wojny. Jedną, tę w Wietnamie, odziedziczył po poprzednikach (Kennedym i Johnsonie). Drugą wywołał sam. Wojna z narkotykami  („war on drugs”) wkrótce miała okazać się wojną z własnym społeczeństwem, bo jej ofiarami w większości byli (i do dziś są) niepowodujący żadnych problemów użytkownicy marihuany. Do walki ze złym ziołem Waszyngton postanowił zaprząc naukę – stąd zamawiane przez administrację Nixona badania naukowe. Jedno z nich miało wykazać, że kannabinoidy zawarte w marihuanie mogą powodować u zażywających osłabienie sił obronnych organizmu. Zadanie to otrzymali na początku lat 70. naukowcy z Virginia Commonwealth University. W 1974 dostarczyli wyniki: kannabinoidy podane myszom, u których uprzednio wywołano nowotwór (raka płuc i piersi oraz białaczkę), spowodowały eliminację komórek rakowych lub poważne zmniejszenie ich ilości. Władza, która spodziewała się wyników dokładnie odwrotnych, wykorzystała wszystkie możliwości, by te niewygodne informacje ukryć przed opinią publiczną. Obrona arbitralnego twierdzenia o szkodliwości marihuany okazała się ważniejsza niż losy setek tysięcy obywateli, którzy już wówczas chorowali na nowotwory bądź dopiero mieli na nie zachorować w przyszłości.

Wyniki badań z Wirginii miały nigdy nie ujrzeć światła dziennego, ale dotarł do nich Jack Herer, najbardziej znany aktywista ruchu promarihuanowego, i wspomniał o nich w swojej wydanej w 1985 roku książce The Emperor Wears No Clothes.

Gdy ukazywało się pierwsze wydanie książki, o działaniu kannabinoidów na ludzki organizm nauka nie wiedziała jeszcze nic. Jednak od tamtej pory dowiedzieliśmy się już bardzo dużo. Przede wszystkim odkryto układ endokannabinoidowy i wyjaśniono, jak kannabinoidy (te powstające w naszych organizmach i te dostarczane z zewnątrz) oddziałują na nasze komórki.

Wiemy już, że w komórkach nowotworowych kannabinoidy są w stanie wywołać apoptozę – proces powodujący obumieranie komórek. Zwykle zachodzi on w żywych organizmach w sposób naturalny, ale komórki nowotworowe ignorują otrzymywane od organizmu polecenia samounicestwienia się i mnożą się dalej. Dostarczone z zewnątrz kannabinoidy są w stanie sygnały takie skutecznie dostarczyć, w wyniku czego rak stopniowo zanika.

Wiemy także, że kannabinoidy hamują proces angiogenezy, dzięki któremu rozwijające się tkanki tworzą potrzebne im do życia nowe naczynia krwionośne. Angiogeneza jest pożyteczna przy gojeniu się ran, ale niepożądana w przypadku raka. Wykazano, że kannabinoidy mogą zahamować angiogenezę w tkance nowotworowej, nie wpływając jednocześnie na procesy zachodzące w tkankach zdrowych. (Nie, to nie magia, to działanie receptorów kannabinoidowych, w które matka natura wyposażyła komórki naszego ciała. Jak to jest możliwe, że o układzie endokannabinoidowym – cudownym mechanizmie samoregulacyjnym, który wszyscy mamy w naszych organizmach – nie uczą się na uczelniach studenci medycyny, że wiedzy o nim nie chłoną już praktykujący lekarze, że temat ten ignoruje prawie cała oficjalna nauka…?).

 ……… 

Wysokie standardy w odniesieniu do lekarstw są nam potrzebne, co do tego nie ma wątpliwości. O tragicznych skutkach braku takich standardów możemy się przekonać co jakiś czas – ostatni taki przypadek zdarzył się bardzo niedawno. Ale utrzymywanie standardów nie może być usprawiedliwieniem dla braku jakiegokolwiek działania w sytuacji, gdy okoliczności wymagają działań pilnych, właściwie natychmiastowych. Jednym z przykładów takich sytuacji, być może najbardziej oczywistym, jest możliwość leczenia bardzo różnych rodzajów nowotworów przy pomocy skoncentrowanych kannabinoidów. O takiej możliwości wiadomo od co najmniej kilku lat – w roku 2008 Rick Simpson upublicznił swoją metodę ekstrakcji kannabinoidów z marihuany i oznajmił, że przy pomocy jego ekstraktu (zwanego olejem Ricka Simpsona – RSO) spowodował ustąpienie nowotworu u setek, a potem tysięcy osób (film Run from the cure został udostępniony do bezpłatnego obejrzenia w Internecie, można go znaleźć np. tu, a wersję z polskimi napisami tu.)

Wkrótce w Internecie pojawiły się świadectwa osób, które przy pomocy RSO wyleczyły się z raka. Oficjalne reakcje władzy są jednoznaczne: brak jest jakichkolwiek naukowych podstaw, by twierdzić, że ekstrakt może być przydatny w leczeniu nowotworów; a poza tym przypomina się obywatelom, że marihuana jest nielegalna. No, ale jeżeli brak jest naukowych podstaw, to obowiązkiem władzy jest pilnie takie podstawy stworzyć – albo twierdzenia internautów naukowo obalić. Czy między innymi nie za to urzędnicy biorą od nas pieniądze? Na pewno niczego nie możemy oczekiwać po koncernach farmaceutycznych, bo to nie leży w ich interesie. A władza niech nie marnuje czasu i środków (i marihuany) na badania nad zachowaniem komórek takiego czy innego raka w probówkach albo na maltretowanie kolejnych pokoleń myszy – takich badań przeprowadzono już setki, a rzesze chorych ludzi nie mogą już dłużej czekać. I czekać wcale nie muszą: od tysięcy lat wiadomo, że konopie są dla człowieka nietoksyczne, że nie powodują nawet jednej dziesiątej problemów powodowanych przez chemio- i radioterapię. Że leczenie kannabinoidami to terapia niesprawdzona? No to ją trzeba wreszcie sprawdzić! Ochotników na pewno nie zabraknie – na całym świecie pełno jest ludzi, na których oficjalna medycyna postawiła już krzyżyk. Wielu z nich na własną rękę leczy się ekstraktem z marihuany, ryzykując jednak z jednej strony tym, że zażywają produkt o niepewnej jakości, z drugiej strony tym, że koniec życia być może przyjdzie im spędzić w więzieniu. Nie ryzykują natomiast życiem – oni już mają wyroki zapisane na oficjalnych formularzach. Więc chętnych do wykorzystania jeszcze jednej szansy na pewno nie zabraknie.

Czy jest prawdopodobne, żeby jakakolwiek władza zdecydowała się na taki krok? Mam nadzieję, że tak, ale musiałaby to być władza, dla której dobro obywateli jest naprawdę najważniejszym celem. Ważniejszym niż typowa dla każdej władzy chęć zastygnięcia w bezruchu do następnych wyborów; ważniejszym niż interesy jakiejkolwiek gałęzi przemysłu czy usług; ważniejszym niż uparta, bezsensowna obrona tezy sformułowanej przed prawie stuleciem i z każdym upływającym miesiącem coraz trudniejszej do obrony.

 ………

Chorzy na raka czekają.

 

book04      book03      book02book01

 

 

 

 

 

Ten tekst został napisany specjalnie dla prowadzonego przez Stowarzyszenie Wolne Konopie portalu www.wolnekonopie.org.

Mariusz Jędrzejko – pierwsze starcie

Protokolarny obowiązek przedstawienia p. Jędrzejki już spełniłem, mogę przejść do rzeczy.

W programie Polsat News nadanym na żywo 3.01.2014, rozmawiając z Januszem Korwinem-Mikke Jędrzejko mówi (ok. 5:05): Świat przestępczy tego nie przepuści, tak jak nie przepuścił w Holandii, gdzie obok takiej lekko zalegalizowanej marihuany pojawiła się ogromna ilość amfetaminy i ogromna ilość heroiny.

Pomyślałem sobie tak: Statystyk dotyczących „pojawienia się” pewnie nie znajdę, ale ogromne ilości towaru na rynku muszą być mocno skorelowane ze sporym używaniem, bo przecież te ogromne ilości musiały się pojawić dla zaspokojenia ogromnego popytu, a nie po to, żeby leżeć na straganie. A statystyki używania są łatwe do znalezienia – zobaczę, co pokazują. Jak pomyślałem, tak zrobiłem; źródło statystyk będzie szacowne: ONZ, a konkretnie jedno z jego wyspecjalizowanych biur: United Nations Office on Drugs and Crime (UNODC). Rzucam okiem do jego raportu World Drug Report za 2011 rok (do pobrania stąd).

Najpierw szukam użytkowników amfetaminy, której ogromna ilość miała pojawić się w Holandii. Oto ich odsetek w populacji 15-64 lat w różnych krajach:

→ Portugalia 0,2, Francja 0,2, Holandia 0,3, Austria 0,5, Hiszpania 0,6, Polska 0,7, Niemcy 0,7, Belgia 0,9, Wielka Brytania (Anglia i Walia) 1,0.

Teraz heroina (tu podam dane dotyczące wszystkich opiatów, bo taka kategoria pojawia się w Raporcie):

→ Polska 0,10, Hiszpania 0,13, Belgia 0,20, Niemcy 0,22, Holandia 0,31, Austria 0,41, Portugalia 0,46, Francja 0,47, Wielka Brytania (Anglia i Walia) 0,81.

Dla kompletności informacji jeszcze kokaina:

→ Polska 0,2, Francja 0,6, Holandia 0,6, Portugalia 0,6, Niemcy 0,9, Belgia 0,9, Austria 0,9, Wielka Brytania (Anglia i Walia) 2,5, Hiszpania 2,6.

Ki diabeł? – gdzie to ogromne spożycie w Holandii? A może… może ja źle zrozumiałem wypowiedź Jędrzejki, któremu chodziło o to, że te ogromne ilości twardych dragów zalały Holandię w przeszłości – a teraz już policja zrobiła z tym porządek? No to z powrotem do Internetu. Tym razem inne szacowne źródło (lubiane zresztą przez Jędrzejkę): The European Monitoring Centre for Drugs and Drug Addiction (EMCDDA) – Europejskie Centrum Monitorowania Narkotyków i Narkomanii. Najstarszy raport ogólnoeuropejski pochodzi z roku 1997 (można go pobrać tutaj). W Tablicy 5 na stronie 21 przedstawiono szacunkowe dane dotyczące problematycznego używania narkotyków w różnych krajach. Nie chcę wdawać się w nudne rozważania metodologiczne dotyczące tych danych, pewnie niewielu z Was by interesowały. W skrócie sytuacja w 1997 roku wyglądała tak: fajnie było w Finlandii, która biła inne kraje na głowę znikomością problemów; Holandia miała poziom kłopotów zbliżony do tego w Szwecji i Niemczech, niższy niż w Belgii, Danii i Francji i o wiele niższy niż we Włoszech i Luksemburgu.

Zastanawiam się, na jakich danych oparł p. Jędrzejko swoją wypowiedź o zalewaniu Holandii amfetaminą i heroiną. A może nie opierał się na żadnych danych i tak tylko sobie powiedział, żeby postraszyć…?

Jeśli chodzi o Mariusza Jędrzejkę na tym blogu, to… cdn.

Mariusz Jędrzejko – naukowiec spełniony

Nazwisko Mariusz Jędrzejko nie jest obce osobom oglądającym telewizje śniadaniowe albo osobom, które – tak jak ja – przeszukują Internet w poszukiwaniu ciekawych materiałów o maryśce. Jędrzejkę zaprasza zarówno publiczna, jak i telewizje prywatne – w programach robi za specjalistę od marihuany właśnie. Jest socjologiem, ma tytuł profesora. Ponadto jest dyrektorem Mazowieckiego Centrum Profilaktyki Uzależnień – tak nazywa się jego prywatna firma.

 

Profesura, dyrektorowanie i cykliczna obecność w telewizorze nie wszystkim wystarczają, by uznać p. Jędrzejkę za znawcę tematu, na który tak obficie się wypowiada. Na przykład czytany i polecany przeze mnie Mateusz Klinowski zamieścił na swoim blogu wpis pod dużo mówiącym tytułem „Herosi polskiej nałki i narkofobii: Mariusz Jędrzejko”, w którym dość mocno Jędrzejkę podszczypuje. Wtóruje mu Edwin Bendyk w tekście „Uwaga, Jędrzejko. Pedagogika po góralsku” – też krytycznym. Wolne Konopie napisały do p. Jędrzejki list otwarty – nie wiem, czy został przeczytany, a tym bardziej odpowiedziany.

Gdyby ktoś z Was nie znał poglądów p. Jędrzejki na marihuanę, a chciałby je poznać, to bardzo proszę, oto próbka i jeszcze może początek tego artykułu.

Na deser ploteczka (czy cokolwiek w Polsce może się jeszcze obejść bez ploteczek o celebrytach?): w jednym z programów pan profesor zakablował dziennikarkę Agnieszkę Szulim, że mu się przyznała do jarania. Ciekawy felieton napisał na ten temat Jaś Kapela, a sam program można obejrzeć tu.

 

7 maja 2013 p. Jędrzejko wystąpił w TVP w kolejnym Pytaniu na śniadanie. Materiał pt. „Czy Polacy legalnie zapalą marihuanę?” jest dostępny w Internecie. W pewnym momencie (ok. 2:20) p. Jędrzejko mówi: „Nikt na świecie nie wymyśli już nic innego. To są rzetelne amerykańskie i europejskie badania pokazujące wielopłaszczyznowy problem. (…) My wiemy wszystko, naprawdę wiemy wszystko”.

Oto postawa godna prawdziwego naukowca. Koniec nauki! Wiemy już wszystko! Już niczego nowego się nie dowiemy! Jakże inaczej brzmi wypowiedź Jerzego (też profesora) Vetulaniego: PRZEDMIOTEM NAUKI JEST NIEWIADOME.

 

Powyższy tekst to tylko wprowadzenie. P. Mariusz Jędrzejko będzie bohaterem jeszcze kilku innych tekstów na tym blogu. Na pewno. Już wkrótce.

 

UWAGA: Sądy, czasem krytyczne, jakie będę wyrażał o poglądach i wypowiedziach p. Jędrzejki, w żadnym stopniu nie odnoszą się jego wiedzy socjologicznej. Do takiej oceny po prostu nie miałbym prawa jako ignorant w tej dziedzinie. Wszystkie uwagi będą dotyczyły tylko i wyłącznie różnych aspektów wiedzy o marihuanie.

 

Szybki rozwój wydarzeń…

Minęło ledwie kilka tygodni od wyjścia książek z drukarni, a już pewne rzeczy są w nich nieaktualne. Jako autora oczywiście trochę mnie to martwi, ale przecież zdaję sobie sprawę z nieuchronności zachodzących zmian. Szczęśliwie chodzi tylko o drobne szczegóły – cała reszta jeszcze przez dłuższy czas, myślę, będzie aktualna.

Zmiany dotyczą legalności medycznych zastosowań marihuany – ostatnio przybyło miejsc, gdzie stała się ona legalna. Nie mam najmniejszych wątpliwości: na tym na pewno się nie skończy, a proces liberalizacji będzie postępował. Wciąż tylko nie wiem, jak w tej sytuacji odnajdzie się nasz kraj…

 

Niniejszy wpis chciałbym potraktować jako swojego rodzaju erratę do książek.

• W kilku miejscach pisałem w nich o tym, że medyczne zastosowania marihuany są legalne w 20 stanach USA plus w szczególnym stanie, jakim jest stołeczny Dystrykt Kolumbii. Ale teraz nie jest to już 20+1, lecz 23+1. W ostatnim czasie do legalizacji medycznej marihuany doszło w stanach Maryland, Minnesota i Nowy Jork.

Gdyby ktoś chciał śledzić rozwój sytuacji w Stanach na bieżąco albo gdyby potrzebował szczegółów (dopuszczalne ilości marihuany na jednego pacjenta czy choroby, przy których dopuszcza się jej stosowanie), polecam (aktualizowaną na bieżąco) stronę.

W tym roku przewidywane jest jeszcze powszechne głosowanie nad medyczną marihuaną w trzech stanach: Ohio, Pensylwanii i na Florydzie. Jest też parę stanów, które na razie możliwość dopuszczenia marihuany w leczeniu odrzuciły. Zainteresowanych szczegółami odsyłam do tej strony.

• O tym, że w połowie zeszłego roku medyczny użytek marihuany zalegalizowała Francja, a pod koniec roku także Rumunia, zdążyłem napisać. Natomiast nie miałem żadnej możliwości włączenia do tekstu informacji, że na taki krok zdecydowała się Słowenia – ta decyzja została podjęta bardzo niedawno.

 

Na szczęście na tym kończy się (na razie…) lista informacji wymagających uzupełnienia. A w oczekiwaniu na kolejne zmiany chciałbym zachęcić Was do przeczytania (po angielsku) tego artykułu z listą 10 krajów, w których legalizacja dowolnego użytku marihuany wydaje się być kwestią nieodległej przyszłości.

Słowniczek: ~zacje

W różnych dyskusjach dotyczących marihuany albo narkotyków często pojawiają się podobnie brzmiące słowa kończące się na -zacja. Bywa, że są one używane wymiennie, co sugeruje, że dla autorów są synonimami. Czy rzeczywiście słowa te znaczą to samo? – może warto zastanowić się chwilę nad ich znaczeniem. Przy poniższych rozważaniach skorzystam z następujących źródeł: [SJP] – internetowy Słownik Języka Polskiego; [Kop] – Słownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych Władysława Kopalińskiego (Wiedza Powszechna 1990); [Wiki] – polska Wikipedia; [WSPP] – Wielki słownik poprawnej polszczyzny (PWN 2011).

liberalizacja
2. osłabienie rygoru, zmniejszenie rygoryzmu, złagodzenie norm, przepisów itp.” [SJP]: mamy pewien stan wyjściowy charakteryzujący się jakimś poziomem ograniczeń narzuconych przez prawo, a po liberalizacji poziom ten jest niższy, a prawo łagodniejsze. Liberalizacja jest możliwa prawie zawsze – nie jest jedynie wtedy, gdy prawo w odniesieniu do danej sfery życia nie przewiduje absolutnie żadnych ograniczeń czy restrykcji – wtedy nie ma czego liberalizować. To stan raczej hipotetyczny, zwłaszcza w naszym wolnym od 25 lat społeczeństwie.

depenalizacja
obniżenie wymiaru i uszczuplenie zakresu kar ustawowych za pewne rodzaje przestępstw” [Kop]. Czyli: pewne zachowania, dotąd karane przez prawo karne surowiej, od momentu depenalizacji są wciąż karane, ale łagodniej.

dekryminalizacja
uznanie, iż czyn nie jest już przestępstwem” [Wiki], co oznacza, że dany czyn – wciąż uznawany przez społeczeństwo za naganny – nie jest już przedmiotem zainteresowania prawa karnego, lecz podlega innym karom np. administracyjnym.

legalizacja
zespół czynności obejmujących sprawdzenie, stwierdzenie i poświadczenie dowodem legalizacji, że przyrząd pomiarowy spełnia wymagania metrologiczne” [Wiki]. A nie, przepraszam, to nie ta definicja :-) O, to ta: „[…] uznanie za zgodne z prawem” [Kop]: coś, co było zakazane, po legalizacji jest dozwolone, choć oczywiście niekoniecznie bez żadnych ograniczeń. (Alkohol jest legalny w większości krajów świata, ale chyba nigdzie nie ma pełnej swobody jego produkcji i dystrybucji.)

Jak na razie idzie dobrze, prawda? No to pokomplikujmy nieco obraz:

• Widać, że znaczenie pierwszych dwóch terminów jest bardzo zbliżone, ale liberalizacja ma zastosowanie o wiele szersze: depenalizacja odnosi się jedynie do prawa (zazwyczaj państwowego, choć także do prawa wewnątrz różnych organizacji), natomiast liberalizacja obejmuje również wiele innych sfer życia (obniżka ceł albo zniesienie ograniczeń pozataryfowych to liberalizacja handlu międzynarodowego; „Uczelnie będą liberalizowały zasady przyznawania stypendiów naukowych” [WSPP]).

• depenalizacja to wg. [SJP] „obniżenie wymiaru i ograniczenie zakresu kar ustawowych za pewne rodzaje przestępstw lub uznanie za legalne czynów wcześniej karalnych„- a zatem internetowy słownik (na pewno nie do końca będący autorytetem w kwestiach językowych) uznaje, że depenalizacja to to samo, co (zdefiniowana w podkreślonym przeze mnie fragmencie) legalizacja

• [Wiki] podaje: „Depenalizacja – przeciwieństwo penalizacji, jest to rezygnacja z karalności określonego typu czynu, uznawanego dotychczas za przestępstwo lub wykroczenie. Rozróżniamy depenalizację pełną oraz częściową:
   – depenalizacja pełna polega na całkowitym zniesieniu karalności czynu (zniesienie odpowiedzialności karnej), a tym samym i kary za popełniony czyn, który nie jest już traktowany jako przestępstwo lub wykroczenie,
   – depenalizacja częściowa polega na przekształceniu przestępstwa w wykroczenie (likwidacji typu przestępstwa i wprowadzaniu typu wykroczenia, a zatem likwidacji odpowiedzialności karnej i wprowadzeniu odpowiedzialności za wykroczenie) – inaczej kontrawencjonalizacja lub dekryminalizacja„.
Widzimy, że dla wikipedysty „depenalizacja częściowa” to dekryminalizacja, zaś „depenalizacja pełna” to sytuacja, którą ja określiłem wcześniej mianem liberalizacji. No właśnie, w dalszej części tego artykułu w Wikipedii czytamy: „Według niektórych prawników synonimem depenalizacji jest dekryminalizacja. Są także poglądy odmienne, różnicujące oba pojęcia. Wtedy ‚dekryminalizacja’ oznacza zniesienie odpowiedzialności karnej za określony czyn, natomiast ‚depenalizacja’ – złagodzenie (obniżenie) kary, jaką zagrożony jest czyn przestępczy, bez dokonywania zmiany rodzaju odpowiedzialności (prawnokarnej na odpowiedzialność za wykroczenia)„.

Nie jestem prawnikiem ani językoznawcą, nie mam ambicji, by sformułowane przeze mnie powyżej definicje stały się obowiązujące, nawet na tym blogu. Jeżeli ktoś uważa, że coś pomieszałem, proszę o komentarz, wspólnie postaramy się naprostować to, co będzie wymagało naprostowania.

Jeden z marihuanowych blogów

Buszując po Internecie natknąłem się na małego (przynajmniej na razie) bloga, którego autor porusza różnorodne tematy ze świata marihuany. Znaleźć tam można m. in. omówienia badań analizujących jej wpływ na człowieka, wpisy dotyczące działania leczniczego czy statusu prawnego marihuany w Polsce i na świecie. Wpisy nie pojawiają się zbyt często, ale większość z nich (jeśli nie wszystkie) na pewno okaże się ciekawa dla każdej osoby zainteresowanej marihuaną. Adres bloga: nasionakonopi.blog.pl. Zajrzyjcie, moim zdaniem warto.