Hejterzy dla Polaków

Od pewnego czasu w pewnych kręgach jest w dobrym tonie zaatakować Jerzego Ziębę. Za głoszenie teorii niezgodnych z oficjalną medycyną. Za zarabianie na książce. Za zarabianie na wykładach. Za zarabianie na suplementach. (Tak, zarabianie nie jest w pewnych kręgach dobrze widziane.) Za występowanie na uniwersytetach zamiast w cyrku.

Nie zamierzam bronić Zięby. Duży jest, niech się broni sam. Ale jest jeden atak, o którym chcę napisać. Po pierwsze dlatego, że ten atak uderza w chore dzieciaki i dlatego wydaje mi się bardziej podły niż inne. Po drugie dlatego, że w pewnym stopniu dotyczy także mnie. Chodzi o Fundację Polacy dla Polaków, w której jestem członkiem Zarządu.

Hejterzy rzucili się na Fundację, bo wykryli przekręt: Zięba (prezes Zarządu) zbiera od naiwnych ludzi pieniądze, po czym kupuje za nie olej CBD produkowany przez pana Gudańca, męża Doroty, będącej członkiem Zarządu. Uwagi mam tu cztery.

1. Jerzy Zięba zaproponował hejterom: jeżeli uważacie, że coś jest tu niezgodne z prawem, donieście na mnie do prokuratora, będę wam za to wdzięczny. Hejterom zmiękła rura i pojawiły się wersje, że prokuratorowi nic do tego, bo nie chodzi o naruszenie prawa, lecz o działania nieetyczne. OK, przekręt to dla mnie jednak coś niezgodnego z prawem, ale niech będzie.

2. Dla zdemaskowania przekrętu hejterzy domagają się podania, jaki jest procentowy udział poszczególnych produktów (marek) w całości refundacji. W ten sposób chcą wykazać, że prezes zarządu kieruje pieniądze do członka zarządu. Ja nie wiem, jakie są te udziały. Nigdy mnie nie interesowały, bo uważam, że nie mają one najmniejszego znaczenia. Z jednego prostego powodu: mechanizm refundacji jest taki, że rodzice kupują olej CBD, przesyłają fakturę zakupową wraz z zaświadczeniem lekarskim o potrzebie kuracji kannabidiolem i dostają zwrot wyłożonych pieniędzy. Powtórzę: to rodzice decydują o tym, jaki olej kupują, ani prezes Zięba, ani nikt inny z Fundacji czy spoza niej, nie nakazuje ani nawet nie sugeruje, jaki to ma być produkt. (Hejterom, którzy jednak – lepiej późno niż wcale – chcieliby zapoznać się z regulaminem, służę linkiem.) Decyzja o refundacji podejmowana jest (w zgodzie ze statutem Fundacji) jednoosobowo przez prezesa. Przychodzi do niego pracownica z dokumentami. „– Jest prawidłowa faktura? – Jest. – Jest opinia lekarza? – Jest. – Są środki na koncie? – Są. – To wypłacamy.” Dokumenty są załatwiane na zasadzie FIFO (najpierw to, co wpłynęło najwcześniej). I to wszystko, cała tajemnica. Fundacji nie interesuje, czy krople były od Gudańca, czy od kogokolwiek innego.

3. Ktoś na FB napisał, że rozmawiał z Dorotą i dowiedział się, że udział Maxa Hempa to dwadzieścia kilka procent. Jak wspomniałem, nie wiem, na ile to wiarygodne dane. Zresztą, to się zmienia, wystarczy parę faktur i odsetki już są inne. Dwadzieścia parę procent nie wydaje mi się jakimś bardzo podejrzanym udziałem. A gdyby się okazało, że na produkty Max Hemp jednak przypada sporo większy odsetek wartości refundacji, co wtedy? Pozwolę sobie wyprzedzająco pospekulować: na nieregulowanym przez państwo rynku pojawiło się sporo olejów o wątpliwej (a czasem żadnej) jakości. Chorzy to wiedzą (niektórzy przekonali się na własnej skórze) i w decyzjach zakupowych często kierują się zaufaniem. A ufają osobie, którą znają – z telewizji, z magazynów, z akcji w terenie. Czy to jest podejrzane? Dla mnie nie.

4. Od pewnego czasu Dorota już nie jest w zarządzie Fundacji. Wycofała się właśnie ze względu na ten (pozorny a rozdmuchany) konflikt interesów. Znów napiszę tutaj coś wyprzedzająco. Na wypadek, gdyby hejterzy chcieli to skomentować w takim duchu, że jest w zarządzie czy nie, przecież nie przestała się kumplować z Ziębą. Zgoda, nie przestała. Ale przed użyciem takiego argumentu dobrze bym się zastanowił: jeżeli nie ma znaczenia, czy Dorota jest w zarządzie, czy nie jest (a, powtórzę: nie ma żadnego, bo ona nie miała nic wspólnego z decyzjami o refundacji), to w takim razie dlaczego przedtem to miało znaczenie? A to był główny zarzut. Więc ma czy nie ma?

Na marginesie: nie pamiętam już, czy w czasie, gdy powstawała Fundacja, Dorota już produkowała swoje oleje, wydaje mi się, że nie, ale pewności nie mam. Na pewno jednak plany założyciela fundacji były zupełnie inne, nie było mowy o rozdzielaniu pieniędzy na kurację olejkami CBD, to pojawiło się później, kiedy początkowe zamiary okazały się niemożliwe (na razie) do realizacji.

Kończę, poświęciłem temu tematowi zdecydowanie za dużo czasu. Ale wkurza mnie, że paru zblazowanych facetów (?), stroniących jak sądzę od rzeczy trudniejszych niż zrzędzenie zza monitora, może mieć wpływ na los chorych dzieciaków. Wpływ, mam nadzieję, tylko teoretyczny, ale mimo wszystko mnie wkurza.

Tajemnicza wizytówka wiceministra Łandy

Niedawno dwukrotnie przyszło mi wygłosić nieprzygotowane, całkowicie improwizowane spicze. Ponieważ oba zostały uwiecznione, chciałbym poświęcić im parę słów komentarza, a zainteresowanych zaprosić do wysłuchania.

Najpierw Dni Konopi w Kurozwękach. Dotarłem tam po bardzo krótkiej nocy i bardzo długiej podróży. Miałem być tylko widzem i słuchaczem oraz pozdrawiaczem znajomych, ale życie miało inne plany. Jakieś 10 minut po moim wejściu na teren imprezy do grupki, w której stałem, podszedł główny organizator i powiedział: ratujcie, prelegent nam nie dojechał, zapchajcie dziurę. Wtedy dostrzegł mnie i już wiedział, kim będzie chciał tę dziurę zapchać… Co z tego wyszło, można obejrzeć tutaj. Jeżeli ktoś nie wie (ale czy są takie osoby?), to informuję, że dyskutantem wypowiadającym się kilkakrotnie pod koniec jest prof. Jerzy Vetulani. (Uwaga techniczna: choć na sali wszystko było dobrze, na nagraniu przez pierwsze 5 i pół minuty jest dość cicho, potem się poprawia.)

Sytuacja druga: posiedzenie Parlamentarnego Zespołu ds. marihuany medycznej, które odbyło się parę dni temu (13 IX). Było ciekawie, słuchaliśmy różnych wystąpień, które momentami przeradzały się w żywą dyskusję, a tu nagle przewodniczący obradom Liroy oddaje głos mnie. Na początku myślałem, że doszło do nieporozumienia, że może jakoś energiczniej podrapałem się w głowę, a on zrozumiał, że sygnalizuję chęć wypowiedzenia się. Ale wkrótce się wyjaśniło: to Dorota „nominowała mnie” do wystąpienia. A skoro tak, to wystąpiłem. Całości obrad zespołu można wysłuchać na oficjalnej stronie Sejmu. (Istnieje też nagranie alternatywne, dokonane telefonem przez Dorotę, nieco niekompletne, bo pozbawione jej wystąpienia na początku.)

I na koniec: jeżeli kogoś zaintrygował zagadkowy tytuł tego wpisu, to… dla rozwiązania zagadki i zaspokojenia ciekawości przyjdzie mu obejrzeć transmisję z Sejmu. Moim zdaniem warto.

PS
Na YouTube są dostępne wszystkie wystąpienia z Kurozwęk, zarówno dotyczące zastosowań medycznych, jak i przemysłowych (a nawet kulinarnych). Zachęcam do obejrzenia.

SLD walczy o olej

Ni z gruchy, ni z pietruchy SLD przypomniał sobie, że są w Polsce setki tysięcy chorych, którym mogłaby pomóc marihuana. Przechodził obok baru mlecznego i sobie przypomniał. A może setki tysięcy to trochę mało, a setki tysięcy plus jeden to już jest coś? No, nieważne, panu Tomaszowi wszyscy życzymy dużo zdrowia.

Odnalazłem projekt ustawy wniesiony przez SLD (jest tu). Jest to tekst cokolwiek amatorski (zawiera np. potoczne terminy „olej konopny” i „RSO”).

Nie wiem, jakie ten projekt ma szanse. Z jednej strony jest o wiele mniej ambitny niż projekt złożony przez Kukuz15, a więc teoretycznie byłby łatwiejszy do przełknięcia dla narkofobów z Wiejskiej. Z drugiej strony, jeżeli do zamrażarki poszedł projekt wniesiony przez partię będącą w Sejmie, to jaką szansę na cokolwiek ma partia znajdująca się poza nim…? Nie mam pojęcia, te ich gry pałacowe to dla mnie czarna magia.

Pomyślałem sobie, że jest sposób na zwiększenie prawdopodobieństwa sukcesu. Niech SLD popycha swój projekt, ale jednocześnie niech poprze nasz, społeczny. Bo o ile olanie projektu partii pozaparlamentarnej jest, jak sądzę, dziecinnie proste (skoro bez problemu olano projekt partii w Sejmie zasiadającej), o tyle projektu obywatelskiego już olać się nie da. Więc może SLD, który przecież wciąż ma rozległe struktury organizacyjne, pomoże nam w zbieraniu głosów poparcia dla naszego projektu, co? Przecież p. Kalita dopiero co zadeklarował: „będziemy wspierać wszelkie możliwe rozwiązania prowadzące do zalegalizowania leczniczej marihuany w Polsce„. Nasz projekt na pewno jest „rozwiązaniem możliwym”.

Szanowni Państwo z SLD, biegusiem wysyłajcie mejle i SMS-y i niech rusza akcja, jest jeszcze dosyć czasu, a Wasze wsparcie w liczbie kilku (-nastu? -dziesięciu?) tysięcy głosów na pewno się przyda. Wszystkie szczegóły są tutaj.

Dowód naukowy

Facebookowa grupa „Uniwersytety dla nauki, pajace do cyrku” (dalej „Pajace”) zajmuje się zawziętym tropieniem wszystkiego, co choćby na pół centymetra odchyla się od oficjalnej medycyny. W polu rażenia nie mogła się nie znaleźć medyczna (a właściwie „medyczna”) marihuana. Dostało się nawet kannabidiolowi, choć on nie jest psychoaktywny i dla ćpunów się nie nadaje. Ale nie pochodzi od Big pharmy, więc jest w najwyższym stopniu podejrzany.

W dyskusji na ten temat Pajace wystrzeliły z grubej rury: podlinkowały opinię Amerykańskiego Towarzystwa Epileptologii (American Epilepsy Society). Opinię, mówiąc oględnie, bardzo ostrożną, zdecydowanie mało entuzjastyczną.

Od razu przyszły mi na myśl dwa inne, również szacowne, towarzystwa. Jedno polskie, drugie hiszpańskie. To pierwsze to Polskie Towarzystwo Endokrynologiczne, które na swojej stronie internetowej otwarcie pokazuje, kim są jego przyjaciele:

PTEZ jednej strony plus za szczerość, z drugiej jednak trochę głupio tak bez owijania w bawełnę…

Teraz towarzystwo hiszpańskie. O szczególe, o którym chcę tu wspomnieć, dowiedziałem się z pewnego programu hiszpańskiej telewizji. Oto, co mówi bardzo szanowany (także na forum międzynarodowym) hiszpański lekarz: towarzystwa naukowe są w bardzo dużym stopniu finansowane przez przemysł farmaceutyczny. Według jednego z szefów Sociedad Española de Medicina Familiar y Comunitaria (Hiszpańskiego Towarzystwa Medycyny Rodzinnej), uważanego za jedno z najbardziej niezależnych towarzystw tego typu w Hiszpanii, „pozostałe towarzystwa są bardzo zależne od przemysłu farmaceutycznego, u nas od tego przemysłu pochodzi jedynie (!) 70-80% budżetu, reszta to składki członkowskie”. (Gdyby ktoś chciał posłuchać oryginału, to omawiany fragment jest tu: https://youtu.be/TJoULVdTyzM?t=12m53s).

Nie wiem, jak jest w Stanach, ale pamiętajmy, że to kraj, w którym kasa rządzi nieporównanie bardziej niż gdziekolwiek indziej. I kraj, z którego pochodzi większość dużych firm farmaceutycznych.

Szanowne Pajace, czy opinię Amerykańskiego Towarzystwa Epileptologii naprawdę uważacie za merytoryczny argument w jakiejkolwiek dyskusji? REALLY?!

„Przecież jest import docelowy…”

Wciąż liczni w Polsce przeciwnicy medycznej marihuany często używają takiego argumentu: „Przecież jest import docelowy, lekarze mogą przepisać marihuanę – a od niedawna jest nawet szansa na refundację„. (Dla niezorientowanych: o tym, co to jest import docelowy, pisałem już na tym blogu kilka razy, np. tu czy tu).

Instytucja importu docelowego nie jest rozwiązaniem żadnego problemu. Nie jest nawet próbą rozwiązania żadnego problemu. Jest makijażem, sposobem na zamaskowanie faktu, że medyczna marihuana, która mogłaby skutecznie pomóc setkom tysięcy chorych Polaków, nie jest przedmiotem jakiegokolwiek zainteresowania władz. Nawet najmniejszego. „Jest import docelowy? – więc sprawa załatwiona„.

Parę miesięcy temu mieliśmy okazję w bardzo smutny sposób przekonać się, jak ta załatwiona sprawa działa w praktyce. Dziewczynka, do której marihuana nie dotarła na czas, zmarła w trakcie napadu padaczkowego. O śmierci swojej córeczki opowiedziała jej matka w czasie majowej konferencji we Wrocławiu. Relację tę można przeczytać albo ją obejrzeć.

Taka historia nie mogła nie zostać zauważona przez media, pojawiło się kilka tekstów o niej: 1) http://www.pudelek.pl/artykul/95604/matka_4latki_ktora_zmarla_czekajac_na_medyczna_marihuane_zostalismy_oszukani_moje_dziecko_zabili_politycy/; 2) http://www.pudelek.tv/video/Liroy-o-leczeniu-medyczna-marihuana-Jedno-wielkie-oszustwo-Tragedia-jedna-dziewczynka-nie-doczekala-sie-refundacji-12941/; 3) http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,152121,20289645,4-letnia-ola-nie-doczekala-medycznej-marihuany-procedura-stworzona.html

Bardzo wzruszające są dwa wpisy na blogach: Doroty Gudaniec i samej Pauliny, mamy zmarłej dziewczynki.

Refundacja jako argument na cokolwiek byłaby argumentem śmiesznym, mam nadzieję, że nikt poważny go używa. Bo proszę popatrzeć, jak nielicznej grupie pacjentów udało się uzyskać decyzję o refundacji. Aha, przy lekturze proszę pamiętać, że samych dzieciaków z lekooporną padaczką jest w Polsce kilkanaście tysięcy.

Dlaczego tak jest? Na pewno wiedza chorych i ich rodzin jest wciąż mizerna, stąd nie domagają się od lekarzy leku, który z dużym prawdopodobieństwem mógłby pomóc. A nawet gdyby się domagali, to wiedza samych lekarzy jest często jeszcze bardziej mizerna. A nawet jeśli jakiś lekarz cokolwiek wie i byłby skłonny spróbować tej terapii, to żeby go skłonić do zastanowienia się, czy naprawdę tego chce, władza nałożyła na niego dodatkowe obowiązki sprawozdawcze. Mogą one powodować obawy o późniejsze konsekwencje w rodzaju jakichś dodatkowych kontroli czy wezwania do złożenia wyjaśnień w Naczelnej Izbie Lekarskiej. (Trudno mi powiedzieć, jak słuszne są te obawy, ale wiem o nich od lekarza, który bardzo konkretnie interesuje się medyczną marihuaną. Coś w tym może być.)

O tym, że historia Oli nie jest przypadkiem jednostkowym, że system naprawdę jest niewydolny, może świadczyć poniższy tekst Małgorzaty Kusy, mamy chorego dziecka, zamieszczony w dyskusji prowadzonej na Facebooku:

Procedury , procedury …. No właśnie przez nie przebrnęłam żeby w nich na nowo utknąć . W dniu dzisiejszym odebrałam z apteki Bediol i Bedrokan dla mojego synka . Nasza droga przez mękę , aby załatwić import docelowy (po ponad rocznym szukaniu lekarza który zgodził się wypisać taki wniosek ) trwała od 25 kwietnia do dzisiaj . Gdzie tu sens i logika ?!

Nie wiem !!!

Dzisiaj na wizycie u neurologa dowiedziałam się, że nie mamy na ten moment konsultanta wojewódzkiego do spraw neurologii dziecięcej bo poprzedni zrezygnował z funkcji , a kolejnego nie powołano . Kuźwa co za kraj , co za ludzie ?!

Ministerstwo Zdrowia rząda od nas abyśmy przedstawili efekty ew. skutki uboczne jakie wystąpiły podczas leczenia konopiami indyjskimi jako warunek do kontynuacji importu docelowego .

W jaki sposób mamy to zrobić skoro wniosek jest wystawiony na 3 miesiące leczenia , kolejnego nie dostaliśmy a nawet gdybyśmy dostali to i tak nie ma kto go podbić bo województwo lubelskie nie ma konsultanta do spraw neurologii dziecięcej. Błędne koło.

PS
Dobrzy ludzie podesłali mi tego linka jako uzupełnienie mojego tekstu.
.

Zbiórka trwa

Ponieważ poselski projekt zmiany prawa dotyczącego medycznej marihuany utknął w Sejmie, obywatele postanowili wziąć sprawę w swoje ręce. Z projektem obywatelskim Sejm nie może zrobić tego, co z poselskim: musi się nim zająć. Żeby zaistniał projekt obywatelski, jest potrzebne poparcie minimum 100 tysięcy obywateli. Poparcie wyrażone przy pomocy długopisu, bo internetowe niestety się nie liczy. Ruszyła akcja zbierania podpisów, jej motorem jest (któż by inny?) Dorota Gudaniec.

Ja, mówiąc szczerze, z różnych powodów nie mam wielkich nadziei na to, że Sejm ten projekt przyklepie i zmieni prawo. Ale zdecydowanie uważam, że przynajmniej powinniśmy spróbować. Dostarczając te 100 tysięcy podpisów zmusimy posłów albo do zaakceptowania MM w Polsce (w formie bardzo okrojonej – o czym pisałem już wcześniej – ale jednak), albo do otwartego powiedzenia chorym, jak głęboko władza ma ich problemy. Nie składając projektu obywatelskiego poddajemy się bez walki.

Dokładne informacje o akcji i formularz na podpisy (oraz treść projektu ustawy, gdyby ktoś nie znał, a chciał poznać) są na stronie prowadzonej przez Dorotę Fundacji „Krok po kroku”.

Sto tysięcy to sporo, ale uważam, że to cel zupełnie realny do osiągnięcia. Ale nawet gdyby się nie udało ich zebrać, to i tak warto próbować. Bo popatrzcie: pewien ruch społeczny działający w internecie przesłał mi mejla, a w nim było takie zdanie:

Niemal 11 tys. z nas przekonało Prezydenta Dudę, żeby podpisał nowelizację ustawy o ochronie środowiska, która pozwoliła na lepsza ochronę powietrza.

Przekonało prezydenta jedenaście tysięcy? I to w dodatku zgłoszeń internetowych, nie podpisów fizycznych? Nie wiem, ile jest prawdy w tym, że to właśnie one go przekonały, ale wykluczyć się nie da. To jeżeli my przyniesiemy 90 tysięcy? Myślę, że tym razem tak łatwo nie będą mogli nas olać. To znaczy: będą mogli, ale z ich politycznych kalkulacji (dla nich oczywiście ważniejszych niż los chorych) wyjdzie, że się nie opłaca. Tych 90 tysięcy na pewno wsparłoby jakiekolwiek działania społeczne i polityczne, które na rzecz MM będziemy prowadzić w przyszłości. A jeżeli doda się do nich zeszłoroczne sondaże, dające 68 i 78% poparcia dla MM…? (Dla przypomnienia: tu  i tu.) Nie ma co więcej gadać, czas jest do końca sierpnia.

W różnych Facebookowych grupach poświęconych MM jest kilka tysięcy osób. Jeżeli choćby tysiąc z nich zdecyduje się ruszyć 4 litery, pogada z rodziną i znajomymi i zapełni choćby 1 kartkę (15 podpisów), to zdobędziemy w ten sposób dodatkowych 15 tysięcy. Wiecie, jaka sytuacja byłaby najgłupsza z możliwych? – taka, w której zabrakłoby nam pięciuset podpisów. Jak czuliby się wtedy ci, co teraz uważają, że ich 15 nie ma żadnego wpływu? No to do roboty, każdy podpis się liczy!

PS
O zbiórce podpisów (i całym ruchu na rzecz medycznej marihuany) można przeczytać też we wstępniaku do najnowszego numeru Spliffa.

Czy marihuana leczy?

Dość często w różnych dyskusjach spotykam się z opinią, że marihuana niczego nie leczy, bo nie likwiduje przyczyn chorób, a jedynie łagodzi ich objawy. Temu tematowi poświęciłem cały rozdział w książce pod tytułem… „Marihuana leczy”. No właśnie, bywa, że za ten tytuł też jestem atakowany.

OK, jestem skłonny przyznać krytykom rację: jeżeli definicją leczenia jest usunięcie przyczyn, to tak, marihuana zwykle nie leczy. (Oczywiście, patrząc od strony marketingowej, książka pt. „Marihuana łagodzi objawy chorób” miałaby na pewno trudniej na rynku…)

Właśnie przeczytałem wydaną przez firmę farmaceutyczną ulotkę dotyczącą padaczki. Oto pierwsze 3 zdania:

Padaczka jest przewlekłą chorobą neurologiczną. Choroba przewlekła to choroba, która utrzymuje się przez całe życie cierpiącej na nią osoby. Jednak skutecznie leczona padaczka może być bezobjawowa.

Zaraz, zaraz… choroba utrzymuje się przez całe życie, a jednocześnie jest „skutecznie leczona”? To jak: jednak można skutecznie leczyć, nie sięgając do przyczyn? Cóż, widocznie można, firma farmaceutyczna przecież takie rzeczy wie. Dwa możliwe wyjaśnienia tej ewidentnej sprzeczności: – albo pojęcie leczenia może mieć inną definicję niż ta, którą podałem wyżej i do której odnoszą się moi krytycy; – albo też marihuana jest objęta zupełnie inną logiką (uzasadnienie: bo tak).

No więc jak jest: czy marihuana leczy?

Po Wrocławiu, przed Wrocławiem

Już gdzieś zapowiedziała Dorota, że w lutym odbędzie się kolejna cannabisowa konferencja we Wrocławiu. Na razie znana jest data (3-4 lutego 2017) i miejsce (jak poprzednio, Uniwersytet Przyrodniczy). Prace nad programem już się zaczęły i wstępnie zapowiada się bardzo ciekawie i profesjonalnie. Na razie tylko tyle, żeby uniknąć takich falstartów (zwłaszcza personalnych) jak poprzednio.

Ten wpis zamieszczam dlatego, że w Sieci są nagrania z konferencji majowej, o czym tutaj jeszcze nie poinformowałem.

Gdyby ktoś chciał obejrzeć jedynie moje wystąpienie o układzie endokannabinoidowym, to jest ono tutaj, ale uważam, że warto zapoznać się z całym dostępnym materiałem (choć widzę, że nie jest to całość konferencji, ale spora część na pewno). Filmy z konferencji (4 pliki) zostały umieszczone na YouTube.

Och, Karol

Krótka informacja: zakończyły się boje Karola z polskim wymiarem, nazwijmy go umownie, sprawiedliwości. Jak pisałem wcześniej tutaj i tutaj, chory na Leśniowskiego-Crohna Karol został skazany za uprawianie sobie leku i zdecydował się na apelację. Parę dni temu powiedział mi, że sprawa jest już zakończona, bo sąd apelacyjny szybko się uwinął i wydał wyrok: kara została obniżona do 1 roku w zawieszeniu na 1 rok.

Nie wiem, czy gratulować, czy współczuć, więc może tak: Karol, dużo zdrowia!

To je napad

A właściwie „nápad”, bo to po czesku. Nápad, czyli pomysł. Przyszedł mi do głowy jakiś czas temu, ale uznałem go za zbyt absurdalny jak na nasze warunki i odłożyłem na półkę z napisem „Nierealne”. Ale potem uświadomiłem sobie, że nie jest dobrym pomysłem odrzucanie idei z góry, pod wpływem pierwszego wrażenia (właśnie tak działa burza mózgów – ocenę pomysłów zostawia się na później). Więc sięgnąłem znów po mój nápad i niniejszym poddaję go pod publiczny osąd.

Wielu pacjentów jest zmuszonych kupować lek (susz, olej) w ciemno, mniej lub bardziej (lub wcale) ufając dostawcy. (To znaczy: nikt ich nie zmusza, ale…) Będzie tak dopóty, dopóki nie zostanie wprowadzona legalność medycznej marihuany (mówię o prawdziwej legalności, a nie o kulawej protezie w postaci importu docelowego). Dopiero ona pozwoliłaby na rzeczywistą kontrolę jakości leków. A na razie… Na razie je nápad.

Wymyśliłem sobie, że mogłoby powstać laboratorium, do którego ludzie wysyłaliby próbki swoich leków (albo marychy przyjemnościowej — w końcu fizycznie się nie różnią, a nielegalna jest ta i ta). Laboratorium, wyposażone w dobry chromatograf i w niezbędne wzorce, oznaczałoby poziom podstawowych kannabinoidów (THC, CBD, THCa, CBDa), a także sprawdzałoby, czy w przesłanej próbce nie ma zanieczyszczeń biologicznych i chemicznych. Laboratorium działałoby na normalnych zasadach biznesowych, pobierając za swoje usługi opłaty zapewniające rentowność przedsięwzięcia.

Z punktu widzenia klientów fundamentalne byłoby zapewnienie im anonimowości. Myślę, że jest to do zrobienia. Klient pobierałby ze strony internetowej laboratorium unikalny numer, który umieszczałby w paczuszce z próbką oraz w tytule płatności na rzecz laboratorium. Paczkę można nadać anonimowo na poczcie (być może paczkomaty też są dyskretne, nie pamiętam). Płatności można dokonać na poczcie (przy robieniu przelewów, podobnie jak przy nadawaniu paczek, nie jest wymagane okazanie dowodu osobistego). Wynik analizy byłby publikowany w internecie, oczywiście z wykorzystaniem wspomnianego unikalnego numeru. Wyniki byłyby widoczne dla wszystkich, ale oczywiście to nikomu nie przeszkadza, bo o tym, do kogo należała próbka o danym numerze, wie tylko jej nadawca. Co więcej, publiczny dostęp do wyników mógłby być pożytecznym narzędziem (gdyby okazało się, że 90% przesłanych próbek nie spełnia żadnych norm przyzwoitości; albo gdyby 90% je spełniało…)

Czy działalność takiego laboratorium byłaby legalna? Mojemu nieprawniczemu umysłowi wydaje się, że być może tak. Laboratorium dostaje do analizy jakąś przesyłkę od anonimowego nadawcy i dopóki nie przeprowadzi testów, nie wie, czy w próbce są zakazane substancje. Po analizie już wie, że są, więc zawiadamia organy, które jednak rozkładają ręce, bo nie ma szans stwierdzić, kto to wysłał. Niewykrycie sprawcy, umorzenie. (Zresztą, czy tu w ogóle jest przestępstwo? W Polsce nielegalne jest posiadanie, a tu nikt nie posiada.) Możliwy słaby punkt (znak zapytania, aluzyjnie skierowany do prawników): czy laboratorium mogłoby publikować wyniki w Sieci, czy nie byłoby to jakieś współsprawstwo czy inne pomocnictwo?

Czy władza poszłaby na taki pomysł, czy byłaby skłonna go tolerować? To, myślę, zależy od tego, o co jej chodzi w rządzeniu. Jeśli o nasze dobro, to powinna pójść. Wiadomo, że marihuana jest w Polsce używana terapeutycznie przez tysiące osób. Nie patrzą na to, co mówi Ustawa o przeciwdziałaniu narkomanii, nie patrzą na niepewność dotyczącą zdobytego pokątnie leku. Skoro i tak to robią, to dlaczego przeszkadzać im w sprawdzaniu jakości tego, co będą zażywać? (To samo zresztą z użytkownikami przyjemnościowymi: skoro i tak palą, to lepiej by było, żeby dilerzy mieli świadomość, że towar w każdej chwili można sprawdzić.)

No, chyba że władzy nie chodzi o nasze dobro, lecz o to, żeby twardo trzymać nas za mordę, żeby pokazać, kto tu rządzi. Wtedy na poparcie argumentu „nie, bo nie” na pewno jakiś paragraf się znajdzie.

Czekam na komentarze, zwłaszcza prawników i biznesmenów (informuję, że nápad udostępniam gratisowo).

PS

Po opublikowaniu tego tekstu otrzymałem ciekawy komentarz – na tyle ciekawy, że uznałem, że warto go tu umieścić:

[laboratorium mogłoby być związane z gabinetem lekarskim] wykorzystując zasadę tajemnicy lekarskiej jaka obowiązuje w stosunkach lekarz-pacjent. Badanie próbki prawdopodobnie mogłoby być traktowane jako element badania lekarskiego.

PS2

Robi się coraz ciekawiej: znajomy prawnik, znający się na tych rzeczach, twierdzi, że przedsięwzięcie byłoby legalne i da się to „ogarnąć” od strony prawnej. Deklaruje nawet bezpłatną pomoc w załatwieniu formalności, gdyby ktoś się zdecydował. Wygląda więc, że być może nápad wcale nie był tak nierealny, jak mi się wydawało. Czy są chętni właściciele laboratoriów już istniejących lub dopiero planowanych?