Pocztówka z Oławy

Już po seminarium. Wrażeń była cała masa, przynajmniej część z nich spróbuję zawrzeć w tym wpisie.

. . . . . . . . . .

Czasu miałem tak mało, że samej Oławy zobaczyłem niewiele. Tyle tylko, że z sympatycznego Hotelu Marta na Plac Zamkowy 15 dotrę już bez pytania o drogę…

Na Placu Zamkowym mieści się oławski ratusz. Tam właśnie, w Sali Rycerskiej, odbyło się seminarium. Ja na takie rzeczy wrażliwy nie jestem, dla mnie impreza mogłaby się odbyć w stodole, byle mądrze mówili, ale… co cesarskie cesarzowi (a właściwie: co rycerskie rycerzowi): sala naprawdę piękna. Zresztą, oceńcie sami:sala1 sala2

. . . . . . . . . .

Pierwsze dwa wystąpienia odbyły się zgodnie z programem, potem przyszedł Hubert i doszedł nieplanowany (ale przecież bardzo mile widziany) prelegent; doktor Bachański miał jakieś problemy z dotarciem, co też spowodowało konieczność wprowadzenia zmian i w konsekwencji wszystko się lekko poprzestawiało – ale nie widziałem, żeby uczestnikom to przeszkadzało, w końcu dostali więcej, niż im obiecywano :-)

Kilka słów o wystąpieniach (w kolejności chronologicznej):

– ja: dobrze, że poszedłem na pierwszy ogień, kiedy słuchacze byli jeszcze wypoczęci; moja prezentacja przedstawiona pod koniec seminarium mogłaby być dla odbiorców nieco mdła (ale chciałbym wierzyć, że jedynie przez swój teoretyczny, nawet akademicki charakter, a nie przez nieudolność prelegenta). Mam nadzieję, że drobne problemy z dźwiękiem na samym początku nie były zbyt dużą przeszkodą w dotarciu do słuchaczy w głębi sali. Pod sam koniec musiałem zrobić przyspieszony finisz, bo się wcześniej zbytnio rozgadałem, ale oceniam, że całość zbytnio przez to nie ucierpiała.

prelegent1
– Božidar Radišič: świetna informacja o wynikach leczenia marihuanowym ekstraktem grupy 150 pacjentów onkologicznych. Na początku Bożydar powiedział, że w Słowenii marihuana jest zakazana, tak jak u nas. Gdy go potem zapytałem, jak to zatem możliwe, że zrobiono tam takie badanie, odpowiedział: because nobody cares. Taki zakaz to ja chętnie bym zaakceptował i u nas…  [ na zdjęciu: Bożydar bez kitki; z kitką tłumacz ]

prelegent2– Hubert Bartol i Adam Wierzba: pierwszy leczy chorego na raka syna, drugi sam siebie. Oba wystąpienia z bardzo dużym ładunkiem optymizmu, ładujące pozytywną energią, spokojnie mogłyby być pokazywane na sesjach terapeutycznych dla ludzi z obniżoną motywacją (na przykład ze stwierdzonym przez oficjalną medycynę syndromem amotywacyjnym spowodowanym przez używanie marihuany :-) ). Obaj mówcy bardzo ciepło przyjęci przez salę.
prelegent3

prelegent4– Jerzy Zięba: pewniak, który nie zawiódł; temat wystąpienia: stosowanie (bądź zakaz stosowania) medycznej marihuany w szerszym kontekście leczenia alternatywnego, nieakceptowanego (a przynajmniej niepopieranego) przez medycynę akademicką. Już wcześniej zachęcałem, ale powtórzę: dla osób zainteresowanych alternatywnym podejściem do leczenia (i do profilaktyki zdrowotnej!) Jerzy Zięba to pozycja obowiązkowa.
prelegent5
– Dorota Gudaniec i Marek Bachański: Dorota, spiritus movens tego seminarium, zrobiła krótki wstęp do wystąpienia lekarza leczącego jej synka (krótki ze względu na opóźnienie w programie i ze względu na wzruszenie, które momentami nie pozwalało jej mówić). Dr Bachański przedstawił informację o tym, jak na świecie wygląda leczenie epileptycznych dzieci marihuaną, a potem opowiedział o kilku przypadkach z własnej praktyki. Jest to pierwszy znany mi lekarz, który używa u nas tego leku (lekarz w ogóle, nie tylko lekarz dziecięcy). Będziemy wszyscy śledzić, czy ta jaskółka przyniesie nam wiosnę…
prelegent6a

prelegent6

– Jędrzej Sadowski: przyznam się, że tego ostatniego wystąpienia nie zobaczyłem na żywo. Zaczęło się już po 18:00 (czyli po przewidzianej programem godzinie zakończenia seminarium), a moja droga do domu nie skróciła się w międzyczasie ani o metr. Ale obejrzałem je dzięki materiałom Spliff.tv (o których niżej). Jędrzej miał trudną sytuację i to z kilku powodów: kończył seminarium, pewnie sala była już przerzedzona, a ci, którzy zostali, byli już lekko zmęczeni; na dodatek miał temat niezbyt łatwy w odbiorze, choć ważny – ważny w ogóle i ważny w kontekście medycznej marihuany: postanowienia prawa dotyczące obrotu lekami i substancjami leczniczymi. Ja tego wystąpienia wysłuchałem (już wypoczęty) z dużym zainteresowaniem, nie tylko jego głównego wątku, ale też dywagacji na temat stosowania prawa. No i dwie perełki: 1. pokazane na slajdzie hasło Im gorsze społeczeństwo, tym więcej prawa. W piekle będzie już tylko prawo :-) 2. zupełnie nowa dla mnie informacja o planowanej nowelizacji Ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii – czyżby narkofoby z Wiejskiej miały uchwalić możliwość korzystania w Polsce z medycznej marihuany? Już w czerwcu 2015? Too good to be true…

prelegent7

. . . . . . . . . .

Całe seminarium zostało jeszcze w sobotę (raptem parę godzin po zakończeniu) umieszczone w Sieci przez nagrywających je chłopaków ze Spliff.tv. Kurczę, żeby nasza władza była taka operatywna, to żylibyśmy w raju… Wielkie dzięki – myślę, że od wszystkich uczestników seminarium oraz od tych, którzy być na nim nie mogli.

Film zamieszczony na YouTube to jeden wielki kawałek, 9 i pół godziny nagrania. Jeżeli ktoś nie ma tyle czasu, żeby obejrzeć całość (a kto dziś ma?) albo chce sobie ten materiał dawkować w wybranej przez siebie kolejności, to podaję rozpiskę:
– powitanie: Dorota Gudaniec i Tomasz Frischmann (burmistrz Oławy, który objął sympozjum swoim patronatem; czy to kolejny – po casusach Biedroń i Klinowski – powód do przypuszczeń, że idzie w naszym kraju Nowe? Chciałbym w to wierzyć, ale na razie się nie entuzjazmuję, żeby się boleśnie nie rozczarować.)
– Bogdan Jot: od 7:00
– Božidar Radišič: od 1:20:30
– Hubert Bartol: od 2:33:00
– Jerzy Zięba: od 4:16:00
– Adam Wierzba: od 6:33:40
– Dorota Gudaniec i Marek Bachański: od 7:18:30
– Jędrzej Sadowski: od 8:21:15.

. . . . . . . . . .

Każdy z prelegentów dostał w prezencie od organizatorów wspaniałą pamiątkę: obrazek namalowany przez podopiecznych Fundacji Krok Po Kroku. Mój jest taki:

obrazek
Namalowała to Danusia Baciuk. Ja w życiu bym czegoś takiego nie zrobił, żebym nie wiem jak się starał. Patrząc na ten obrazek, zastanawiam się nad definicją niepełnosprawności: chyba posługujemy się tą nie do końca poprawną… Dorota: doskonały pomysł, naprawdę.

. . . . . . . . . .

„Fajnie było, ale się skończyło”. Wiem, że w planach jest już drugie seminarium (jak mi powiedziano, wstępny termin jest za około 3 miesiące). Trochę żałuję, że nie było w Oławie gości, którzy początkowo mieli tam być, na pewno spotkanie z nimi byłoby ciekawe i pouczające. Ale z drugiej strony ci, którzy tam ostatecznie byli, dostarczyli nam wszystkim takiej porcji wiedzy, że nie mam żadnych wątpliwości: nikt z Sali Rycerskiej nie wyszedł rozczarowany. Oława długo zostanie w mojej pamięci, choć już za parę dni 4 dni konferecji w Pradze. Już mam reisefieber :-)

Walizka spakowana

Seminarium w Oławie w najbliższą sobotę. Jest pewne zamieszanie w kwestii programu, „ci odlatują, ci zostają”, ale moje wystąpienie aktualne, będę miał całą godzinę, więc streszczać się nie zamierzam :-) (Cały program – już chyba ostateczny – jest tu.) Wystąpienia na seminarium mają być nagrywane i umieszczone w Sieci. Nie znam jeszcze szczegółów – gdy się czegoś dowiem, oczywiście dam znać.

Wśród uczestników (i prelegentów) widzę p. Jerzego Ziębę – jeżeli ktoś nie zna tego nazwiska, a interesuje się alternatywnym (nieakademickim) spojrzeniem na kwestię ludzkiego zdrowia, to niech sobie koniecznie poszuka wykładów p. Jerzego na YouTube albo (a raczej: i) w Niezależnej Telewizji.

Po Oławie chwila odpoczynku, a we wtorek 11 godzin podróży do Pragi. Ale na pewno będzie warto się pomęczyć, bo program tej konferencji zapowiada się rewelacyjne: 4 dni po prostu napakowane wiedzą. Na pewno napiszę tu, jak było.

A jakby po powrocie z Pragi (następne 11 godzin) mało mi było podróżowania, to za chwilę czeka mnie kolejna wyprawa, ale krajowa, krótsza: w Warszawie 9 marca odbędzie się organizowana przez Polską Sieć Polityki Narkotykowej debata „Medyczne zastosowanie kannabinoidów w Polsce i na świecie”. Nie, nie będę tam występował, wybieram się w charakterze słuchacza i może dawcy głosu w dyskusji. Fajnie będzie poznać np. parę osób z PSPN, organizacji bez dwóch zdań bardzo zasłużonej dla procesu unormalniania tej sfery życia w Polsce. (Do Josha Stanleya pewnie się nie dopcham, w końcu to teraz celebryta na skalę światową :-) )

Bardzo, bardzo dawne początki

W jednym z dawniejszych wpisów wspomniałem, co to jest układ endokannabinoidowy. Naukowcy badający historię ewolucji życia na Ziemi szacują, że układ ten zaczął się rozwijać w organizmach żywych już około 600 milionów lat temu. Fakt, że przetrwał on do dzisiaj u tak wielu gatunków, może świadczyć albo o tym, że albo jest wyjątkowo udanym dziełem ewolucji, albo że nie jest już do niczego potrzebny, ale też i nie przeszkadza, więc niech sobie, jak jakaś ślepa kiszka, zostanie. Oczywiście, o tym, że mamy do czynienia z pierwszą z tych możliwości świadczy lecznicze działanie marihuany: to właśnie w ten sposób możemy się przekonać o tym, że mamy układ endokannabinoidowy i że on rzeczywiście funkcjonuje.

Czy 600 milionów lat to dużo? Każdy z nas odpowie: oczywiście, że dużo. Ale… jak dużo? Jak wyglądało życie na Ziemi przed kilkuset milionami lat? Posłużę się cytatem: „Ludzie i muszki owocowe są […] od siebie odlegli ewolucyjnie. My jesteśmy kręgowcami, one nie, nasz ostatni wspólny przodek – prawdopodobnie coś znanego jako urbilaterian – wymarł około 500 milionów lat temu„. [Mark Henderson, 50 teorii genetyki, które powinieneś znać, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2010] Istnienie urbilateriana jest naukową hipotezą, ale nie o niego tu chodzi, lecz o to, co widzimy w świetle powyższego cytatu: to mianowicie, że układ endokannabinoidowy powstawał w ziemskich organizmach w czasach, gdy jeszcze nie rozeszły się drogi rozwoju człowieka i muszki owocowej! To musiało być bardzo dawno temu…

. . . . . . . . . . . .

28 lutego (sobota) w Oławie odbędzie się sympozjum na temat medycznej marihuany. Zostałem zaszczycony przez jego organizatorów zaproszeniem do wystąpienia przed uczestnikami. Przygotowuję krótką prezentację pod tytułem O układzie endokannabinoidowym, czyli dlaczego marihuana leczy. Już się cieszę na wyjazd do Oławy. Nie tylko ze względu na to wystąpienie, również dlatego, że będę mógł poznać fajnych ludzi „z branży”. Wszystkie spotkania na pewno będą interesujące i inspirujące, ale szczególnie oczekuję kontaktu z dr. Bachańskim – jest w Polsce nieco lekarzy, którzy są przekonani do skuteczności terapeutycznych zastosowań marihuany, ale on jest pierwszym (o którym wiem) faktycznie ją stosującym u swoich pacjentów (konkretnie: u dzieci chorych na padaczkę). O tym spotkaniu, i zapewne o wielu innych, na pewno na tym blogu napiszę. Uwaga: jeżeli ktoś jest zainteresowany udziałem w seminarium, to radzę się pospieszyć, bo liczba miejsc jest ograniczona.

Konkurs bez nagród

W mojej korespondencji z jedną z Czytelniczek wypłynął temat polskich badań klinicznych z wykorzystaniem marihuany. Pomijając kwestię prawie zupełnego braku u nas lekarzy o odpowiedniej wiedzy i zainteresowaniach, które by im pozwoliły zaprojektować i przeprowadzić takie badania, a także kwestię źródeł ich finansowania, na przeszkodzie stoi Ustawa o przeciwdziałaniu narkomanii, ułomna jak – obawiam się – większość polskiego prawa.

Artykuł 33.1 Uopn mówi: „Środki odurzające grup I-N i II-N […] mogą być używane wyłącznie w celach medycznych, przemysłowych lub prowadzenia badań”. Wśród wielu innych substancji do grupy I-N należą między innymi „KONOPI ZIELE innych niż włókniste oraz wyciągi, nalewki farmaceutyczne, a także wszystkie inne wyciągi z konopi innych niż włókniste” oraz „ŻYWICA KONOPI”. Ale marihuanowy susz i zrobione z niego wyciągi są zaliczone także do grupy IV-N, a tu na użytek medyczny i badawczy Ustawa już nie zezwala.

W odpowiedzi na interpelację poselską sprzeczność tę bardzo humorystycznie wyjaśnił w 2012 ówczesny wiceminister zdrowia Marek Haber (całość do przeczytania w Internecie): „Należy wskazać, iż powyższy tekst nie zawiera sprzeczności. Umieszczenie konopi ziela innych niż włókniste w grupie I-N i IV-N nie oznacza, że wpisanie tego środka do grupy IV-N powoduje niemożność stosowania tego środka w grupie I-N. Umieszczenie środka odurzającego w obu grupach wskazuje, że podlega rygorom grupy I-N, jak również rygorom grupy IV-N„. Kilka razy przeczytałem ten fragment, starając się w niego wgryźć i dobrze zrozumieć. I, jako że czasami param się tłumaczeniami [polsko-hiszpańskimi; jakby co, to do usług], podjąłem próbę przetłumaczenia tego tekstu z urzędniczego na polski. Oto wynik: umieszczenie marihuany w obu grupach nie oznacza, że tekst Ustawy zawiera sprzeczność, bo choć marihuana nie może być używana do celów medycznych i badawczych, wcale nie znaczy to, żeby do takich celów używana być nie mogła. Bierze się to stąd, że stosuje się do niej jednocześnie przepis zezwalający na taki użytek, jak i użytku takiego zabraniający. Proste, nie?

Jeszcze inny fragment z wypowiedzi wiceministra: „Załącznik nr 1 do ustawy z dnia 29 lipca 2005 r. o przeciwdziałaniu narkomanii jest odwzorowaniem przepisów Jednolitej konwencji o środkach odurzających z 1961 r. sporządzonej w Nowym Jorku dnia 30 marca 1961 r. (Dz. U. z 1966 r. Nr 45, poz. 277 oraz z 1996 r. Nr 35, poz. 149), podpisanej również przez Polskę„. Tutaj tłumaczenie jest prostsze: podpisaliśmy bubla wyprodukowanego przez Harry’ego Anslingera i nie ma już o czym dyskutować, bo nic się nie da zrobić. Fakt, nawet Holendrzy się jeszcze nie odważyli. (Odważył się prezydent Mujica w Urugwaju, już międzynarodowe organizacje wywierają na ten kraj presję – zobaczymy, co z tego wyniknie.)

Teraz konkurs: temat tego wpisu nie jest nowy, nie ja pierwszy zwróciłem uwagę na wspomnianą tu sprzeczność w Ustawie. Może ktoś zna inne, lepsze niż moja, wersje tłumaczenia wyjaśnień wiceministra na język ludzki. Jeżeli tak, to bardzo proszę o podzielenie się ze mną i ze wszystkimi osobami czytającymi tego bloga. Nagrody, jak wspomniałem, nie przewidziałem, ale mam nadzieję, że nasza wdzięczność będzie dla zwycięzcy wystarczająca.

Medical Mary Jane w Focusie

Widzę, że trochę zarosło tu pajęczyną. Faktycznie, przez jakiś czas nie zaglądałem na te strony, zajęty m. in. moim drugim blogiem o marihuanie oraz tym, co jest tematem niniejszego wpisu.

Od kilku dni mamy leczniczą marihuanę w liczącym się mainstreamowym czasopiśmie – i to w dodatku na okładce! To miłe uczucie: przechodzić obok kiosków, z których na przechodniów patrzy mała Charlotte, a całą szerokość okładki zajmuje napis MARIHUANA LECZY – właśnie tak, bez znaku zapytania, bez cudzysłowu wokół drugiego słowa, bez żadnych innych dodatków zmieniających czy osłabiających sens tej frazy. Przypominam sobie moją niedawną rozmowę z Jakubem Gajewskim, który uważa, że w różnych działaniach popularyzatorskich (włączył w to także tytuły moich książek) być może zamiast marihuany lepsze byłyby konopie, bo dzięki temu łatwiej docieralibyśmy do ludzi, którzy na słowo „marihuana” reagują alergicznie, a na „konopie” już nie. Zapewne jest w tym wiele racji, ja jednak myślę, że popularyzacja i edukacja powinna zawierać również odmitologizowywanie marihuany, bo w przeciwnym razie będziemy wychowywać ludzi mówiących: konopie może i leczą, ale ta marihuana to dopiero świństwo.

W artykule jestem wymieniony jako jedyny autor, który jedynie skorzystał ze współpracy Jana Stradowskiego. Prawda jednak jest taka, że o ile istotnie ja byłem dostawcą większości zawartych tam treści, to wpływ p. dr. Stradowskiego na ostateczny kształt artykułu wcale nie jest taki drugorzędny, bo to on przy pomocy nożyczek i kleju dostosował mój tekst do formy przyjętej w Focusie. Również znalezieniem wszystkich ilustracji do artykułu zajęła się redakcja miesięcznika.

Jeśli chodzi o marihuanę na okładce polskiego czasopisma nie jestem pionierem – we wrześniu 2013 śp. Przekrój wydrukował artykuł Maćka Kowalskiego poświęcony Królowej Marysieńce. Ale przecież nie chodzi o pierwszeństwo, lecz o to, żeby informacja dotarła do jak najszerszego grona czytelników.2xokladka

A więc Focus… Według danych Związku Kontroli Dystrybucji Prasy za 2013 rok, „rozpowszechnianie płatne razem” każdego numeru miesięcznika wynosiło ponad 85 tysięcy egzemplarzy. Zakładając, że przez rok niewiele się zmieniło, do tylu czytelników dotrze pozytywny przekaz o leczniczych właściwościach marihuany. (A właściwie chyba spokojnie można liczyć, że do ponad 100 tysięcy, bo przecież często jeden egzemplarz jest czytany przez większą liczbę osób.) To kolejny kamyczek, który prędzej czy później przyczyni się do uruchomienia lawiny – tak przecież było w innych krajach. I miejmy nadzieję, że u nas będzie to raczej prędzej niż później.

Cieszmy się zatem, smakujmy ten moment. Nawet takie drobiazgi, jak zmiana zdjęcia profilowego Focusa na Facebooku. Być może jest to stała praktyka i za miesiąc pojawi się nowe zdjęcie – ale na razie jest właśnie to, więc chwilo trwaj.
FB Focus

No, ale żeby nie było za słodko, to do tej beczki miodu dodam łyżeczkę dziegciu. Bo otóż w artykule znalazł się (z powodu mojej nieuwagi) błąd. Będę prosił redakcję o sprostowanie, ale w wersji drukowanej będzie ono mogło ukazać się dopiero za miesiąc, więc na razie umieszczam je tutaj (szczęśliwie nie jest to nic, co dyskwalifikowałoby cały artykuł, ale sprostować trzeba).

Guz Jakuba z Wrocławia został zoperowany tylko częściowo – właśnie stąd wynikła konieczność dalszej kuracji. Jednak nie była to radioterapia, bo przez nią chłopak nigdy nie przechodził. Jest to szczegół istotny, bo pozwala z całą pewnością stwierdzić, że wykazana skanem całkowita eliminacja guza NIE BYŁA dziełem radioterapii. Chemioterapii zresztą też nie, bo tej Jakub był poddawany jedynie przez dwa i pół miesiąca. Jak powiedział mi jego ojciec, rodzina zdecydowała, żeby – wobec praktycznie zerowej skuteczności takiego leczenia glejaków – zaoszczędzić choremu bardzo nieprzyjemnych skutków ubocznych. A ponieważ o samoistnym ustępowaniu glejaków historia onkologii milczy, pozostaje tylko jedno logiczne wytłumaczenie zdarzenia, które lekarzy opiekujących się Jakubem wprawia w zdumienie… Zresztą, już po napisaniu artykułu pojawiła się w Internecie informacja (poparta wynikami pozytonowej tomografii komputerowej) o kolejnym polskim pacjencie, który pozbył się złośliwego nowotworu (chłoniaka anaplastycznego), lecząc się jedynie wyciągiem z marihuany„.

O rozmawianiu z młodzieżą – cd.

Optymistyczny drobiazg na zakończenie roku.

Niedawno pisałem o niezbyt moim zdaniem udanej akcji „Naiwni” przeprowadzonej przez samorząd Województwa Zachodniopomorskiego. Pamiętam, że pisząc tamten tekst pomyślałem sobie coś takiego: „Gdybym to ja był odpowiedzialny za taką akcję, oparłbym ją nie na na obiegowych opiniach, lecz na wiedzy z rzetelnych źródeł, na przykład kupiłbym jakieś książki, sam je przeczytał, a potem dał jako lekturę obowiązkową podległym pracownikom”. Na polskim rynku wybór książek jest niestety niewielki, a tych rzetelnych to już naprawdę jak na lekarstwo. Z czystym sumieniem mogę polecić moje; będzie to pewnie przejaw nieskromności, ale ja po prostu wiem, że one rzetelne… :-)

No i wyobraźcie sobie, że szczecińscy samorządowcy (których o tamtym krytycznym wpisie poinformowałem, choć oczywiście bez żadnych sugestii zakupowych) zamówili oba moje tytuły. Nie wiem, czy łączenie tego faktu z sukcesem wyborczym pp. Biedronia i Klinowskiego nie byłoby wnioskiem idącym za daleko – bo chyba na stwierdzenie, że sprawy w Polsce już zaczęły iść w dobrym kierunku, jest jeszcze zbyt wcześnie, ale może jednak jest to jakaś jaskółka nadchodzących zmian. Rzecz jasna, nie chodzi mi o to, że „ci w Szczecinie są już nasi„. Ważny jest dla mnie sam fakt, że władza (o ograniczonym terytorium i zakresie działania, ale jednak władza) w ogóle zdecydowała się sięgnąć po jakiekolwiek źródło wiedzy. Nie wiem, czy moje książki szczecinian przekonają, ale bardzo mnie cieszy, że przynajmniej będę miał okazję przedstawić im moje argumenty. Bo do tej pory władza wiedziała wszystko lepiej od obywateli nie zawracając sobie głowy jakimikolwiek argumentami.

PS

Fakt zamówienia moich książek przez tego konkretnego nabywcę podaję do publicznej wiadomości za jego zgodą.

O teorii spiskowej

Jednym z powodów, dla których medyczna marihuana z takim trudem przebija się na całym świecie, jest wielka do niej niechęć ze strony koncernów farmaceutycznych. O ile dla nas (wiecie, o kim mówię, prawda?) ten fakt raczej nie podlega dyskusji, wiele osób podchodzi do niego sceptycznie, lekceważąco nazywając teorią spiskową, bo przecież władza nie faworyzowałaby żadnej branży kosztem obywateli.

Lumír Ondřej Hanuš to światowej sławy czeski naukowiec pracujący od wielu lat w Izraelu, znany np. z tego, że na początku lat 90., pracując w laboratorium Raphaela Mechoulama, był współodkrywcą anandamidu. Miał wykład na tegorocznym CannaFeście, niestety, występował w piątek, a ja na targach byłem od soboty, więc go na żywo nie zobaczyłem. Może jeszcze kiedyś będzie okazja. Ale jest Internet, tam jego wykłady są dostępne bez ograniczeń czasowych. Na przykład ten, z marca tego roku.

Naukowiec powiedział w nim coś, co skłoniło mnie do napisania tego tekstu (początek 1:06:45). Oto moje tłumaczenie – wypowiedź Hanuša zostawię bez komentarza, bo cóż tu komentować…

Myślę, że jest to problemem ze względu na firmy farmaceutyczne. Im nie podoba się, że ktoś może leczyć się tanio, bo mogą stracić dużo pieniędzy. Bardzo ciekawy jest, na marginesie, przypadek tego ojca z Czech, który uprawia marihuanę dla swojej córki [Hanuš mówił o tym wcześniej]  i pisze na policję i wszędzie: Jestem dilerem, OK, i zamierzam być nim dalej, bo dla mojej córki jestem gotów uprawiać . Córka ma już ponad 30 lat, jest dorosła, ale jest kaleką i oczywiście sama nie może uprawiać. I napisał do Senatu. I odpowiedzieli mu (przesłał mi to pismo), coś niewiarygodnego; więc wytłumaczyli mu, dlaczego marihuana jest problemem: bo firmy farmaceutyczne stworzyły tabletki przeciwbólowe i chcą teraz wielokrotnego zwrotu tych pieniędzy, więc nie jest w ich interesie, gdy używa się marihuany. To niewiarygodne, co mu napisali. Chciał to opublikować, ale nie ma zgody osoby, która to napisała.

 

PS (24 XII)

Życie szybko dopisało do tego tekstu postscriptum. Niestety, wydaje się, że ten artykuł nie opisuje wyjątku, lecz potwierdza regułę.

Nie ma badań

Nie tak dawno na profilu dr. Piotra Zwolińskiego zamieściłem parę uwag dotyczących jego wypowiedzi o marihuanie (film z tą wypowiedzią jest tutaj, dyskusja pod filmem). Odpowiedź p. Piotra skłoniła mnie do napisania paru słów. Nie jest to polemika, bo pogląd na te sprawy mamy podobny – to po prostu kilka moich refleksji na ten temat.

Ma rację Bogdan Jot – moje wypowiedzi są w kilku miejscach nieścisłe i świetnie wypunktował to gdzie. Niestety i on nie w pełni ma rację, bo dalej moim zdaniem nic się „nie wie”, bo się będzie wiedziało jak się wykona odpowiednie metaanalizy, a takich nie ma.

To prawda, nie ma. Nie ma dlatego, że nie finansują ich koncerny farmaceutyczne – bo nie mają interesu w promowaniu konkurencyjnego produktu, który każdy może sobie wyhodować w ogródku albo na balkonie. Nie ma dlatego, że nie finansują ich rządy – bo potwierdzenie terapeutycznych właściwości marihuany postawiłoby władzę w bardzo niekomfortowej sytuacji, i to z kilku różnych powodów.

Marihuana ma właściwości lecznicze bez względu na to, czy badania przeprowadzono, czy nie. A więc brak badań ≠ brak właściwości leczniczych. Brak badań = brak urzędowej pieczątki. A także: brak badań = dowód na brak rzeczywistego zainteresowania rządów zdrowiem społeczeństwa. (To oczywista oczywistość, ale często pojawiający się argument prohibicjonistów o braku badań powoduje, że czasami ta prawda jest zapominana.)

Zastanówmy się, jakie brak badań niesie skutki dla chorych i dla lekarzy. Moim nielekarskim okiem widzę trzy, oto one z komentarzem:

→ nie wiadomo, jak marihuanę dawkować

Marihuana jest dla człowieka nietoksyczna, więc nie ma niebezpieczeństwa przedawkowania (choć trzeba też pamiętać, że przyjęcie nadmiernej dawki, zwłaszcza marihuany o wysokiej zawartości THC i niskiej CBD, może nie być najprzyjemniejszym przeżyciem). Zresztą chorzy mogą znaleźć sporo wskazówek w Internecie, a jedną z ważniejszych wydaje mi się ta, żeby zaczynać od małych dawek, obserwować reakcję chorego i stopniowo zwiększać dawkę do osiągnięcia żądanego efektu terapeutycznego.

→ nie wiadomo, w jakich przypadkach unikać kannabinoidów

Choć jednoznacznie nie stwierdzono tego w ani jednym przypadku, prawdą jest, że w niektórych chorobach należałoby zachować daleko idącą ostrożność, bo istnieją pewne naukowe sugestie, że podane z zewnątrz kannabinoidy mogą pogarszać stan chorego. Wspomina się tu np. o możliwości osłabienia układu odpornościowego w niektórych chorobach, o sprzyjaniu zwłóknieniu wątroby, ale także o przyspieszaniu rozwoju schizofrenii. Nawet jeśli taki szkodliwy wpływ w pewnych przypadkach istotnie ma miejsce, to nie wydaje się, żeby ich liczba była istotna.

→ nie wiadomo, jak kanabinoidy zmieniają działanie innych substancji aktywnych (= potencjalne interakcje z innymi lekami)

Wpływanie przez kannabinoidy na inne substancje jest faktem. Przykładowo: u bardzo wielu pacjentów stosujących przeciwbólowo morfinę stwierdzono, że równoległe podawanie marihuany zmniejsza (czasem znacznie) wielkość niezbędnych dawek. To oczywiście efekt pozytywny, a skutków niekorzystnych tutaj nie stwierdzono. W wielu innych przypadkach chorzy, decydując się na leczenie marihuaną, zastępują nią leki, czyli nie ma niebezpieczeństwa niepożądanych interakcji. Ale oczywiście ta kwestia jak najszybciej powinna zostać zbadana. Po pierwsze po to, żeby wykluczyć ryzyko w poszczególnych przypadkach, po drugie – żeby być może stwierdzić istnienie interakcji pozytywnych, korzystnych dla chorego (takich jak przy przyjmowaniu morfiny). A na razie pozostaje założyć, że brak zalewu doniesień o problemach leczących się farmakologicznie użytkowników marihuany uzasadnia wstępny wniosek, że kannabinoidy nie tworzą z lekami niekorzystnych połączeń zagrażających zdrowiu pacjentów (przynajmniej nie na skalę masową).

W wielu krajach (w tym w Polsce) brak oficjalnych badań jest używany przez władzę jako straszak i uzasadnienie prohibicji. Badania takie powinny być robione już od dawna, nie ma najmniejszych wątpliwości. Ale skoro ich nie ma, to rozsądny rząd, zamiast zakazywać, powinien powiedzieć tak: „Nie ma badań potwierdzających skuteczność marihuany w tym czy tamtym schorzeniu, nie można więc oficjalnie uznać jej za lekarstwo. Szanowni chorzy, jeżeli chcecie, to jej używajcie, ale robicie to na własną odpowiedzialność; koniecznie poradźcie się przedtem lekarza. Jakby co, to my ostrzegaliśmy”.

 

(Badaniom naukowym są w Odkłamywaniu poświęcone aż dwa rozdziały: „Marihuana nie jest lekiem, bo nie została zatwierdzona jako lek” i „Naukowiec prawdę ci powie. Albo i nie”.)

Dovieriaj, no provieriaj

Z tym problemem spotkałem się przy pisaniu obu książek: jakiś naukowiec z jakiegoś powodu coś napisał, innym naukowcom (oraz mediom!) to przypasowało i już to coś zostało roztrąbione na cały świat. Tak jest z powodowaniem przez marihuanowy dym raka płuc, tak jest z obniżonym IQ u palaczy, tak jest w wielu innych przypadkach. Co prawda potem owszem, wywiązuje się dyskusja, oryginalna praca zostaje ścięta równo z nomen omen trawą, ale to nie przeszkadza, że przez długie lata jest podawana jako dowód na lub przeciw.

Przypomniałem sobie o tym zjawisku po lekturze artykułu o groźnym tytule „Wreszcie są badania! E-papierosy bardziej rakotwórcze od zwykłych„. Przeczytają to tysiące ludzi i już posiądą stosowną wiedzę. A ile osób przeczyta to sprostowanie?

Podobna sytuacja wystąpiła kilka miesięcy temu, kiedy PAP opublikował notkę o szkodliwości e-papierosów. Jak ma się ona do prawdy można przeczytać w tym artykule.

No właśnie, tylko kto czyta sprostowania…?

PS

Każda poważna praca powinna mieć informację o konflikcie interesów, więc podaję co następuje: nie używam papierosów, ani zwykłych, ani w wersji „e”. Powyższy tekst nie ma na celu promowania e-szlugów ani zniechęcania do szlugów tradycyjnych – jeżeli ktoś chce, to niech się truje (byle z poszanowaniem praw tych, co truć się nie chcą, proszę pani Kopacz). Dopóki nikt mi nie dmucha w twarz ani nie zasmradza pomieszczenia, w którym choćby przez chwilę przyjdzie mi przebywać, nic mi do czyjegoś palenia. Żal mi jedynie i głupio, że jako społeczeństwo nie jesteśmy w stanie skutecznie przekazać dzieciakom prostego przekazu, że popalanie w wieku -nastu lat jest naprawdę złym pomysłem.

Po Trybunale

Powiem szczerze: nie bardzo mogę się przyłączyć do chóru osób zachwyconych niedawną decyzją Trybunału Konstytucyjnego o wysłaniu do ustawodawcy postanowienia sygnalizacyjnego, które zasugeruje dokonanie w prawie zmian umożliwiających stosowanie marihuany do celów leczniczych. Oczywiście, w pewnym sensie jest to moment historyczny, bo to chyba pierwszy w naszej najnowszej historii przypadek, gdy jakiś organ władzy uznał, że marihuana może mieć użytek leczniczy. (Nie liczę decyzji o dopuszczeniu do obrotu Sativexu i Bedrocanu – czyli, odpowiednio, wyciągu z marihuany i marihuanowego suszu – bo to były decyzje wymuszone regulacjami unijnymi.) Ale postanowienie sygnalizacyjne (jeżeli dobrze rozumiem sens Działu VI i VII regulaminu TK) to nic innego, jak tylko wiadomość: wicie rozumicie, może byście się w wolnej chwili zastanowili. A przecież wiemy dobrze, że nasza władza nie zrobi niczego, co nie będzie korzystne. Nie dla społeczeństwa; dla niej. Jaką korzyść mogłoby przynieść dopuszczenie medycznego użytku marihuany? – stworzenie u wyborców przekonania, że rządzą nimi ludzkie paniska, co to potrafią pochylić się nad niedolą chorych. W konsekwencji: więcej głosów. Ale nie od wszystkich wyborców, bo przecież pewna ich część swe głosy przeniesie gdzie indziej, nie będzie głosować na tych, co sprzyjają narkomanii, nie poprze tych, czyje decyzje wystawią nasze dzieci na promocję marihuany pod pozorem zastosowań leczniczych. Wiadomo przecież, że marihuana prowadzi do twardych narkotyków (powiedział tak sam Trybunał w Warszawie. I to Konstytucyjny). Których wyborców będzie więcej: chorych, ich rodzin i znajomych oraz rozsądnie myślących ludzi ufających naukowcom, czy raczej narkofobów wierzących w światowy spisek ćpunów, co to nie cofną się nawet przed wykorzystaniem chorych do swoich niecnych celów? W różnych krajach jest z tym różnie. W Europie w ostatnich miesiącach władza w Rumunii i Słowenii uznała, że otworzy się na tych pierwszych. W Polsce narkofobiczni politycy wciąż stawiają na tych drugich. Do czasu – co do tego nie mam wątpliwości, pytanie jednak, kiedy w końcu i u nas zacznie rządzić zdrowy rozsądek, dobro obywateli i wiedza naukowa. Tu niestety jestem pesymistą, boję się, że stan świadomości rodaków w kwestii marihuany jest na tyle niski, że rachunek zysków i strat partii rządzących długo jeszcze będzie niekorzystny dla medycznej marihuany. Nie widzę też na horyzoncie polityków mających cojones, gotowych podjąć nawet najbardziej słuszne decyzje wbrew słupkom sondaży opinii publicznej. Postanowienie sygnalizacyjne TK zmienia tu niewiele.

A może się mylę? Proszę mnie przekonać, że nie mam racji. Bardzo proszę…