Ponownie o Centrum Zdrowia Dziecka

Mam wrażenie, że w Centrum Zdrowia Dziecka dzieje się coś złego. Nie mam na myśli całego Centrum (bo o tym nie mam wielkiego pojęcia), lecz tylko tę część jego działalności, która zaczyna się na samej górze i idzie w stronę medycznej marihuany.
Gdy wydawało się, że Centrum jest w Polsce pionierem w eksperymentalnym stosowaniu tego leku (Max Gudaniec i inne dzieci leczone przez dra Bachańskiego), przyszedł kubeł zimnej wody: wspomnianemu lekarzowi zakazano wypowiadania się na temat prowadzonych terapii. Z tym wiązała się jego wymuszona absencja na konferencji w Agorze.

Możliwości stosowania tej terapii są u nas bardzo ograniczone restrykcyjnymi procedurami, przez które udaje się przebić jedynie jednostkom – ale nawet to okazało się za dużo. Bo oto z informacji dyrektor CZD dowiedzieliśmy się, że zamknięciu ust dr. Bachańskiemu towarzyszyło zawieszenie terapii, co najboleśniej odczują oczywiście Bogu ducha winne chore dzieciaki. (Szczegóły w Post Scriptum do tego wpisu.)

Ostatnim jak dotąd wydarzeniem w tej serii było oświadczenie Doroty Gudaniec, z którego wynika, że dr Bachański otrzymał od swoich szefów zakaz podpisywania wniosków w sprawie importu docelowego. Lekarzowi zakazano pomagania pacjentom w zdobyciu legalnego lekarstwa, które im pomaga! Czy można spaść jeszcze niżej? (Choć Dorota nie pozwoliłaby sobie na publiczne powiedzenie nieprawdy, ale w ostatnią sobotę skorzystałem z okazji, by osobiście zapytać dr. Bachańskiego o zakaz. Potwierdził.)

Nie wiem, o co tu chodzi, ale wiem, że cierpią dzieci. Zarówno te, które teraz będą miały problem z dostaniem nowej porcji marihuany, jak i te, którym nie będzie dane (przynajmniej nie w CZD, przynajmniej nie teraz) spróbować, czy marihuana by i im pomogła. Ręce opadają – i trafiają na nóż, który się otwiera w kieszeni…

Wkurzyłem się (znowu…) i napisałem do dyrektor CZD list (znowu…). Wklejam go poniżej. Zdaje mi się, że dyrektor CZD to nie jest urzędnik państwowy i obowiązku, by mi odpowiedzieć, nie ma. Ale może mimo to odpowie, wtedy oczywiście dam znać. Może nawet opublikuję razem dwie odpowiedzi: tę i drugą, którą otrzymam od p. Hamankiewicza. Kto wie…

Dyrektor Centrum Zdrowia Dziecka
dr hab. n. med. Małgorzata Syczewska
(dyrektor@ipczd.pl)

Szanowna Pani Dyrektor!

W Pani informacji dotyczącej medycznej marihuany, przekazanej niedawno opinii publicznej, wspomina Pani o tym, że w CZD rozpoczął się „eksperyment medyczny w zakresie leczenia lekoopornej padaczki lekiem zawierającym tzw. medyczną marihuanę”. Jak się dowiedziałem, testowanym lekiem ma być Sativex. Ta informacja zdziwiła mnie niepomiernie, gdyż lek ten, obok CBD, zawiera w swym składzie także THC. Ze znanej mi literatury wynika, że działanie przeciwpadaczkowe ma w marihuanie głównie CBD, zaś THC, choć czasem pomocny, w wielu przypadkach objawy padaczki wręcz potęguje. Dlatego wybór Sativexu wydaje mi się bardzo dziwny. Jedyne logiczne uzasadnienie, jakie znajduję dla tego wyboru, jest takie, że poddane badaniu dzieci są chore na rodzaje padaczki oporne nie tylko na leki farmaceutyczne, ale także na sam CBD. Będę bardzo wdzięczny za informację na ten temat. Wdzięczny tym bardziej, że istnieją dwa inne możliwe wyjaśnienia faktu wybrania Sativexu. Pierwsze jest takie, że przygotowujący i zatwierdzający protokół badania lekarze mogą nie znać wystarczająco dogłębnie tematu. A drugie, że celem badania może być wykazanie nieskuteczności Sativexu (a w domyśle: marihuany w ogóle) w padaczce. Obie te teoretyczne możliwości są równie niepokojące, bo w obu narażone byłoby zdrowie pacjentów uczestniczących w badaniu.

I jeszcze jedno pytanie. Dowiedziałem się, że za udział dzieci w tym badaniu rodzice będą musieli zapłacić. Zazwyczaj firmy, których leki są poddawane badaniom, udostępniają je bezpłatnie. Czy CZD zwróciło się w tej sprawie do GW Pharmaceuticals lub jego polskiego dystrybutora? Jeżeli tak, to opłata dla rodziców oznaczałaby, że prośba została odrzucona. To byłoby bardzo zastanawiające, obiecujące badania są w ten sposób wspierane: czyżby producent uznał to badanie za mało obiecujące? A jeżeli CZD nie wystąpiło o lek do badania, to zastanawiałoby mnie, dlaczego tak się stało. Czyżby ktoś nie wiedział, że tak można? A może stało się tak z obawy (przekonania?), że prośba zostanie odrzucona? Ale wtedy należałoby rozumieć, że CZD przeprowadza badania, w które samo nie wierzy… Będę bardzo wdzięczny za wyjaśnienie także i tej kwestii.

Z poważaniem

Bogdan Jot
autor bloga MarihuanaLeczy.pl

Tylko EBM

Jakże często spotykamy się z opinią, że marihuana nie może (na razie) zostać uznana za lek, bo nie ma twardych naukowych dowodów na jej skuteczność. Że liczy się tylko EBM (Evidence-based medicine, czyli Medycyna oparta na dowodach).

Na temat braku badań nad marihuaną napiszę wkrótce nieco obszerniejszy tekst. Teraz króciutka uwaga o tych właśnie dowodach, na których opiera się współczesna medycyna.

Jeżeli ktokolwiek w rozmowie ze mną wysunie „argument EBM”, natychmiast zadam mu pytanie, czy czytał książkę Johna Virapena „Skutek uboczny: śmierć„. Jeżeli stwierdzi, że nie czytał, to jest mocno prawdopodobne, że dalszą dyskusję uznam za bezprzedmiotową, bo będę miał podstawy sądzić, że niedoszły rozmówca nie orientuje się, w jaki sposób Big pharma zdobywa te tak szanowane i pożądane przez nas (i przez medycynę) dowody na skuteczność i nieszkodliwość swoich produktów.

A gdyby ktoś uważał, że Virapen nie wie, co pisze (choć był bardzo wysokim w hierarchii pracownikiem farmaceutycznego giganta Eli Lilly – producenta Prozacu, jednego z bohaterów książki), to tego kogoś odeślę do wyznań jeszcze wyższego rangą pracownika innego giganta farmaceutycznego, Pfizera (tekst po angielsku). Wyznań, dodam, potwierdzanych przez redaktorów naczelnych 2 najbardziej prestiżowych na świecie czasopism naukowych. Wystarczy jako dowód? Mnie wystarczyło. I powiem szczerze: znajdowane na YouTube świadectwa osób skutecznie radzących sobie ze swoimi problemami zdrowotnymi za pomocą marihuany są dla mnie bardziej przekonywające niż publikacje w naukowych czasopismach, wciąż będące dla wielu „twardymi dowodami” na to czy tamto.

…i przez chwilę miałem wyrzuty sumienia

W poprzednim wpisie z pewnym smutkiem stwierdziłem, że zmarnowała się książka, jaką wysłałem pani premier Kopacz: próba przemycenia do niej (jako premiera rządu i jako lekarza) pewnych podstawowych informacji dotyczących leczniczych zastosowań marihuany została zastopowana przez średni szczebel w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Pani premier została przed ćpuńską wiedzą obroniona, a gorący kartofel podrzucono Ministerstwu Zdrowia.

Właśnie dostałem z MZ odpowiedź na kartofel. Całe 3 strony podpisane przez zastępcę dyrektora Departamentu… nie, nie Nadzoru, Kontroli i Skarg, do którego zwrócił się obrońca premier Kopacz. Odpowiedź jest z Departamentu Polityki Lekowej i Farmacji. Tego samego, który od 27 maja (pomimo ustawowego 30-dniowego terminu) nie odpowiedział mi jeszcze na moje pytania w sprawie importu docelowego. (A właśnie, skoro sobie o tym przypomniałem, to zaraz napiszę ponaglenie, bo lato latem, ale terminy obowiązują chyba bez względu na porę roku.)

Piękna, długa odpowiedź – po otwarciu koperty miałem wyrzuty sumienia, że moim nieprzemyślanym wystąpieniem spowodowałem niepotrzebne oderwanie od innych obowiązków pracownika ministerstwa, który mógł w tym czasie działać na rzecz poprawy stanu zdrowia Polaków… Te wyrzuty to oczywiście żart, a nawet gdybym faktycznie je poczuł, to po lekturze pisma by mi odeszły. Nie będę przepisywał całości, w zupełności wystarczą dwa cytaty:

Obecnie obowiązujące przepisy umożliwiają zastosowanie w celach medycznych produktów leczniczych, w których skład wchodzi konopi ziele innych niż włókniste […]

Jednocześnie, należy nadmienić, że proces otrzymania zgody Ministra Zdrowia na sprowadzenie produktu leczniczego z zagranicy w ramach tzw. importu docelowego nie jest skomplikowany.

Ta odpowiedź to oczywiście „kopiuj i wklej” z materiału, jaki został w ministerstwie przygotowany dla wiceministrów do nauczenia się i wygłaszania przy różnych okazjach.

Wniosek z ministerialnej odpowiedzi jest jednoznaczny: jest dobrze. Czy ktoś ma jeszcze jakieś pytania?

PS1

Akcję Edukuję Ewę Kopacz (niestety, zakończoną porażką) niniejszym zamykam. Cały czas zastanawiam się tylko, co stało się z książką, którą razem z moim listem otwartym przekazano do MZ. I cały czas mam nadzieję, że ktoś ją nieoficjalnie przeczyta, zanim oficjalnie przekaże do archiwum albo na przemiał.
Ale próba edukowania lekarzy z PO może nie skończy się niepowodzeniem. Na konferencji w Agorze rozmawiałem przez chwilę z panią poseł Lidią Gądek. Temat ją interesuje, wręczyłem jej obie książki, obiecała się zapoznać i podzielić wiedzą z innymi osobami, może więc wiedza dotrze do pani premier nie od frontu, lecz tylnymi drzwiami.

PS2

Ciekawi mnie, czy apel do pani Kopacz, wręczony niedawno przez przedstawicieli pacjentów, też wyląduje w Ministerstwie Zdrowia, czy raczej jego nagłośnienie medialne sprawi, że odpowie kancelaria premiera. Będę czekał na odpowiedź i z zainteresowaniem popatrzę, czy użyte zostaną dokładnie te same frazy, co w odpowiedzi do mnie, czy jednak będzie to „kopiuj i wklej” z jakimiś modyfikacjami.

odMZ

Chyba zmarnowałem jedną książkę

Jak Czytelnicy tego bloga może pamiętają, nieco ponad miesiąc temu wysłałem list otwarty do premier Kopacz. Nie podejrzewałem, że do niej dotrze, ale ciekaw byłem, jakie będą dalsze jego losy.

Ciekawość moja została zaspokojona wczoraj. Wczoraj bowiem dotarła do mnie odpowiedź z Kancelarii Prezesa Rady Ministrów (Departament Spraw Obywatelskich). Myślałem, że zdawkowe „pani premier dziękuje za… jest bardzo wdzięczna…” itd. A tu niespodzianka: moje pismo wraz z załącznikiem „zgodnie z właściwością” przekazano do Ministerstwa Zdrowia, do Departamentu Nadzoru, Kontroli i Skarg (!) „celem jego analizy i udzielenia zainteresowanemu odpowiedzi„.

Co oznacza, że moja (bardzo naiwna, co wiedziałem od początku) próba zaniesienia kaganka oświaty do Kancelarii Premiera nie udała się: mojego listu nie przeczytano tam uważnie, zapewne ledwie rzucono na niego okiem, a potem potraktowano jako skargę związaną ze zdrowiem i przekazano do MZ. Tak jak przed miesiącem mam nadzieję, że książka nie trafi do kosza czy do archiwum, lecz że ktoś (choć zapewne nie dyrektor departamentu) rzuci na nią okiem, a może nawet przeczyta. W polityce ministerstwa nic to nie zmieni, ale może kilku osobom otworzą się oczy.

„wzburzony, proszę o wyjaśnienie”

Dyrektor Centrum Zdrowia Dziecka
dr hab. n. med. Małgorzata Syczewska
(dyrektor@ipczd.pl)

Szanowna Pani Dyrektor!

Uczestnicząc w niedawnej konferencji poświęconej medycznym zastosowaniom marihuany, z ogromnym zdziwieniem dowiedziałem się, że oczekiwane przez wszystkich wystąpienie dr. Marka Bachańskiego nie dojdzie do skutku, gdyż od swoich przełożonych z CZD dostał on zakaz publicznego wypowiadania się na temat stosowanych przez siebie terapii z wykorzystaniem marihuany.

Najzwyczajniej w świecie nie jestem w stanie w to uwierzyć. Czy możliwe jest, żeby ktoś z kierownictwa zasłużonej placówki, mającej w nazwie zdrowie dzieci, utrudniał propagowanie pionierskiej w Polsce, całkowicie legalnej metody leczenia? Metody doskonale sprawdzającej się w przypadku dziewięciorga (o ile się nie mylę) dzieci, a mogącej przynieść ulgę tysiącom innych małych pacjentów z lekoopornymi postaciami padaczki?

Bardzo chciałbym wierzyć, że doszło tu do jakiegoś nieporozumienia. Z wielką chęcią wyjaśniłbym je innym, równie jak ja wzburzonym osobom, z którymi kontaktuję się za pomocą mojego bloga i serwisów społecznościowych.

Licząc na rychłą odpowiedź, pozostaję

z poważaniem

Bogdan Jot
autor bloga MarihuanaLeczy.pl

PS (z 26 VI)

CZD

Mój komentarz:

Dr Bachański nie dopełnił jakiegoś obowiązku służbowego – OK, nie mam podstaw podawać tego w wątpliwość. W konsekwencji dostał zakaz wypowiadania się. Czy była to kara dla niego, czy raczej dla tylu ludzi, którzy czekali w siedzibie Agory (i przed komputerami) na jego wystąpienie?

I jeszcze jedno: dotąd wiedziałem tylko o zakazie publicznego wypowiadania się, a tymczasem w wyjaśnieniu p. dyrektor czytam, że miało miejsce „wstrzymanie […] prowadzonej terapii”. Czyli co: oprócz uczestników konferencji za niedoróbkę służbową lekarza ukarane zostały także chore dzieci?! Dla ich dobra?! (Wnoszę z tego, że dyrekcja CZD uważa dr. Bachańskiego za lekarza nieodpowiedzialnego, który musi być bardzo dokładnie kontrolowany, bo inaczej, puszczony samopas, gotów jest narobić nie wiadomo jakich szkód.)

Po prostu nie mieści mi się to w głowie.

Dość ciuciubabki wiceministrów!

Poglądy na medyczną marihuanę głoszone przez wiceministra zdrowia Igora Radziewicza-Winnickiego mogliśmy poznać nie tak dawno z jego wypowiedzi opublikowanych w prasie. Są to poglądy zbieżne z tym, co mówi inny wiceminister zdrowia (napisałem o tym w poprzednim wpisie). Nie mogłoby być inaczej, obaj prezentują oficjalną linię partii. Spróbowaliby zaprezentować inną…

Na właśnie zakończonej konferencji w Warszawie wiceminister Radziewicz-Winnicki nie zaskoczył nas. Zarówno w swoich wystąpieniach na sali obrad, jak i w wywiadzie radiowym udzielonym na korytarzu, utrzymywał, że marihuana nie może być w Polsce zatwierdzona jako lek, bo brakuje niezbędnych badań potwierdzających jej skuteczność i bezpieczeństwo. Na uwagę dziennikarza, że w wielu innych krajach jednak marihuana została zatwierdzona, stwierdził, że nie może komentować decyzji władz innych krajów.

Z tych urzędniczych wypowiedzi można wnosić, że:

– albo Polacy mają znacząco inne organizmy niż Czesi, Holendrzy, Kanadyjczycy, Izraelczycy czy Rumuni (żeby wymienić tylko kilka nacji, które już u siebie wprowadziły medyczne stosowanie marihuany),

– albo rząd Polski o wiele bardziej dba o zdrowie obywateli niż rządy wymienionych wyżej krajów (w co jednak trudno uwierzyć komukolwiek, kto ma styczność z polską służbą zdrowia…).

Pisałem niedawno, że tak cenione przez wiceministra Radziewicza-Winnickiego badania właśnie powinny się rozpoczynać w 3 polskich klinikach. Pisałem też o moich obawach z nimi związanych, a wypowiedzi wiceministra tylko mnie w tych obawach utwierdziły. Badania będą obejmować tylko jedną chorobę, a wręcz tylko niektóre jej rodzaje (napisał do mnie zrozpaczony człowiek chory na taką padaczkę, która do badania w Bydgoszczy go nie kwalifikuje); badaniu zostanie poddany wpływ na przebieg choroby jedynie jednego kannabinoidu: CBD; badane grupy będą niezbyt liczne. Wszystkie te okoliczności spowodują, że po kilku-kilkunastu miesiącach, gdy już zostaną opracowane wyniki, pan wiceminister wciąż będzie mógł powiedzieć: my byśmy chcieli, my jesteśmy za, ale wciąż nie ma wystarczających badań. W ten sposób rząd może grać w ciuciubabkę z chorymi przez długie, długie lata. Rzecz w tym, że to jest jednak inna ciuciubabka niż ta, w jaką grają z nami wiceministrowie od szybkich pociągów czy od niskich podatków. Tu chodzi o nasze zdrowie i życie.

Szczęśliwie wydaje się, że powoli zaczynamy sobie zdawać z tego sprawę. My: obywatele (chorzy i potencjalnie chorzy), lekarze, nawet politycy. Inne kraje sobie z tym poradziły, damy radę i my.

PS1

Zainteresowanych wystąpieniem bohatera tego wpisu na konferencji zachęcam do obejrzenia relacji na YT (od 1:10.40)

PS2

Na koniec chciałbym wkleić miłe zdjęcie, ale nie wiem, czy zdjęcie wiceministra byłoby tu na miejscu… Może w takim razie obrazek z kuluarów konferencji: na stoliku wśród innych fajnych rzeczy sprzedawanych przez dystrybutora produktów z konopi znajdują się również znane mi skądś książki :-)

sprzedaja

O przenikliwości pewnego wiceministra

W naszym środowisku sporo komentarzy wywołała niedawna wypowiedź p. Sławomira Neumanna, zatrudnionego przez społeczeństwo w charakterze wiceministra zdrowia. Postanowiłem skomentować i ja.

Dlaczego na liście tych specyfików nie ma oleju konopnego? Jeśli jakakolwiek firma farmaceutyczna uznałaby, że olej jest lekiem, który daje efekt medyczny, to wprowadziłaby go na rynek. Nikt tego nie zrobił.

Wiceminister zdrowia wyraził ciekawe przekonanie, że jeżeli czymś nie zainteresują się firmy farmaceutyczne, to to coś jest nic niewarte. Oczywiście, taka interpretacja jest sensowna, tych firm nie interesuje byle co. Jednak nie jest to jedyne możliwe wytłumaczenie braku zainteresowania big pharmy marihuaną. (Mówię o zainteresowaniu konstruktywnym, bo w zwalczaniu ruchów działających na rzecz legalizacji medycznej marihuany sektor ten jest aktywny nad wyraz.) Chciałbym poddać Waszej ocenie inne wytłumaczenie – sądzę, że nie mniej sensowne.

Wprowadzenie jakiejś substancji do obrotu jako leku wymaga przejścia długiej i bardzo kosztownej (setki milionów dolarów) procedury, składającej się między innymi z odpowiedniej jakości badań klinicznych.Firmy farmaceutyczne na te procedury decydują się wtedy, gdy wiedzą, że taka inwestycja im się opłaci, bo przez wiele lat będą mogły mieć wyłączność na sprzedaż danej substancji (patent). Tymczasem olej konopny (mówiąc precyzyjniej: skoncentrowany wyciąg z marihuany) może zostać wyprodukowany w bardzo prosty sposób w domu. Jeżeli dodamy do tego fakt, że sam surowiec (marihuana) też może być przez pacjenta łatwo uzyskany (dom, działka), staje się jasne, że wielomilionowa inwestycja nie ma dla firm farmaceutycznych żadnego sensu: oficjalnie zostałaby udowodniona skuteczność czegoś, po co pacjenci nie musieliby chodzić do apteki, bo mogliby to zrobić sobie sami za ułamek ceny aptecznej. Co więcej, dopuszczony już do obrotu wyciąg z marihuany konkurowałby z wieloma innymi produktami oferowanymi przez firmy farmaceutyczne. A zatem: zainteresowanie się przez te firmy wyciągiem byłoby typowym strzałem w stopę. (Ktoś powie: ale przecież nie wszyscy pacjenci mogliby lub chcieli bawić się w uprawę, a potem w robienie wyciągu. To prawda, wielu chorych wolałoby kupić dobry sprawdzony wyciąg w aptece. Rzecz w tym jednak, że oni chcieliby go kupić za rozsądną cenę, a firmy farmaceutyczne są przyzwyczajone do tego, że w sytuacji, gdy chroni je patent (=brak konkurencji), mogą każdy swój lek sprzedawać po cenach wielokrotnie przewyższających koszt wytworzenia. W przypadku wyciągu z marihuany nie mogłyby tego robić, bo zawsze istniałaby groźba pójścia pacjentów do kogo innego lub rozpoczęcia produkcji własnej.)

Zastanawia mnie jedno: czy p. Neumann nie zdaje sobie sprawy z powyższego (a przecież nie jest to wiedza tajemna, wiedzą to wszyscy bliżej interesujący się tematem medycznej marihuany), czy sprawę sobie zdaje, ale świadomie wprowadza opinię publiczną w błąd. Cóż, w jednym i drugim przypadku dyskwalifikuje go to, moim zdaniem, jako wiceministra. Pamiętajmy jesienią, jakie siły polityczne wyniosły go na to wysokie stanowisko.

Aha, i jeszcze jedna genialna myśl wiceministra:

za wywołaniem tematu stosowania marihuany w medycynie stoi „część środowisk, które chcą zliberalizować” przepisy ustawy antynarkotykowej.

Przenikliwość tego spostrzeżenia wzbudza zazdrość: ustawa antynarkotykowa nie pozwala chorym leczyć się marihuaną, więc chcą oni jej zmiany. Ciekawi mnie, czy tak przenikliwy urzędnik nigdy nie zadał sobie pytania, dlaczego Ustawa o przeciwdziałaniu narkomanii w ogóle zajmuje się medycznym używaniem czegokolwiek. Pewnie sobie nie zadał, bo gdyby to zrobił, toby nie opowiadał farmazonów.

Argumentu „o medycznej marihuanie nie ma potrzeby rozmawiać, bo przecież jest import docelowy i prowadzi się terapie w CZD” nawet nie chce mi się dziś poruszać. Może innym razem.

Nieudana wizyta

Postanowiłem odwiedzić doktora X. Nie, nie jestem chory: doktor X. ma taki specjalny długopis, którym może złożyć drugi z trzech podpisów na wiadomym wniosku.

Parę dni temu starałem się pogadać przez telefon, ale pani pracowicie łączyła i łączyła, a nikt nie odbierał. Ale pani powiedziała: jak ma pacjentów, to nie odbierze. Dziś też zrobiliśmy próbę (nikt nie odbierał), więc zdecydowałem się pójść. Pani mi powiedziała, na którym piętrze i w którym gabinecie, potwierdziła, że do 12:00 – to zasuwam, daleko nie mam.

Jestem chwilę przed 12:00, żeby się wślizgnąć za ostatnim pacjentem. Na drzwiach gabinetu informacja: doktor X., w środy do 11:00. No, choleraż! Schodzę do rejestracji zasięgnąć języka, może doktor X. jest jeszcze na terenie szpitala. A rejestratorka na to: doktor X. na urlopie do lipca. No, choleraż numer dwa!

Zadzwoniłem jeszcze raz. Gdybym był zamiejscowym chorym nieumówionym na wizytę, który w desperacji przyjechał z nadzieją, że jednak go przyjmą, tobym do pani telefonicznej poleciał Stonogą. Ale że nie byłem i cała sytuacja kosztowała mnie niepotrzebny (choć miły o tej porze roku) półgodzinny spacer, to tylko zgłosiłem wniosek racjonalizatorski, żeby osoby udzielające takich informacji przez telefon jednak znały aktualne godziny przyjęć oraz plany urlopowe lekarzy. Wniosek został przyjęty ze zrozumieniem.

Szkoda, chciałem być pierwszy, a zanim doktor X. wróci z urlopu, to w międzyczasie na pewno ktoś już poda informację, czy składane aktualnie wnioski są, czy nie są, opatrywane drugim i trzecim podpisem (oby były). I refleksja: czy u nas naprawdę nie może być normalnie? Czy moje wymagania, żeby telefoniczna informacja była zawsze na bieżąco, są tak bardzo kosmiczne? Wydaje mi się, że w innych krajach to jest norma. A może nie, może tak jest tylko w moim wyidealizowanym świecie…?

Z wizytą u posła Latosa

Widać zmiany: J. Kaczyński jako jeden z niewielu polityków odpisuje Dorocie i informuje o przekazaniu tematu posłowi Latosowi; poseł Jaki składa błyskawiczny projekt zmiany Uopn; poseł Kempa atakuje wiceministra zdrowia o medyczną marihuanę… Ale jeśli ktoś myśli, że jest już z górki, mam nieco chłodniejsze wiadomości.

Wczoraj udało mi się przez 10 minut porozmawiać z posłem Latosem (dla przypomnienia – szefem sejmowej Komisji Zdrowia). Potwierdził moje przypuszczenia, że w tej kadencji nie zmieni się nic. Nic, zero, nothing, nada. Przede wszystkim dlatego, że do wyborów zostało mało czasu, a na dodatek w międzyczasie będą w Sejmie wakacje. Poza tym trzeba mieć na uwadze, że proces legislacyjny ma swoje prawa i potrwać musi. (Co prawda słyszałem o przypadkach uchwalania ustaw w ekspresowym tempie na nocnych posiedzeniach, ale to przecież nie w tej sprawie.)

Nowy Sejm tematem się zapewne zajmie, ale raczej nie w swoim pierwszym roku działania. Gdyby PiS grał od jesieni pierwsze skrzypce, to temat jednak nie jest dla tej partii priorytetowy, a poza tym nie byłoby to najlepsze wizerunkowo, bo opozycja mogłaby powiedzieć: patrzcie, od czego zaczynają nowe porządki w kraju! (Smutne to, że los chorych jest mniej ważny niż wizerunek partii, ale cóż poradzić, taka jest nasza rzeczywistość i chyba nawet nas to bardzo nie dziwi. Ale chociaż chcą się sprawą zająć, bo według aktualnie rządzących żadnej sprawy przecież nie ma, według Ministerstwa Zdrowia wszystko gro i bucy.)

Są dwie rzeczy, które PiS-owi przeszkadzają i nie pozwalają podejść do tematu z większym entuzjazmem. Niestety, podczas mojej dzisiejszej rozmowy czasu było tylko tyle, żeby o nich posłuchać, na dyskusję i przedstawienie p. Latosowi mojego poglądu – już nie. Ale może nie była to ostatnia z nim rozmowa…

Pierwsza z tych 2 „uwierających” PiS rzeczy to brak długookresowych badań potwierdzających skuteczność / nieszkodliwość marihuany, zwłaszcza w dłuższym okresie. Cóż, jest to argument bardzo często podnoszony zarówno przez prohibicjonistów, jak i osoby neutralne. Przewija się przez jeden z rozdziałów „Odkłamywania”, a myślę, że wkrótce doczeka się wpisu na blogu.

Rzecz druga to to, że w ostatnim czasie promocją medycznej marihuany zajmuje się ugrupowanie, które do niedawna główny nacisk kładło na legalizację marihuany do zastosowań dowolnych. Czyli wychodzi na to, że znowu mamy prymat wizerunku nad istotą sprawy (nieważne co się mówi, ważne kto to mówi). Też do dłuższej dyskusji. Zarówno z p. Latosem, jak i w szerszym gronie.

Wysłuchanie

Byłem dziś w Sejmie na tym wydarzeniu. Prowadziła je p. wicemarszałek Nowicka, która medycznej marihuanie jest przychylna i, jak się wydaje, przychyliłaby nam nieba, a nawet dała klucz do Sali Kolumnowej, gdyby tego nie zakazał był szef.

salaWysłuchanie miało miejsce w wypełnionej sali nr 102. A właściwie – w salce nr 102, używanej chyba dla mało ważnych wydarzeń. Bo we wspomnianej Sali Kolumnowej w tym samym czasie odbywała się o wiele ważniejsza (choć o kiepskiej frekwencji, co widać na załączonym obrazku) konferencja na temat czegoś tam w Internecie.

Wystąpienia dyskutantów w salce nr 102 były przewidywalne, ale ciekawe, z pewnymi nowymi akcentami dla smakoszy. Jeśli kogoś to interesuje, to jest oficjalny zapis służb sejmowych. W czasie wysłuchania filmowali też niezmordowani chłopcy z Wolnych Konopi, zapewne umieszczą swój film w Sieci (dam znać).

Najciekawsza miała być dyskusja, ale zdarzyło się to, co zdarza się zwykle: mówiąc słowami klasyka mało casu, kruca bomba, mało casu. Pani marszałek ograniczyła czas wypowiedzi i liczbę dyskutantów. Nie udało mi się dać głosu, za późno podniosłem rękę, limit był już wyczerpany. Ale głównym powodem było to, że przez większość czasu poświęconego na dyskusję mówiła wadza: przedstawiciele prokuratury, Ministerstwa Zdrowia, GIF-u. Bardzo to było ciekawe z poznawczego punktu widzenia (w skrócie: zadowolona wadza dalej uważa, że medycznej marihuanie jest w Polsce świetnie). Tyle tylko, że ja chyba źle zrozumiałem znaczenie terminu wysłuchanie obywatelskie: myślałem, że to obywateli będzie się słuchać, a okazało się, że jest na odwrót, że to obywatele mają wysłuchać tego, co im ma do powiedzenia wadza. Ale nic to, mimo starań bydgoszczanina Sikorskiego byłem w Sali Kolumnowej (choć prelegent był inny), a także zrobiłem sobie selfie z salą posiedzeń plenarnych, gdzie uchwalono tyle złego prawa, a niedawno dokonano cudownej przemiany łodygi w zioło.