Drugie posiedzenie podkomisji

Jeżeli ktoś nie oglądał, to kompletny zapis jest tutaj. Poniżej parę moich luźnych uwag. Posłom już dam spokój, zgodnie ze wcześniejszą obietnicą nie będę ich męczył, bo nie wiem, jak bardzo interesuje ich ten temat.

– v-min. Pinkas mówi o nasionach marihuany, co oznacza, że albo nie orientuje się w temacie (co wcale nie jest tak nieprawdopodobne), albo oni rzeczywiście planują uprawy „siane” i pod gołym niebem. Pan z IWNiRZ chce uprawiać starosłowiańskie odmiany konopi – jako bardziej dla nas odpowiednie niż konopie np. izraelskie. Nie wiem, ile w takich starosłowiańskich konopiach jest kannabinoidów, podejrzewam, że malutko. Ale… przecież oni nie mówią o udostępnianiu chorym marihuany jako takiej lecz „preparatów na bazie”. Czyli nie ma większego znaczenia, jakie konopki im wyrosną, bo i tak będą je przerabiać. Z dwiema sporymi konsekwencjami: – cena pójdzie w górę (wiadomo, ile kosztuje Sativex); – możemy zapomnieć o synergii działania różnych składników marihuany, bo przy przeróbce większość poleci do atmosfery (a gdyby chcieli stabilizować zawartość nie tylko THC i CBD, ale także np. głównych terpenów – co technicznie jest wykonalne – to cena jeszcze podskoczy i końcowy produkt będzie dostępny tylko dla nielicznych. A może o to chodzi?)

– od p. Pinkasa nie dostał odpowiedzi (chyba jako jedyny) dr Jacek Cieżkowicz. A zapytał o rzecz fundamentalną: czy w MZ zrobiono szacunkowe wyliczenia, ile będzie pacjenta kosztowała marihuana dostarczana w proponowanym przez ministerstwo systemie. Przypadek z tym brakiem odpowiedzi, nadmiar spraw do przedyskutowania? Może tak…

– któryś kolejny raz mowa była, jakie to straszliwe zasieki nas czekają, jakie to przeprawy przez prawo unijne. Zamiast jęczeć, wystarczy zapytać Niemców (Holendrzy pewnie zdążyli zapomnieć, u nich MM jest od kilkunastu lat). Niemcy właśnie wprowadzają znowelizowane prawo o MM, o wiele bardziej przyjazne dla pacjenta. A przypominam, że też są sygnatariuszami Jednolitej Konwencji z 1961. Wniosek z tego, że można. Warunek: trzeba chcieć.

Na koniec uwaga ogólna: prowadzący obrady przewodniczący podkomisji aż się rozpływał w zachwytach nad tym, jak to pozytywnie do sprawy podchodzi v-min. Pinkas. Pomijam fakt, czy rzeczywiście jest on tak pozytywny, chodzi mi o same zachwyty. Bo rzeczywiście, Ministerstwo Zdrowia, które robi coś dla dobra pacjentów, to faktycznie ewenement na skalę światową, prawda?

„O medycznej marihuanie raz jeszcze” – do posłów z Komisji Zdrowia i wiceministra Pinkasa

Szanowni Państwo!

Pozwalam sobie przesłać parę uwag po obejrzeniu zapisu drugiego posiedzenia podkomisji do spraw medycznej marihuany. Nie, nie zamierzam bombardować Państwa wiadomościami po każdym posiedzeniu, poniższy tekst jest tylko uzupełnieniem mojego nagrania sprzed kilku dni i myślę, że kolejnych uwag już nie będzie.

Wniesiona ostatnio autopoprawka, eliminująca możliwość upraw własnych, jest z punktu widzenia chorych kolejnym dużym krokiem wstecz. Kolejnym, bo już pierwotny projekt mocno się samoograniczał (pisałem o tym na blogu: tu oraz tu).

Uprawy własne są pacjentom potrzebne z dwóch powodów: pewność dostaw oraz koszt kuracji. Jak to wygląda w tej chwili? Popatrzmy:

1) Ministerstwo Zdrowia mówi, że dla wszystkich potrzebujących pacjentów sprowadzi marihuanę z importu. Cóż, jeżeli dalej będzie to ±30 osób rocznie, to pewnie tak. Jednak rzeczywista skala potrzeb w Polsce wyraża się dziesiątkami, a prawdopodobnie setkami tysięcy osób (w ośmiomilionowym Izraelu w programie medycznej marihuany jest zarejestrowanych prawie 25 tysięcy chorych).

Musimy pamiętać, że jedynym europejskim źródłem marihuany do zastosowań medycznych jest w tej chwili holenderska firma Bedrocan. Nie jest to typowa firma handlowa, jej zadaniem jest zapewnienie marihuany na potrzeby pacjentów holenderskich. Ponieważ tego zapotrzebowania nie da się wyliczyć dokładnie, Bedrocan zawsze dysponuje pewnymi nadwyżkami, które może przeznaczyć na eksport. Ale… W kolejce stoją już Niemcy, Włochy, Czechy i kilka innych krajów. Polacy dostaną marihuanę, o ile coś jeszcze zostanie na sprzedaż. Gdy medyczną marihuanę wprowadzali u siebie Czesi i chcieli opierać się na dostawach holenderskich, dowiedzieli się, że polityka Bedrocanu jest taka, że zgadza się dostarczać do jakiegoś kraju nadwyżki (o ile je ma) przez 2 lata, a potem się wycofuje i „radźcie sobie sami inaczej”. Dlatego zaraz po wprowadzeniu u siebie legalności Czesi rozpisali przetarg na uprawę krajową, a we Włoszech uprawę zlecono wojsku. Pamiętajmy: absolutnie NIE MOŻNA zakładać, że wystarczy złożyć zamówienie w Holandii i marihuana już jedzie.

Niedawno pojawiły się informacje o planowanym eksporcie marihuany z Izraela (gdzie dotąd prawo tego zakazywało), ale dopóki ta sprawa nie wyjaśni się od strony organizacyjnej i handlowej, trudno będzie zakładać, że to jest pewne źródło marihuany.

W czasie dzisiejszej imprezy o nazwie Kongres Zdrowia Publicznego wiceminister Pinkas wspomniał o 5 dostawcach, do których można się zwrócić – przyznaję, że nie wiem, o kogo jeszcze może chodzić. Być może jakieś firmy kanadyjskie (obowiązujące od niedawna zmodyfikowane prawo zlikwidowało monopol 1 firmy i dopuściło na rynek inne). Jeżeli tak, to dobrze, choć pewnie tanio nie będzie.

2) Ministerstwo Zdrowia mówi, że będzie uprawiać marihuanę w Polsce, ma nawet już kilka lokalizacji. Świetnie, niestety nie podano żadnych szczegółów. Istnieją 2 możliwości: będą to uprawy na zewnątrz albo pod dachem.

Uprawy zewnętrzne mają jedną bardzo dużą zaletę: są relatywnie tanie. Mają też dużą wadę: są nieprzewidywalne. Niesprzyjające warunki pogodowe albo atak szkodników mogą poważnie zredukować ilość i jakość plonu. Nawet do zera – co wtedy? (Pamiętajmy, że tutaj uprawia się raz do roku. Czyli w przypadku jakiegokolwiek problemu po prostu nie ma lekarstwa. Aż do następnych zbiorów.)

Uprawy pod dachem są droższe, wymagają specjalistycznego sprzętu (oświetlenie, nawodnienie, system do komputerowego sterowania wszystkimi warunkami) oraz sporej wiedzy. Gdy wspomniany wcześniej Bedrocan otrzymywał od holenderskiego rządu licencję, miał już kilkanaście lat doświadczeń z uprawą roślin w kontrolowanych warunkach i parę lat doświadczeń z uprawą konopi.

Czy ktoś w Polsce ma wystarczające umiejętności i wystarczającą wiedzę na temat marihuany, żeby „z marszu”, natychmiast po otrzymaniu zlecenia z MZ, podjąć się uprawy? Nie konopi w ogóle, lecz tych jej odmian, które my nazywamy marihuaną, a Ustawa o przeciwdziałaniu narkomanii „konopiami innymi niż włókniste”. W przypadku małej uprawy domowej organizacja procesu zajmuje parę tygodni. Duża uprawa przemysłowa o wiele więcej. A obietnica otrzymania leku w przyszłości niestety działa na chorych znacznie gorzej niż sam lek.

A zatem, podsumowując:

– uprawa własna prowadzona przez pacjentów zapewniłaby im pierwszą partię leku już po jakichś 3-4 miesiącach;

– koszt leku byłby stosunkowo niski – na pewno niższy niż w przypadku importu docelowego (ministerstwo chętnie pokazuje społeczeństwu refundację jako swoje wielkie osiągnięcie; ale przecież refundacja marihuany dla tysięcy chorych raczej nie wchodzi w grę). Nie wiem, czy Państwo wiedzą, że cena marihuany sprowadzonej z Holandii jest w polskiej aptece około dwukrotnie wyższa niż w aptece holenderskiej.

Kwestia upraw własnych była chyba najbardziej kontrowersyjna w całym projekcie. Dla mnie to zupełnie niezrozumiałe, bo przecież legalne byłyby jedynie uprawy zgłoszone i zaakceptowane, uprawy, które w każdej chwili można skontrolować. Ci chorzy, którzy nie chcieliby się ujawniać, prowadziliby swoje uprawy nielegalnie. Dokładnie tak samo, jak robią to dziś. A cały system miał na próbę obowiązywać przez 2 lata. W tym czasie można byłoby porządnie zorganizować uprawy rządowe, a jednocześnie dokonać ewentualnych korekt systemu, by działał tak, jak się oczekuje, że będzie działać. Ustawodawcy zawsze pozostawała możliwość nieprzedłużenia tego okresu próbnego, a wtedy automatycznie wszystkie uprawy na powrót stałyby się nielegalne.

No, ale skoro poseł wnioskodawca sam wycofał się z upraw domowych, to nie pozostaje nic innego jak stwierdzić, że brak możliwości samodzielnego uprawiania nie będzie dla chorych dolegliwy (a więc problem będzie można uznać za rozwiązany) tylko i wyłącznie wtedy, gdy Ministerstwo Zdrowia zapewni im nieprzerwany dostęp do marihuany po rozsądnej cenie. Czy zapewni…?

Z poważaniem
Bogdan Jot

PS
W wypowiedziach zarówno posłów, jak i przedstawicieli Ministerstwa Zdrowia bardzo często pojawiają się wyrażenia „leki na bazie marihuany”, „preparaty farmaceutyczne”, „produkty recepturowe sporządzane przez aptekę”. Proszę pamiętać, że w większości przypadków najlepszą postacią leku jest sama marihuana czyli susz roślinny. Można ją palić (choć coraz powszechniejszy jest użytek waporyzatorów, pozwalających uniknąć szkodliwych produktów spalania), można robić z niej produkty spożywcze albo czopki. Wyrażenie „leki na bazie marihuany” sugeruje jakąś jej przeróbkę, która musi martwić chorych. Nie tylko dlatego, że automatycznie będzie to oznaczało wzrost kosztów terapii. Również dlatego, że największą skuteczność ma cała roślina (lub wyciąg z całej rośliny). Dzieje się tak dlatego, że dla zdrowia korzystniejszy niż jeden wyizolowany składnik jest cały zestaw składników występujących w roślinie (chodzi nie tylko o kannabinoidy, lecz także i o pozostałe związki: terpenoidy, flawonoidy i całą resztę). To synergiczne działanie, wykazane przez liczne już badania, ma nawet swoją nazwę: „entourage effect” czyli efekt otoczenia.

PS2
Z dużym zdziwieniem wysłuchałem wystąpienia prawnika z Biura Analiz Sejmowych, który stwierdził, że projekt wciąż nie jest zgodny z prawem unijnym i wymagałby notyfikacji. Czy prawnicy sejmowi są jedynie recenzentami, obiektywnymi obserwatorami wydarzeń? Nie znam się, ale gdybym ja był posłem, wydawałoby mi się logiczne zlecenie im takiego przeformułowania projektu, żeby, przy niezmienionym meritum, projekt spełniał już wszystkie wymagania. Prawnicy w wielu krajach unijnych jakoś sobie z tym poradzili, bo tam medyczna marihuana już funkcjonuje, a notyfikacja nie była potrzebna. Ale, powtórzę, nie znam się…

Gadająca głowa

Na początku miało to być kilka krótkich uwag na temat obrad komisji, projektu ustawy i medycznej marihuany w ogóle. Uwag tym razem wypowiedzianych, a nie napisanych. Ale gdy ruszyła kamera, to przekonałem się, że krótko się nie da. No to wyszło długo… 🙂

Filmik obrobiłem i umieściłem na YT, a linka przesłałem na oficjalne sejmowe skrzynki e-mailowe wszystkich posłów będących członkami Komisji Zdrowia (łącznie 37 osób) + do posła Liroya-Marca + do wiceministra Pinkasa. Przez pewien czas siedziałem cicho i na bieżąco obserwowałem liczbę odsłon. Początkowo było skromnie, dość długo utrzymywał się wynik jednocyfrowy, ale wczoraj, w przeddzień drugiego posiedzenia podkomisji, było już 20 odwiedzin, a dziś w południe licznik doszedł do 31. Nie wiem, kto tam zaglądał (czy poseł osobiście, czy może tylko asystent, nie wykluczam też wizyt innych osób zainteresowanych tematem), nie wiem też, jak dużo czasu spędził ze mną odwiedzający (wysłuchał całości czy może po 3 minutach stwierdził, że to gadająca głowa i że szkoda czasu). No, ale 31 to zawsze lepiej niż jednocyfrowo.

Ponieważ nie jest to żadna wiedza tajemna, udostępniam niniejszym nagranie szerokiej publiczności. Jeżeli ktoś nie obawia się 45 minut mojego ględzenia, to zapraszam. Uwagi mile widziane, bo to nie jest przekazanie prawdy objawionej, lecz głos w dyskusji.

PS
O obradach Komisji Zdrowia pisałem tutaj niedawno.

Komisja Zdrowia

Marszałek odmroził nasz projekt, Komisja Ustawodawcza uznała, że rozmowa wybrańców narodu o sposobach ulżenia chorym obywatelom nie jest sprzeczna z obowiązującym w Polsce prawem, więc już po trzech kwartałach temat medycznej marihuany powrócił na Wiejską.

Jeżeli ktoś nie ma czasu lub ochoty na dłużyzny, to może zobaczyć, jak sprawę relacjonuje TVN24. A gdyby ktoś jednak wolał wyrobić sobie własne zdanie, to służę linkiem do pierwszego posiedzenia Komisji Zdrowia (20 X) oraz pierwszego posiedzenia podkomisji, którą tamta z siebie wydała (25 X).

Moje pierwsze spostrzeżenia są takie:

– z jednaj strony mam nieprzyjemne wrażenie, że posłowie gonią w piętkę, a dyskusja jest strasznie chaotyczna. Jest to spowodowane wyraźnie widoczną marihuanofobią (albo posłowie naprawdę ją czują, albo sądzą, że tego oczekują od nich wyborcy) oraz jeszcze wyraźniejszą nieznajomością zagadnień medycznej marihuany – nie jest to zarzut, bo i skąd mają je znać. (Na ten temat sporo mi się kłębi w głowie, więcej napiszę nieco później. A może nagram filmik.)

– z drugiej strony wygląda, że przynajmniej część członków komisji autentycznie jest za tym, żeby sprawę rozwiązać po myśli chorych. Przewodniczący Arłukowicz zadaje pytania dociekliwe, ale nie mam wrażenia, żeby chodziło mu o „uwalenie” projektu. Wypowiedzi innych posłów też raczej w duchu „wyjaśnijmy wątpliwości i przyklepmy” – tak wypowiedziała się m. in. p. Kopacz. I tu smutna refleksja: jeszcze nie tak dawno i p. Kopacz, i p. Arłukowicz siedzieli na stołkach rządowych najbardziej odpowiednich, żeby pozytywnie rozwiązać sprawę medycznej marihuany – jak wiemy, z możliwości tej nie skorzystali… (Krótką wypowiedź p. Arłukowicza można zobaczyć tutaj.)

Nie mam pojęcia, czym się to wszystko zakończy. Podkomisja dostała 5 tygodni, może z dotychczasowego chaosu urodzi się coś konstruktywnego (a może ktoś zapanuje nad chaosem). A potem sprawa wróci do komisji i kto wie, czy po ostatecznej obróbce autorzy projektu będą w stanie go rozpoznać… 🙂

PS

Znalazłem w Sieci obrazek, który może sugerować, że Główny Inspektor Farmaceutyczny już wie, że medyczna marihuana przejdzie i już się szykuje na nowe czasy:gif

PS 2

Od jednego z Czytelników dostałem jego komentarz na temat obrad – wklejam poniżej z podziękowaniami.

Obejrzałem uważnie relację z komisji (nie dostrzegłem niestety Pana). Początek posiedzenia i pan Arłukowicz zrobił na mnie dobre wrażenie – pytaniami, które bardzo pomogły określić jakieś fundamenty ustawy. Rozmowa szla w dobrym kierunku i myślę, że wszyscy mieli tez dość dużo zrozumienia i szacunku dla sposobu, w jaki Pan Jędrzej referuje projekt. Dopiero kiedy wypowiedział się Pan (jeśli nie mylę) poseł Latos – a właściwie pod koniec jego wywodu, gdy nagle zmieni łagodny ton i nagle wspomniał o teorii bramy i wielkim bądź co bądź zagrożeniu ze strony marihuany – dotarło do mnie jak bardzo miał Pan rację, mówiąc na poprzedniej komisji o innym języku komunikacji – że dwie strony próbują rozmawiać, ale mówią w całkiem innym języku. I wtedy pomyślałem, że tę komisję należałoby chyba rozpocząć nie od od przedstawienia definicji z projektu, ale od definicji marihuany. Należało po prostu uświadomić Państwu politykom zasiadającym w komisji, że prawdopodobnie i ich wiedza jest nieaktualna, i że ich pojęcie o marihuanie należy zbudować od nowa. Jako że nie są oni specjalistami, prawdopodobnie też nie praktykują, a ich wiedza pochodzi z lat wczesnej edukacji lub skażona jest rozmaitymi NIEnaukowymi teoriami, to na początek należałoby powiedzieć co to jest marihuana – i że ona wcale nie zabija (i porównać ją w tym względzie z alkoholem, paracetamolem), że teoria „gateway drug” została dawno obalona, że jest np 5 stanów USA, gdzie można ją kupić legalnie jeśli jest się dorosłym, i że te stany i kraje nie obudziły się z ręką w nocniku, tylko wręcz przeciwnie, że jest od tego wielki ruch w interesie i same korzyści, a poza tym na użytek medyczny jest dostępna w wielu innych miejscach już od kilkudziesięciu lat i nie niesie to żadnych groźnych następstw, Że nie ma sensu rozmawiać na podstawie wyobrażeń o marihuanie, tylko na podstawie tego, czym ona jest, a na tym znają się specjaliści. Którymi jesteście. Że z powodu lęku, żeby nie mieszać użytku medycznego z „rekreacyjnym” (skoro „rekreacyjne” użycie jest wg nich tak przerażające) nie można odbierać ludziom prawa do życia… itd.

Hejterzy dla Polaków

Od pewnego czasu w pewnych kręgach jest w dobrym tonie zaatakować Jerzego Ziębę. Za głoszenie teorii niezgodnych z oficjalną medycyną. Za zarabianie na książce. Za zarabianie na wykładach. Za zarabianie na suplementach. (Tak, zarabianie nie jest w pewnych kręgach dobrze widziane.) Za występowanie na uniwersytetach zamiast w cyrku.

Nie zamierzam bronić Zięby. Duży jest, niech się broni sam. Ale jest jeden atak, o którym chcę napisać. Po pierwsze dlatego, że ten atak uderza w chore dzieciaki i dlatego wydaje mi się bardziej podły niż inne. Po drugie dlatego, że w pewnym stopniu dotyczy także mnie. Chodzi o Fundację Polacy dla Polaków, w której jestem członkiem Zarządu.

Hejterzy rzucili się na Fundację, bo wykryli przekręt: Zięba (prezes Zarządu) zbiera od naiwnych ludzi pieniądze, po czym kupuje za nie olej CBD produkowany przez pana Gudańca, męża Doroty, będącej członkiem Zarządu. Uwagi mam tu cztery.

1. Jerzy Zięba zaproponował hejterom: jeżeli uważacie, że coś jest tu niezgodne z prawem, donieście na mnie do prokuratora, będę wam za to wdzięczny. Hejterom zmiękła rura i pojawiły się wersje, że prokuratorowi nic do tego, bo nie chodzi o naruszenie prawa, lecz o działania nieetyczne. OK, przekręt to dla mnie jednak coś niezgodnego z prawem, ale niech będzie.

2. Dla zdemaskowania przekrętu hejterzy domagają się podania, jaki jest procentowy udział poszczególnych produktów (marek) w całości refundacji. W ten sposób chcą wykazać, że prezes zarządu kieruje pieniądze do członka zarządu. Ja nie wiem, jakie są te udziały. Nigdy mnie nie interesowały, bo uważam, że nie mają one najmniejszego znaczenia. Z jednego prostego powodu: mechanizm refundacji jest taki, że rodzice kupują olej CBD, przesyłają fakturę zakupową wraz z zaświadczeniem lekarskim o potrzebie kuracji kannabidiolem i dostają zwrot wyłożonych pieniędzy. Powtórzę: to rodzice decydują o tym, jaki olej kupują, ani prezes Zięba, ani nikt inny z Fundacji czy spoza niej, nie nakazuje ani nawet nie sugeruje, jaki to ma być produkt. (Hejterom, którzy jednak – lepiej późno niż wcale – chcieliby zapoznać się z regulaminem, służę linkiem.) Decyzja o refundacji podejmowana jest (w zgodzie ze statutem Fundacji) jednoosobowo przez prezesa. Przychodzi do niego pracownica z dokumentami. „– Jest prawidłowa faktura? – Jest. – Jest opinia lekarza? – Jest. – Są środki na koncie? – Są. – To wypłacamy.” Dokumenty są załatwiane na zasadzie FIFO (najpierw to, co wpłynęło najwcześniej). I to wszystko, cała tajemnica. Fundacji nie interesuje, czy krople były od Gudańca, czy od kogokolwiek innego.

3. Ktoś na FB napisał, że rozmawiał z Dorotą i dowiedział się, że udział Maxa Hempa to dwadzieścia kilka procent. Jak wspomniałem, nie wiem, na ile to wiarygodne dane. Zresztą, to się zmienia, wystarczy parę faktur i odsetki już są inne. Dwadzieścia parę procent nie wydaje mi się jakimś bardzo podejrzanym udziałem. A gdyby się okazało, że na produkty Max Hemp jednak przypada sporo większy odsetek wartości refundacji, co wtedy? Pozwolę sobie wyprzedzająco pospekulować: na nieregulowanym przez państwo rynku pojawiło się sporo olejów o wątpliwej (a czasem żadnej) jakości. Chorzy to wiedzą (niektórzy przekonali się na własnej skórze) i w decyzjach zakupowych często kierują się zaufaniem. A ufają osobie, którą znają – z telewizji, z magazynów, z akcji w terenie. Czy to jest podejrzane? Dla mnie nie.

4. Od pewnego czasu Dorota już nie jest w zarządzie Fundacji. Wycofała się właśnie ze względu na ten (pozorny a rozdmuchany) konflikt interesów. Znów napiszę tutaj coś wyprzedzająco. Na wypadek, gdyby hejterzy chcieli to skomentować w takim duchu, że jest w zarządzie czy nie, przecież nie przestała się kumplować z Ziębą. Zgoda, nie przestała. Ale przed użyciem takiego argumentu dobrze bym się zastanowił: jeżeli nie ma znaczenia, czy Dorota jest w zarządzie, czy nie jest (a, powtórzę: nie ma żadnego, bo ona nie miała nic wspólnego z decyzjami o refundacji), to w takim razie dlaczego przedtem to miało znaczenie? A to był główny zarzut. Więc ma czy nie ma?

Na marginesie: nie pamiętam już, czy w czasie, gdy powstawała Fundacja, Dorota już produkowała swoje oleje, wydaje mi się, że nie, ale pewności nie mam. Na pewno jednak plany założyciela fundacji były zupełnie inne, nie było mowy o rozdzielaniu pieniędzy na kurację olejkami CBD, to pojawiło się później, kiedy początkowe zamiary okazały się niemożliwe (na razie) do realizacji.

Kończę, poświęciłem temu tematowi zdecydowanie za dużo czasu. Ale wkurza mnie, że paru zblazowanych facetów (?), stroniących jak sądzę od rzeczy trudniejszych niż zrzędzenie zza monitora, może mieć wpływ na los chorych dzieciaków. Wpływ, mam nadzieję, tylko teoretyczny, ale mimo wszystko mnie wkurza.

Tajemnicza wizytówka wiceministra Łandy

Niedawno dwukrotnie przyszło mi wygłosić nieprzygotowane, całkowicie improwizowane spicze. Ponieważ oba zostały uwiecznione, chciałbym poświęcić im parę słów komentarza, a zainteresowanych zaprosić do wysłuchania.

Najpierw Dni Konopi w Kurozwękach. Dotarłem tam po bardzo krótkiej nocy i bardzo długiej podróży. Miałem być tylko widzem i słuchaczem oraz pozdrawiaczem znajomych, ale życie miało inne plany. Jakieś 10 minut po moim wejściu na teren imprezy do grupki, w której stałem, podszedł główny organizator i powiedział: ratujcie, prelegent nam nie dojechał, zapchajcie dziurę. Wtedy dostrzegł mnie i już wiedział, kim będzie chciał tę dziurę zapchać… Co z tego wyszło, można obejrzeć tutaj. Jeżeli ktoś nie wie (ale czy są takie osoby?), to informuję, że dyskutantem wypowiadającym się kilkakrotnie pod koniec jest prof. Jerzy Vetulani. (Uwaga techniczna: choć na sali wszystko było dobrze, na nagraniu przez pierwsze 5 i pół minuty jest dość cicho, potem się poprawia.)

Sytuacja druga: posiedzenie Parlamentarnego Zespołu ds. marihuany medycznej, które odbyło się parę dni temu (13 IX). Było ciekawie, słuchaliśmy różnych wystąpień, które momentami przeradzały się w żywą dyskusję, a tu nagle przewodniczący obradom Liroy oddaje głos mnie. Na początku myślałem, że doszło do nieporozumienia, że może jakoś energiczniej podrapałem się w głowę, a on zrozumiał, że sygnalizuję chęć wypowiedzenia się. Ale wkrótce się wyjaśniło: to Dorota „nominowała mnie” do wystąpienia. A skoro tak, to wystąpiłem. Całości obrad zespołu można wysłuchać na oficjalnej stronie Sejmu. (Istnieje też nagranie alternatywne, dokonane telefonem przez Dorotę, nieco niekompletne, bo pozbawione jej wystąpienia na początku.)

I na koniec: jeżeli kogoś zaintrygował zagadkowy tytuł tego wpisu, to… dla rozwiązania zagadki i zaspokojenia ciekawości przyjdzie mu obejrzeć transmisję z Sejmu. Moim zdaniem warto.

PS
Na YouTube są dostępne wszystkie wystąpienia z Kurozwęk, zarówno dotyczące zastosowań medycznych, jak i przemysłowych (a nawet kulinarnych). Zachęcam do obejrzenia.

SLD walczy o olej

Ni z gruchy, ni z pietruchy SLD przypomniał sobie, że są w Polsce setki tysięcy chorych, którym mogłaby pomóc marihuana. Przechodził obok baru mlecznego i sobie przypomniał. A może setki tysięcy to trochę mało, a setki tysięcy plus jeden to już jest coś? No, nieważne, panu Tomaszowi wszyscy życzymy dużo zdrowia.

Odnalazłem projekt ustawy wniesiony przez SLD (jest tu). Jest to tekst cokolwiek amatorski (zawiera np. potoczne terminy „olej konopny” i „RSO”).

Nie wiem, jakie ten projekt ma szanse. Z jednej strony jest o wiele mniej ambitny niż projekt złożony przez Kukuz15, a więc teoretycznie byłby łatwiejszy do przełknięcia dla narkofobów z Wiejskiej. Z drugiej strony, jeżeli do zamrażarki poszedł projekt wniesiony przez partię będącą w Sejmie, to jaką szansę na cokolwiek ma partia znajdująca się poza nim…? Nie mam pojęcia, te ich gry pałacowe to dla mnie czarna magia.

Pomyślałem sobie, że jest sposób na zwiększenie prawdopodobieństwa sukcesu. Niech SLD popycha swój projekt, ale jednocześnie niech poprze nasz, społeczny. Bo o ile olanie projektu partii pozaparlamentarnej jest, jak sądzę, dziecinnie proste (skoro bez problemu olano projekt partii w Sejmie zasiadającej), o tyle projektu obywatelskiego już olać się nie da. Więc może SLD, który przecież wciąż ma rozległe struktury organizacyjne, pomoże nam w zbieraniu głosów poparcia dla naszego projektu, co? Przecież p. Kalita dopiero co zadeklarował: „będziemy wspierać wszelkie możliwe rozwiązania prowadzące do zalegalizowania leczniczej marihuany w Polsce„. Nasz projekt na pewno jest „rozwiązaniem możliwym”.

Szanowni Państwo z SLD, biegusiem wysyłajcie mejle i SMS-y i niech rusza akcja, jest jeszcze dosyć czasu, a Wasze wsparcie w liczbie kilku (-nastu? -dziesięciu?) tysięcy głosów na pewno się przyda. Wszystkie szczegóły są tutaj.

Dowód naukowy

Facebookowa grupa „Uniwersytety dla nauki, pajace do cyrku” (dalej „Pajace”) zajmuje się zawziętym tropieniem wszystkiego, co choćby na pół centymetra odchyla się od oficjalnej medycyny. W polu rażenia nie mogła się nie znaleźć medyczna (a właściwie „medyczna”) marihuana. Dostało się nawet kannabidiolowi, choć on nie jest psychoaktywny i dla ćpunów się nie nadaje. Ale nie pochodzi od Big pharmy, więc jest w najwyższym stopniu podejrzany.

W dyskusji na ten temat Pajace wystrzeliły z grubej rury: podlinkowały opinię Amerykańskiego Towarzystwa Epileptologii (American Epilepsy Society). Opinię, mówiąc oględnie, bardzo ostrożną, zdecydowanie mało entuzjastyczną.

Od razu przyszły mi na myśl dwa inne, również szacowne, towarzystwa. Jedno polskie, drugie hiszpańskie. To pierwsze to Polskie Towarzystwo Endokrynologiczne, które na swojej stronie internetowej otwarcie pokazuje, kim są jego przyjaciele:

PTEZ jednej strony plus za szczerość, z drugiej jednak trochę głupio tak bez owijania w bawełnę…

Teraz towarzystwo hiszpańskie. O szczególe, o którym chcę tu wspomnieć, dowiedziałem się z pewnego programu hiszpańskiej telewizji. Oto, co mówi bardzo szanowany (także na forum międzynarodowym) hiszpański lekarz: towarzystwa naukowe są w bardzo dużym stopniu finansowane przez przemysł farmaceutyczny. Według jednego z szefów Sociedad Española de Medicina Familiar y Comunitaria (Hiszpańskiego Towarzystwa Medycyny Rodzinnej), uważanego za jedno z najbardziej niezależnych towarzystw tego typu w Hiszpanii, „pozostałe towarzystwa są bardzo zależne od przemysłu farmaceutycznego, u nas od tego przemysłu pochodzi jedynie (!) 70-80% budżetu, reszta to składki członkowskie”. (Gdyby ktoś chciał posłuchać oryginału, to omawiany fragment jest tu: https://youtu.be/TJoULVdTyzM?t=12m53s).

Nie wiem, jak jest w Stanach, ale pamiętajmy, że to kraj, w którym kasa rządzi nieporównanie bardziej niż gdziekolwiek indziej. I kraj, z którego pochodzi większość dużych firm farmaceutycznych.

Szanowne Pajace, czy opinię Amerykańskiego Towarzystwa Epileptologii naprawdę uważacie za merytoryczny argument w jakiejkolwiek dyskusji? REALLY?!

„Przecież jest import docelowy…”

Wciąż liczni w Polsce przeciwnicy medycznej marihuany często używają takiego argumentu: „Przecież jest import docelowy, lekarze mogą przepisać marihuanę – a od niedawna jest nawet szansa na refundację„. (Dla niezorientowanych: o tym, co to jest import docelowy, pisałem już na tym blogu kilka razy, np. tu czy tu).

Instytucja importu docelowego nie jest rozwiązaniem żadnego problemu. Nie jest nawet próbą rozwiązania żadnego problemu. Jest makijażem, sposobem na zamaskowanie faktu, że medyczna marihuana, która mogłaby skutecznie pomóc setkom tysięcy chorych Polaków, nie jest przedmiotem jakiegokolwiek zainteresowania władz. Nawet najmniejszego. „Jest import docelowy? – więc sprawa załatwiona„.

Parę miesięcy temu mieliśmy okazję w bardzo smutny sposób przekonać się, jak ta załatwiona sprawa działa w praktyce. Dziewczynka, do której marihuana nie dotarła na czas, zmarła w trakcie napadu padaczkowego. O śmierci swojej córeczki opowiedziała jej matka w czasie majowej konferencji we Wrocławiu. Relację tę można przeczytać albo ją obejrzeć.

Taka historia nie mogła nie zostać zauważona przez media, pojawiło się kilka tekstów o niej: 1) http://www.pudelek.pl/artykul/95604/matka_4latki_ktora_zmarla_czekajac_na_medyczna_marihuane_zostalismy_oszukani_moje_dziecko_zabili_politycy/; 2) http://www.pudelek.tv/video/Liroy-o-leczeniu-medyczna-marihuana-Jedno-wielkie-oszustwo-Tragedia-jedna-dziewczynka-nie-doczekala-sie-refundacji-12941/; 3) http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,152121,20289645,4-letnia-ola-nie-doczekala-medycznej-marihuany-procedura-stworzona.html

Bardzo wzruszające są dwa wpisy na blogach: Doroty Gudaniec i samej Pauliny, mamy zmarłej dziewczynki.

Refundacja jako argument na cokolwiek byłaby argumentem śmiesznym, mam nadzieję, że nikt poważny go używa. Bo proszę popatrzeć, jak nielicznej grupie pacjentów udało się uzyskać decyzję o refundacji. Aha, przy lekturze proszę pamiętać, że samych dzieciaków z lekooporną padaczką jest w Polsce kilkanaście tysięcy.

Dlaczego tak jest? Na pewno wiedza chorych i ich rodzin jest wciąż mizerna, stąd nie domagają się od lekarzy leku, który z dużym prawdopodobieństwem mógłby pomóc. A nawet gdyby się domagali, to wiedza samych lekarzy jest często jeszcze bardziej mizerna. A nawet jeśli jakiś lekarz cokolwiek wie i byłby skłonny spróbować tej terapii, to żeby go skłonić do zastanowienia się, czy naprawdę tego chce, władza nałożyła na niego dodatkowe obowiązki sprawozdawcze. Mogą one powodować obawy o późniejsze konsekwencje w rodzaju jakichś dodatkowych kontroli czy wezwania do złożenia wyjaśnień w Naczelnej Izbie Lekarskiej. (Trudno mi powiedzieć, jak słuszne są te obawy, ale wiem o nich od lekarza, który bardzo konkretnie interesuje się medyczną marihuaną. Coś w tym może być.)

O tym, że historia Oli nie jest przypadkiem jednostkowym, że system naprawdę jest niewydolny, może świadczyć poniższy tekst Małgorzaty Kusy, mamy chorego dziecka, zamieszczony w dyskusji prowadzonej na Facebooku:

Procedury , procedury …. No właśnie przez nie przebrnęłam żeby w nich na nowo utknąć . W dniu dzisiejszym odebrałam z apteki Bediol i Bedrokan dla mojego synka . Nasza droga przez mękę , aby załatwić import docelowy (po ponad rocznym szukaniu lekarza który zgodził się wypisać taki wniosek ) trwała od 25 kwietnia do dzisiaj . Gdzie tu sens i logika ?!

Nie wiem !!!

Dzisiaj na wizycie u neurologa dowiedziałam się, że nie mamy na ten moment konsultanta wojewódzkiego do spraw neurologii dziecięcej bo poprzedni zrezygnował z funkcji , a kolejnego nie powołano . Kuźwa co za kraj , co za ludzie ?!

Ministerstwo Zdrowia rząda od nas abyśmy przedstawili efekty ew. skutki uboczne jakie wystąpiły podczas leczenia konopiami indyjskimi jako warunek do kontynuacji importu docelowego .

W jaki sposób mamy to zrobić skoro wniosek jest wystawiony na 3 miesiące leczenia , kolejnego nie dostaliśmy a nawet gdybyśmy dostali to i tak nie ma kto go podbić bo województwo lubelskie nie ma konsultanta do spraw neurologii dziecięcej. Błędne koło.

PS
Dobrzy ludzie podesłali mi tego linka jako uzupełnienie mojego tekstu.
.