Dwa cytaty

13 września 2016: Plan Ministerstwa Zdrowia zakłada, że w Polsce będzie prowadzona uprawa konopi indyjskich, pod kontrolą państwa – zapowiedział wiceminister Krzysztof Łanda podczas dzisiejszego posiedzenia parlamentarnego zespołu do spraw legalizacji medycznej marihuany.

19 stycznia 2017: nie ma żadnego powodu, aby wprowadzać w Polsce uprawy marihuany – czy to indywidualne, czy większe — podkreślił minister zdrowia Konstanty Radziwiłł na konferencji prasowej w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.

Pomyśl chwilę i spróbuj odpowiedzieć na pytanie: jakie są przyczyny tego zwrotu o 180°?

a) wiceminister Łanda jest nieodpowiedzialny i publicznie opowiada dyrdymały, które potem bardziej odpowiedzialny szef musi prostować;

b) izraelski eksporter marihuany podniósł stawkę prowizji dla polskich załatwiaczy;

c) do MZ zadzwonił przedstawiciel pewnej gałęzi przemysłu i powiedział: „Słuchajcie, Radziwiłł, zróbcie porządek z tą marihuaną, bo jak nie, to będziemy wam musieli obciąć fundusz reprezentacyjny”;

d) w ciągu ostatnich 4 miesięcy stan zdrowia Polaków uległ bardzo znaczącej poprawie;

e) inne (jakie? jakie???)

SMS-a o treści a), b), c), d) lub e) wyślij na jakikolwiek numer.

PS
http://www.polsatnews.pl/wideo-program/tak-czy-nie-czy-politycy-zbyt-dlugo-zwlekaja-z-legalizacja-medycznej-marihuany_6391406/ (wersja skrócona: https://www.facebook.com/KlubPoselskiKukiz15/videos/576459825889606/)

Przeciek

Napisał na Facebooku pan Tomasz Latos:

Właśnie zostałem odpytany przez media w sprawie zastosowania medycznego marihuany. Tak, ustawa w tej sprawie będzie w najbliższym czasie przyjęta i ma być pełna kontrola dystrybucji i podawania przez farmaceutów i lekarzy.

Niby dobra wiadomość. Ale jako malkontent nie mogę nie zrobić choćby jednej uwagi. A uwaga jest taka: „Ustawa będzie przyjęta„. A skąd to wiadomo? Przecież najpierw projekt musi wyjść z podkomisji, potem będzie dyskutowany na komisji, a w końcu na plenum. A tu jeden poseł (co prawda nie szeregowy, bo wiceprzewodniczący Komisji Zdrowia) już wie, że ustawa będzie przyjęta…

Kontrola dystrybucji mnie nie martwi, takie od początku było nasze założenie. Kontrola podawania już bardziej, bo nie wiem, co to konkretnie znaczy. W Stanach FDA i FBI inwigilują, a w skrajnych przypadkach niszczą lekarzy, którzy przepisują dużo leków opioidowych (i często nie ma znaczenia, że mogą być specjalistami od bólu i siłą rzeczy przepisują znacznie więcej morfiny niż lekarze rodzinni). Mam nadzieję, że to nie taka ma być kontrola (a pamiętajmy, że – według wiceministra Pinkasa – leki konopne „są preparatami narkotycznymi i tak będą traktowane”). Zobaczymy, jak w praktyce będzie wyglądać owo tak.

Nápad po holendersku

Jakiś czas temu przedstawiłem na tym blogu mój nápad, którego celem było umożliwienie użytkownikom zioła i wyciągów (głównie pacjentom, ale nie tylko) zbadania jakości leku czy „towaru” bez narażania się na ciosy ciężkiego ramienia sprawiedliwości ludowej. Odzew był marny, z nápadu nic nie wyszło. I chyba prędko się to nie zmieni, bo w ostatnim czasie nasze wolności raczej są ograniczane niż rozszerzane, bo podejście racjonalne do różnych spraw z podejściem dogmatycznym raczej przegrywa niż wygrywa. Laboratoria najzwyczajniej w świecie nie będą chciały się kopać z koniem, mają sporo innej roboty.

Proponuję rzucić okiem, jak to wygląda gdzie indziej. Oto dziennikarka BBC donosi, że w Holandii można pójść do laboratorium i zbadać sobie przyniesioną przez siebie substancję. W tym laboratorium najpierw określą, co to jest (na pozór głupie pytanie, ale od dilera dostaje się po prostu pastylkę albo proszek, ale certyfikatu już nie), a potem czy to coś jest bezpieczne do użytku. To znaczy: czy nie ma tam dodatkowych niebezpieczeństw (mówię oczywiście o zanieczyszczeniach). Najciekawsze w całej historii jest to, że nie zwraca się uwagi na legalność badanych substancji. Oraz to, że laboratorium jest państwowe. Pragmatyczni Holendrzy doszli do wniosku, że skoro ktoś tak czy tak zamierza coś zażyć, to przynajmniej niech to będzie sprawdzone. I nie jest to „pomaganie ćpunom”, to jest czysta kalkulacja: jeżeli ktoś zażyje zanieczyszczony nieznaną substancją narkotyk, nie wiadomo, jaka może być reakcja organizmu i jak potem delikwenta leczyć (tak bywa, gdy młodzi Polacy lądują w szpitalu po zażyciu zrobionych w garażu dopalaczy). Szeroko rozumiane koszty społeczne mogą być większe niż koszty działania laboratorium. To dokładnie ta sama filozofia („redukcja szkód”), która stoi za programami wymiany strzykawek czy organizacją specjalnych pomieszczeń, gdzie narkomani mogą w spokoju przygotować sobie i zażyć to, co mają do zażycia (np. z wykorzystaniem czystej wody zamiast skażonej deszczówki).

Zdaję sobie sprawę, że czytanie takich tekstów to dla nas jak lizanie cukierka przez szybę czy oglądanie w listopadzie filmu „The Beach”, ale mimo wszystko warto chyba wiedzieć, że może być inaczej.

Dwa podejścia

Podejście pierwsze: „Prawda jest taka, że co byśmy nie mówili, (…) to w dzisiejszym stanie wiedzy absolutnie nie ma wskazań do tego, by rozszerzać oręże terapeutyczne„. Jarosław Pinkas, wiceminister zdrowia RP

Podejście drugie: „Ważne jest, żeby lekarze mieli szerszy zakres opcji przy leczeniu swych pacjentów„. Sussan Ley, minister zdrowia Australii

Wytęż wzrok i znajdź jedną różnicę na tym obrazku.

Pani, po ile CBD i czemu tak drogo?

Od pewnego czasu sporą popularnością cieszą się w Polsce preparaty zawierające kannabidiol (CBD) – niepsychoaktywny, mający wiele właściwości prozdrowotnych składnik konopi.

Największe emocje wzbudza nie fakt, że preparaty te są pozyskiwane z rośliny wciąż u nas „niejednoznacznej”, ani nie to, że o medycznych zastosowaniach CBD wciąż niewiele wiedzą zarówno pacjenci, jak i lekarze, niezbyt zainteresowani poznaniem substancji sprzedawanej nie jako lek, lecz jako suplement diety. Największe emocje wzbudza cena. Faktycznie: tani to ten suplement nie jest.

W Sieci potencjalni nabywcy (i chowający się za ich plecami hejterzy) często narzekają na ceny. Producenci i dystrybutorzy twierdzą, że taniej się nie da. Ci pierwsi kontrargumentują: jak to się nie da? Przecież oleje z CBD robi się u nas z konopi przemysłowych, których uprawa kosztuje grosze, a proces ekstrakcji jest banalnie prosty i można go sobie tanio przeprowadzić w kuchni. Zacząłem się nad tym zastanawiać i oto wyniki moich rozważań.

Pierwsza sprawa to sposób ekstrakcji. Kannabinoidy rozpuszczają się w węglowodorach i w alkoholach. Ale ze względu na niebezpieczeństwo pozostawienia w wyciągu szkodliwych resztek rozpuszczalnika, w produkcji specyfików przeznaczonych do legalnego obrotu tych pierwszych nie używa się w ogóle, a z tych drugich w grę wchodzi jedynie alkohol etylowy o wysokim stężeniu. Można go oczywiście odzyskiwać, jednak stosowny ekstraktor rzadko znajduje się na wyposażeniu typowej kuchni, trzeba byłoby go kupić. A i dość drogiego spirytusu trzeba od czasu do czasu dolać. Czyli koszty.

Jest jeszcze jedna metoda ekstrakcji, dająca najczystszy produkt. Jako rozpuszczalnika używa się dwutlenku węgla w stanie nadkrytycznym. To bardzo niestabilny stan ciekły występujący w wysokich ciśnieniach. Po obniżeniu ciśnienia płyn na powrót staje się gazem i całkowicie ulatnia się, pozostawiając w naczyniu wypłukane z konopi kannabinoidy i inne pożyteczne związki. Potrzebna do takiej ekstrakcji instalacja oczywiście nie mieści się w kategorii AGD.

Oleje z CBD robi się z konopi przemysłowych, w których CBD jest stosunkowo sporo, ale… tylko stosunkowo, bo bezwzględna zawartość kannabinoidów jest w nich generalnie niska. Powiedzmy, że mamy dobrą odmianę, w suchej masie ma 2% CBD i przepisowe 0,2% THC. W wyciągu proporcje między tymi kannabinoidami zostaną zachowane, ale stężenia wzrosną. Załóżmy, że 10-krotnie (faktyczne wielkości nie mają teraz znaczenia, chodzi o zasadę). Otrzymany produkt będzie zatem miał 20% CBD i 2% THC. Potencjalna psychoaktywność się nam nie zmieniła, bo o niej decyduje stosunek CBD:THC, a nie zawartość THC, ale… tego nie wie Ustawa o przeciwdziałaniu narkomanii, dla której ważny jest jedynie poziom THC. A zatem, aby produkt był legalny (a przecież chcemy go sprzedawać), musimy pozbyć się większości THC, zachowując CBD. Tego w kuchni tak łatwo raczej się nie zrobi. Chociaż nie, jest jeden sposób: rozcieńczyć całość 10-krotnie i dosypać CBD. Jeśli będziemy chcieli mieć produkt dobrej jakości, to wybierzemy krystaliczny, uzyskany przez koncentrację CBD naturalnego, roślinnego. Po 500 zł za gram *. Istnieją inne sposoby usuwania nadmiaru THC, ale nie jest mi znany żaden, który by można nazwać domowym.

Jednym z warunków stawianych produktowi komercyjnemu jest to, żeby każda jego partia miała powtarzalne parametry. Oznacza to konieczność testowania. Można zainwestować we własny chromatograf, można za każdym razem korzystać z usług laboratorium. Każda analiza to kilkaset złotych, a podejrzewam, że każdą partię trzeba zbadać więcej niż raz.

O ile wyciągi zrobione w kuchni możemy zażywać z garnka, to produkt przeznaczony na rynek musi mieć jakieś opakowanie. I ulotkę. Są też inne koszty, o których trzeba pamiętać. Na przykład:

– za nasz kuchenny wysiłek pensji sobie nie wypłacimy, profesjonalny wytwórca musi zatrudnić ludzi;

– parę czy paręnaście wiech przechowamy sobie w mieszkaniu za darmo, profesjonalista musi mieć jakiś przyzwoity magazyn; z odpadami po ekstrakcji też coś trzeba zrobić;

– każda firma, nawet mała, ma różnego rodzaju koszty ogólne, koszty marketingu itp., czym też różni się od wytwórców kuchennych;

– no i na koniec (last but not least): w przypadku komercyjnej produkcji cała ta zabawa na pełny etat powinna przynieść jakiś zysk, najchętniej wyższy niżby się uzyskało z lokaty.

Tych, którzy w Sieci twierdzą, że oni mogliby zrobić olejek CBD 10 razy taniej, proszę o sprawdzenie, czy biorą pod uwagę wszystkie wymienione przeze mnie składniki cen, a jeżeli nie wszystkie, to których nie biorą pod uwagę i dlaczego.

Ja powiem szczerze: nie robiłem żadnych kalkulacji, nawet przybliżonych. Nie wiem zatem, czy produkty z CBD muszą kosztować tyle, ile kosztują, czy może ich wysoka cena jest spowodowana pazernością ich wytwórców. Jeżeli ktoś uważa, że to drugie, to chętnie rzuciłbym okiem na jakieś wyliczenia, te wniosłyby do dyskusji na pewno więcej niż niczym niepoparte oskarżenia.

PS
Za granicą też jest drogo (czytałem o przypadkach skutecznych terapii, które były przerwane wskutek wysokiej ceny olejku CBD), więc albo spisek jest międzynarodowy, albo ta cena po prostu musi być wysoka.

 

* zwrócono mi uwagę, że 1 gram krystalicznego CBD kosztował 500 złotych wiele lat temu. To możliwe, nie odnajdę teraz źródła mojej informacji. Ale to nie ma większego znaczenia, bo i tak zakładam, że producent olejku niczego nie dosypuje, więc ta cena nie ma znaczenia.

Uwalona ustawa

Gruchnęła wieść, że nie będzie kolejnego posiedzenia podkomisji do spraw ustawy wprowadzającej w Polsce medyczną marihuanę. Z dobrze poinformowanego źródła (poseł Liroy-Marzec) wiemy, że najwyższy (znaczeniem) prezes zdecydował: marihuana to narkotyk, nie ma zgody na jakiekolwiek uprawy. Przypominam, że to na polecenie tego samego najwyższego prezesa Ministerstwo Zdrowia zaczęło marihuanę refundować. Dla wybranej garstki pacjentów, ale jednak.

Do tej pory prace komisji / podkomisji były w jakiś tam sposób merytoryczne, dyskutowano o wadach i zaletach tych czy innych rozwiązań – pisałem o tym kilka razy, np. tu, tu czy tu. Słowo „merytoryczny” ma dość szerokie znaczenie, nawet argument „nie ma badań”, całkowicie przecież chybiony, jest jednak merytoryczny, bo poddaje się dyskusji. Ale, jak widać, naczalstwo uznało, że nie ma co z plebsem dyskutować merytorycznie i powróciło do argumentu „nie, bo nie”. Skąd ta nagła zmiana? Nie wiem, jaka jest jej przyczyna. Domyślam się, jaka może być.

Legalna medyczna marihuana funkcjonuje już od dawna w wielu krajach i w wielu amerykańskich stanach. Od na tyle dawna, że dostępne są solidne dane statystyczne. I dają do myślenia. Autorzy opublikowanej w poważnym fachowym czasopiśmie Health Care pracy podają, że w 2013 roku w amerykańskich stanach, które zalegalizowały medyczny użytek marihuany, sprzedaż leków, dla których marihuana może być uznana za zamiennik, spadła o dobrze ponad 150 milionów dolarów. Nie ulega wątpliwości, że marihuana jest poważnym konkurentem np. dla leków przeciwbólowych czy antydepresantów. Rozliczne badania pokazują, że naprawdę duży odsetek chorych odstawia je lub ogranicza na rzecz marihuany (raz, dwa, trzy). Nie uszło to oczywiście uwadze Big Pharmy, która należy do najzacieklejszych przeciwników idei medycznego stosowania marihuany i do najhojniejszych sponsorów wszelkich akcji antymarihuanowych.

Polacy wydają sporo pieniędzy na lekarstwa – we wszystkich dużych miastach mamy apteki niemal na każdym rogu, to nie bierze się znikąd. A choć Polska jest krajem biednym, to jednak dość ludnym, przychody ze sprzedaży leków u nas liczą się w budżetach firm farmaceutycznych. Z drugiej strony powiązania władzy z sektorem farmaceutycznym są tajemnicą poliszynela praktycznie na całym świecie, Polska nie jest tu wyjątkiem. Przypomnę słabą selektywną pamięć p. Piechy, wiceministra zdrowia w poprzednim rządzie PiS-u. Przypomnę niedawne zawirowania wokół rozdzielającego pieniądze na refundację wiceministra Łandy, zakumplowanego z firmami farmaceutycznymi. Przypomnę proces „rzuconego na odcinek marihuany” wiceministra Pinkasa (tak, pamiętam, zapadł wyrok uniewinniający; ale pamiętam też, że generalnie sądy nie orzekają o niewinności, a jedynie o braku dowodów wystarczających do skazania). Jeżeli ktoś nie jest jeszcze przekonany, to przypomnę też, że jesteśmy jednym z niewielu europejskich krajów, w których są obowiązkowe szczepienia i pierwszym na świecie krajem z obowiązkiem szczepienia przeciw HPV. Wystarczy?

Od dawna w środowisku mówimy, że sprawa poszłaby szybko do przodu, gdyby poważnie zachorował ktoś ze świecznika lub z najbliższej rodziny tego kogoś. Gdy media zaczęły mówić o chorobie p. Kality i o jego działaniach promarihuanowych, pomyślałem sobie, że – przy całym szacunku – to jednak chyba nie ten kaliber. Ale było głośniej i głośniej i nawet zacząłem zmieniać zdanie. Ale nie, jednak nie, nie myliłem się. To musi być… ja wiem? bratanica, wicemarszałek albo któryś z innych najwierniejszych współpracowników (oczywiście wszystkim życzę jak najlepszego zdrowia). Ktoś, czyje poważne cierpienie naprawdę zaboli, naprawdę skłoni do refleksji, naprawdę zmusi do spojrzenia na te sprawy oczami chorego (zakładam, że takie osoby istnieją – choć pewności nie mam, bo i skąd?). Niestety, cierpienie jednej bliskiej osoby jest często ważniejsze niż cierpienie anonimowych milionów. Okazuje się, że tu mamy do czynienia właśnie z takim przypadkiem.

PS
W czasie obrad komisji trochę zdziwiła mnie postawa posła Arłukowicza. Będąc ministrem mógł (mógł?) coś zrobić, nie zrobił nic. Teraz jako przewodniczący Komisji Zdrowia medycznej marihuanie zdecydowanie sprzyjał. Strasznie jestem ciekaw, co zrobi teraz. Będzie walczył czy ktoś mu skutecznie wytłumaczy, żeby nie podskakiwał, bo jest za krótki…?

PS2
Jeżeli ktoś nie jest na bieżąco, to Ewa ładnie przedstawiła zapis ciągu zdarzeń, zachęcam do przeczytania.

PS3
Uwalony został projekt poselski. Nie oznacza to, że społeczeństwo nie może nic w tej sprawie zrobić. Społeczeństwo może władzę uniżenie poprosić, a postacią tej prośby będzie projekt obywatelski. Szczęśliwie podpisy zebrane dotąd nie przedawniły się, ale do wymaganych 100 tysięcy jeszcze trochę brakuje. No i teraz są one potrzebne bardziej niż przedtem. Nie ma pewności, że jako projekt obywatelski ta ustawa przejdzie, ale przynajmniej władza będzie miała trochę trudniej, bo jednak głośniej i wyraźniej niż teraz będzie nam musiała powiedzieć, gdzie nas ma. Dlatego zbierajmy, ile wlezie. Wszystkie szczegóły tu.

Drugie posiedzenie podkomisji

Jeżeli ktoś nie oglądał, to kompletny zapis jest tutaj. Poniżej parę moich luźnych uwag. Posłom już dam spokój, zgodnie ze wcześniejszą obietnicą nie będę ich męczył, bo nie wiem, jak bardzo interesuje ich ten temat.

– v-min. Pinkas mówi o nasionach marihuany, co oznacza, że albo nie orientuje się w temacie (co wcale nie jest tak nieprawdopodobne), albo oni rzeczywiście planują uprawy „siane” i pod gołym niebem. Pan z IWNiRZ chce uprawiać starosłowiańskie odmiany konopi – jako bardziej dla nas odpowiednie niż konopie np. izraelskie. Nie wiem, ile w takich starosłowiańskich konopiach jest kannabinoidów, podejrzewam, że malutko. Ale… przecież oni nie mówią o udostępnianiu chorym marihuany jako takiej lecz „preparatów na bazie”. Czyli nie ma większego znaczenia, jakie konopki im wyrosną, bo i tak będą je przerabiać. Z dwiema sporymi konsekwencjami: – cena pójdzie w górę (wiadomo, ile kosztuje Sativex); – możemy zapomnieć o synergii działania różnych składników marihuany, bo przy przeróbce większość poleci do atmosfery (a gdyby chcieli stabilizować zawartość nie tylko THC i CBD, ale także np. głównych terpenów – co technicznie jest wykonalne – to cena jeszcze podskoczy i końcowy produkt będzie dostępny tylko dla nielicznych. A może o to chodzi?)

– od p. Pinkasa nie dostał odpowiedzi (chyba jako jedyny) dr Jacek Cieżkowicz. A zapytał o rzecz fundamentalną: czy w MZ zrobiono szacunkowe wyliczenia, ile będzie pacjenta kosztowała marihuana dostarczana w proponowanym przez ministerstwo systemie. Przypadek z tym brakiem odpowiedzi, nadmiar spraw do przedyskutowania? Może tak…

– któryś kolejny raz mowa była, jakie to straszliwe zasieki nas czekają, jakie to przeprawy przez prawo unijne. Zamiast jęczeć, wystarczy zapytać Niemców (Holendrzy pewnie zdążyli zapomnieć, u nich MM jest od kilkunastu lat). Niemcy właśnie wprowadzają znowelizowane prawo o MM, o wiele bardziej przyjazne dla pacjenta. A przypominam, że też są sygnatariuszami Jednolitej Konwencji z 1961. Wniosek z tego, że można. Warunek: trzeba chcieć.

Na koniec uwaga ogólna: prowadzący obrady przewodniczący podkomisji aż się rozpływał w zachwytach nad tym, jak to pozytywnie do sprawy podchodzi v-min. Pinkas. Pomijam fakt, czy rzeczywiście jest on tak pozytywny, chodzi mi o same zachwyty. Bo rzeczywiście, Ministerstwo Zdrowia, które robi coś dla dobra pacjentów, to faktycznie ewenement na skalę światową, prawda?

„O medycznej marihuanie raz jeszcze” – do posłów z Komisji Zdrowia i wiceministra Pinkasa

Szanowni Państwo!

Pozwalam sobie przesłać parę uwag po obejrzeniu zapisu drugiego posiedzenia podkomisji do spraw medycznej marihuany. Nie, nie zamierzam bombardować Państwa wiadomościami po każdym posiedzeniu, poniższy tekst jest tylko uzupełnieniem mojego nagrania sprzed kilku dni i myślę, że kolejnych uwag już nie będzie.

Wniesiona ostatnio autopoprawka, eliminująca możliwość upraw własnych, jest z punktu widzenia chorych kolejnym dużym krokiem wstecz. Kolejnym, bo już pierwotny projekt mocno się samoograniczał (pisałem o tym na blogu: tu oraz tu).

Uprawy własne są pacjentom potrzebne z dwóch powodów: pewność dostaw oraz koszt kuracji. Jak to wygląda w tej chwili? Popatrzmy:

1) Ministerstwo Zdrowia mówi, że dla wszystkich potrzebujących pacjentów sprowadzi marihuanę z importu. Cóż, jeżeli dalej będzie to ±30 osób rocznie, to pewnie tak. Jednak rzeczywista skala potrzeb w Polsce wyraża się dziesiątkami, a prawdopodobnie setkami tysięcy osób (w ośmiomilionowym Izraelu w programie medycznej marihuany jest zarejestrowanych prawie 25 tysięcy chorych).

Musimy pamiętać, że jedynym europejskim źródłem marihuany do zastosowań medycznych jest w tej chwili holenderska firma Bedrocan. Nie jest to typowa firma handlowa, jej zadaniem jest zapewnienie marihuany na potrzeby pacjentów holenderskich. Ponieważ tego zapotrzebowania nie da się wyliczyć dokładnie, Bedrocan zawsze dysponuje pewnymi nadwyżkami, które może przeznaczyć na eksport. Ale… W kolejce stoją już Niemcy, Włochy, Czechy i kilka innych krajów. Polacy dostaną marihuanę, o ile coś jeszcze zostanie na sprzedaż. Gdy medyczną marihuanę wprowadzali u siebie Czesi i chcieli opierać się na dostawach holenderskich, dowiedzieli się, że polityka Bedrocanu jest taka, że zgadza się dostarczać do jakiegoś kraju nadwyżki (o ile je ma) przez 2 lata, a potem się wycofuje i „radźcie sobie sami inaczej”. Dlatego zaraz po wprowadzeniu u siebie legalności Czesi rozpisali przetarg na uprawę krajową, a we Włoszech uprawę zlecono wojsku. Pamiętajmy: absolutnie NIE MOŻNA zakładać, że wystarczy złożyć zamówienie w Holandii i marihuana już jedzie.

Niedawno pojawiły się informacje o planowanym eksporcie marihuany z Izraela (gdzie dotąd prawo tego zakazywało), ale dopóki ta sprawa nie wyjaśni się od strony organizacyjnej i handlowej, trudno będzie zakładać, że to jest pewne źródło marihuany.

W czasie dzisiejszej imprezy o nazwie Kongres Zdrowia Publicznego wiceminister Pinkas wspomniał o 5 dostawcach, do których można się zwrócić – przyznaję, że nie wiem, o kogo jeszcze może chodzić. Być może jakieś firmy kanadyjskie (obowiązujące od niedawna zmodyfikowane prawo zlikwidowało monopol 1 firmy i dopuściło na rynek inne). Jeżeli tak, to dobrze, choć pewnie tanio nie będzie.

2) Ministerstwo Zdrowia mówi, że będzie uprawiać marihuanę w Polsce, ma nawet już kilka lokalizacji. Świetnie, niestety nie podano żadnych szczegółów. Istnieją 2 możliwości: będą to uprawy na zewnątrz albo pod dachem.

Uprawy zewnętrzne mają jedną bardzo dużą zaletę: są relatywnie tanie. Mają też dużą wadę: są nieprzewidywalne. Niesprzyjające warunki pogodowe albo atak szkodników mogą poważnie zredukować ilość i jakość plonu. Nawet do zera – co wtedy? (Pamiętajmy, że tutaj uprawia się raz do roku. Czyli w przypadku jakiegokolwiek problemu po prostu nie ma lekarstwa. Aż do następnych zbiorów.)

Uprawy pod dachem są droższe, wymagają specjalistycznego sprzętu (oświetlenie, nawodnienie, system do komputerowego sterowania wszystkimi warunkami) oraz sporej wiedzy. Gdy wspomniany wcześniej Bedrocan otrzymywał od holenderskiego rządu licencję, miał już kilkanaście lat doświadczeń z uprawą roślin w kontrolowanych warunkach i parę lat doświadczeń z uprawą konopi.

Czy ktoś w Polsce ma wystarczające umiejętności i wystarczającą wiedzę na temat marihuany, żeby „z marszu”, natychmiast po otrzymaniu zlecenia z MZ, podjąć się uprawy? Nie konopi w ogóle, lecz tych jej odmian, które my nazywamy marihuaną, a Ustawa o przeciwdziałaniu narkomanii „konopiami innymi niż włókniste”. W przypadku małej uprawy domowej organizacja procesu zajmuje parę tygodni. Duża uprawa przemysłowa o wiele więcej. A obietnica otrzymania leku w przyszłości niestety działa na chorych znacznie gorzej niż sam lek.

A zatem, podsumowując:

– uprawa własna prowadzona przez pacjentów zapewniłaby im pierwszą partię leku już po jakichś 3-4 miesiącach;

– koszt leku byłby stosunkowo niski – na pewno niższy niż w przypadku importu docelowego (ministerstwo chętnie pokazuje społeczeństwu refundację jako swoje wielkie osiągnięcie; ale przecież refundacja marihuany dla tysięcy chorych raczej nie wchodzi w grę). Nie wiem, czy Państwo wiedzą, że cena marihuany sprowadzonej z Holandii jest w polskiej aptece około dwukrotnie wyższa niż w aptece holenderskiej.

Kwestia upraw własnych była chyba najbardziej kontrowersyjna w całym projekcie. Dla mnie to zupełnie niezrozumiałe, bo przecież legalne byłyby jedynie uprawy zgłoszone i zaakceptowane, uprawy, które w każdej chwili można skontrolować. Ci chorzy, którzy nie chcieliby się ujawniać, prowadziliby swoje uprawy nielegalnie. Dokładnie tak samo, jak robią to dziś. A cały system miał na próbę obowiązywać przez 2 lata. W tym czasie można byłoby porządnie zorganizować uprawy rządowe, a jednocześnie dokonać ewentualnych korekt systemu, by działał tak, jak się oczekuje, że będzie działać. Ustawodawcy zawsze pozostawała możliwość nieprzedłużenia tego okresu próbnego, a wtedy automatycznie wszystkie uprawy na powrót stałyby się nielegalne.

No, ale skoro poseł wnioskodawca sam wycofał się z upraw domowych, to nie pozostaje nic innego jak stwierdzić, że brak możliwości samodzielnego uprawiania nie będzie dla chorych dolegliwy (a więc problem będzie można uznać za rozwiązany) tylko i wyłącznie wtedy, gdy Ministerstwo Zdrowia zapewni im nieprzerwany dostęp do marihuany po rozsądnej cenie. Czy zapewni…?

Z poważaniem
Bogdan Jot

PS
W wypowiedziach zarówno posłów, jak i przedstawicieli Ministerstwa Zdrowia bardzo często pojawiają się wyrażenia „leki na bazie marihuany”, „preparaty farmaceutyczne”, „produkty recepturowe sporządzane przez aptekę”. Proszę pamiętać, że w większości przypadków najlepszą postacią leku jest sama marihuana czyli susz roślinny. Można ją palić (choć coraz powszechniejszy jest użytek waporyzatorów, pozwalających uniknąć szkodliwych produktów spalania), można robić z niej produkty spożywcze albo czopki. Wyrażenie „leki na bazie marihuany” sugeruje jakąś jej przeróbkę, która musi martwić chorych. Nie tylko dlatego, że automatycznie będzie to oznaczało wzrost kosztów terapii. Również dlatego, że największą skuteczność ma cała roślina (lub wyciąg z całej rośliny). Dzieje się tak dlatego, że dla zdrowia korzystniejszy niż jeden wyizolowany składnik jest cały zestaw składników występujących w roślinie (chodzi nie tylko o kannabinoidy, lecz także i o pozostałe związki: terpenoidy, flawonoidy i całą resztę). To synergiczne działanie, wykazane przez liczne już badania, ma nawet swoją nazwę: „entourage effect” czyli efekt otoczenia.

PS2
Z dużym zdziwieniem wysłuchałem wystąpienia prawnika z Biura Analiz Sejmowych, który stwierdził, że projekt wciąż nie jest zgodny z prawem unijnym i wymagałby notyfikacji. Czy prawnicy sejmowi są jedynie recenzentami, obiektywnymi obserwatorami wydarzeń? Nie znam się, ale gdybym ja był posłem, wydawałoby mi się logiczne zlecenie im takiego przeformułowania projektu, żeby, przy niezmienionym meritum, projekt spełniał już wszystkie wymagania. Prawnicy w wielu krajach unijnych jakoś sobie z tym poradzili, bo tam medyczna marihuana już funkcjonuje, a notyfikacja nie była potrzebna. Ale, powtórzę, nie znam się…

Gadająca głowa

Na początku miało to być kilka krótkich uwag na temat obrad komisji, projektu ustawy i medycznej marihuany w ogóle. Uwag tym razem wypowiedzianych, a nie napisanych. Ale gdy ruszyła kamera, to przekonałem się, że krótko się nie da. No to wyszło długo… 🙂

Filmik obrobiłem i umieściłem na YT, a linka przesłałem na oficjalne sejmowe skrzynki e-mailowe wszystkich posłów będących członkami Komisji Zdrowia (łącznie 37 osób) + do posła Liroya-Marca + do wiceministra Pinkasa. Przez pewien czas siedziałem cicho i na bieżąco obserwowałem liczbę odsłon. Początkowo było skromnie, dość długo utrzymywał się wynik jednocyfrowy, ale wczoraj, w przeddzień drugiego posiedzenia podkomisji, było już 20 odwiedzin, a dziś w południe licznik doszedł do 31. Nie wiem, kto tam zaglądał (czy poseł osobiście, czy może tylko asystent, nie wykluczam też wizyt innych osób zainteresowanych tematem), nie wiem też, jak dużo czasu spędził ze mną odwiedzający (wysłuchał całości czy może po 3 minutach stwierdził, że to gadająca głowa i że szkoda czasu). No, ale 31 to zawsze lepiej niż jednocyfrowo.

Ponieważ nie jest to żadna wiedza tajemna, udostępniam niniejszym nagranie szerokiej publiczności. Jeżeli ktoś nie obawia się 45 minut mojego ględzenia, to zapraszam. Uwagi mile widziane, bo to nie jest przekazanie prawdy objawionej, lecz głos w dyskusji.

PS
O obradach Komisji Zdrowia pisałem tutaj niedawno.