Propozycja

Ten człowiek nigdy nie powinien zostać skazany. Nasze prawo powinno być zmienione jak najszybciej. Z rozwagą, ale jak najszybciej.

Ale skoro w obecnym stanie prawnym skazany być musi, to ja bym miał taką propozycję: niech odpracuje swoje grzywny pracami społecznymi w postaci iluś tam godzin wykładów (nie wiem: dla rodziców, dla nauczycieli, dla młodzieży, dla chorych w szpitalach?) dotyczących leczniczych właściwości konopi. Albo marihuany, do wyboru. I jeden dodatkowy stanowczy warunek: te wykłady musiałyby mieć mocne oparcie w aktualnym stanie wiedzy, żadnego polegania na powszechnych przekonaniach. Jak uważacie: ile godzin wykładów zarządziłby sąd dla odpracowania tych 5 tysięcy złotych?

Wkrótce: marihuana w polskich badaniach klinicznych

Od kilku tygodni obserwujemy bezprecedensową obecność marihuany w mediach głównego nurtu – i to obecność pozytywną. Dzięki niej wielu Polaków dowiedziało się, na przykład, że w Centrum Zdrowia Dziecka marihuaną są leczone dzieci z lekooporną padaczką.

I właśnie takie ciężkie lekooporne postaci padaczki będą przedmiotem kilku badań klinicznych, które wkrótce rozpoczną się w polskich szpitalach. We wszystkich przypadkach będzie badany wpływ kannabidiolu (CBD), niepsychoaktywnego składnika marihuany, na osoby, u których zdiagnozowano zespół Lennoxa-Gastauta lub zespół Dravet.

W Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym im. kardynała Wyszyńskiego w Lublinie oraz w Szpitalu Uniwersyteckim nr 2 im. dr. Biziela w Bydgoszczy zostanie równolegle przeprowadzone badanie, w którym wezmą udział pacjenci dorośli (co najmniej 18-letni w Lublinie i 16-letni w Bydgoszczy). Oba badania mają wystartować na początku czerwca, gdy tylko załatwione zostaną ostatnie formalności. W obu z nich lista pacjentów jest w tej chwili jeszcze otwarta, zainteresowani mogą się zgłaszać telefonicznie do lekarzy prowadzących badanie: w Lublinie na numer 697 108 525, w Bydgoszczy – 698 619 497.

Również w czerwcu wystartuje badanie prowadzone w poznańskim Szpitalu Klinicznym im. Święcickiego. Tam również będzie badany wpływ CBD na chorych na lekooporną padaczkę, ale tym razem będzie chodziło o chore dzieci. Będą to de facto 2 badania, każde będzie obejmować jeden z wymienionych wyżej 2 rodzajów padaczki. Lista chorych jest już zamknięta. Nie udało mi się uzyskać szczegółów, dowiedziałem się jedynie, że grupy małych pacjentów będą niewielkie.

To była część informacyjna, teraz mój komentarz. Czy jestem zadowolony, że takie badania zostaną przeprowadzone? I tak, i nie. Oczywiście, badania powinny być prowadzone, i to w jak najszerszym zakresie. Ale… jestem osobą podejrzliwą i zaczynam kombinować, czy ten mały wysyp badań nie ma przypadkiem na celu przyhamowania impetu medycznej marihuany, która ostatnio najwyraźniej przyspiesza. Bo badania (+ opracowanie wyników) potrwają rok – półtora, a nawet może 2 lata i przez cały ten czas mogą dla niektórych być pretekstem do tego, żeby nic nie robić: „no przecież trwają badania, na razie więcej nic się zrobić nie da”. A gdy już zostaną opublikowane wyniki (pozytywne, co do tego nie mam wątpliwości), wtedy pojawią się różnego rodzaju ale: a to że liczba badanych była niewielka, a to że nie było grupy kontrolnej, a to że zbadano jedynie rzadkie formy padaczki, a to jeszcze coś. Dlatego powtórzę: bardzo dobrze, że takie badania będą robione (te i jakiekolwiek następne), ale w żadnym razie nie mogą one być usprawiedliwieniem dla opóźniania wprowadzenia w życie ustawodawstwa zezwalającego na lecznicze stosowanie marihuany. Pacjenci nie mogą czekać latami na wyniki kolejnych badań – w ostatecznym rozrachunku, z badaniami czy bez, to ich życie jest na szali i to oni powinni decydować, czy chcą podjąć ryzyko. A wyniki badań to tylko orientacja dla pacjentów i lekarzy, a dla bojaźliwych polityków ochrona przed atakami narkofobicznych wyborców i mediów, nic więcej.

PS1

W Sieci można przeczytać wywiad z lekarzem, który kieruje badaniem w Lublinie.

PS2

Pozwolę sobie przypomnieć o moim (ciągle jeszcze) małym forum poświęconym stosowaniu marihuany w padaczce.

List otwarty do Pani Premier Kopacz

Bydgoszcz, 19 maja 2015

Pani
Ewa Kopacz
Prezes Rady Ministrów

Szanowna Pani Premier!

W ostatnim czasie sporo mówi się w Polsce o medycznej marihuanie. Wiadomości są czasami dobre (kilkorgu dzieciom leczącym się w CZD marihuana pomaga w lekoopornej padaczce), czasami złe (aresztowano osobę dostarczającą wyciąg z marihuany swoim chorym rodzicom i znajomym – za chęć niesienia pomocy osobie tej grozi 15 lat więzienia).

Marihuana ma właściwości lecznicze bez względu na to, co jest zapisane w polskim prawie. Właściwości te są potwierdzone dużą liczbą badań naukowych oraz doświadczeniem lekarzy i pacjentów z dużej liczby krajów na różnych kontynentach oraz z 24 już stanów w USA.

W naszym społeczeństwie rośnie świadomość tych właściwości. Spowoduje to, że coraz więcej Polaków będzie zdecydowanych wybrać tę właśnie formę terapii. A to oznacza, że coraz więcej Polaków będzie stawać wobec dramatycznego wyboru: zdrowie lub ryzyko utraty wolności. Dwa podstawowe prawa człowieka, zdrowie i wolność, stoją w Polsce w sprzeczności! W jednym z zakończonych niedawno procesów sędzia, uzasadniając wyrok skazujący, zasugerowała, żeby oskarżony kontynuował leczenie marihuaną poza granicami Polski. Dobrze świadczy to o sędzi jako o człowieku, fatalnie o systemie prawnym, w którym przyszło nam żyć. Wielu wartościo­wych obywateli już stąd wyjechało. Ilu jeszcze?

Wspomniana sprzeczność została dostrzeżona nawet przez Trybunał Konstytucyjny – ciało ra­czej nieskore do wydawania pochopnych opinii – który wyraził swoje zaniepokojenie istniejącą sytuacją w formie postanowienia skierowanego niedawno do Sejmu.

Jeżeli szybko czegoś nie zmienimy, to Polska wkrótce stanie się schizofrenicznym krajem, w którym szybko rośnie, z jednej strony, liczba osób nielegalnie a skutecznie leczących się zaka­zaną marihuaną, a z drugiej strony – liczba osób skazywanych za takie leczenie lub za poma­ganie w nim innym.

Według urzędników z Ministerstwa Zdrowia temat nie istnieje, bo funkcjonuje w Polsce import docelowy, dzięki któremu marihuanę otrzymują wspomniane dzieci z CZD. Dzieci tych jest, we­dług moich informacji, dziewięcioro. Czy naprawdę dziewięcioro dzieci (na kilkadziesiąt tysięcy chorych na lekooporną padaczkę) to jest rozwiązanie problemu? Czy w taki sposób Minister­stwo Zdrowia rozwiązuje wszystkie problemy zdrowotne Polaków? Na skutek wyjątkowo skom­plikowanej procedury zdobycie medycznej marihuany przez import docelowy graniczy z cudem. To nie jest żadne rozwiązanie problemu, to jest listek figowy zakrywający smutną i wstydliwą prawdę o naszym braku elementarnych uczuć współczucia i solidarności z chorymi – nie mówiąc o ich konstytucyjnym prawie do ochrony zdrowia.

Pani Premier!

Nigdy nie byłem lekarzem, nigdy nie byłem politykiem. Nie wiem, czy przejście do działalności politycznej zabija w lekarzu współczucie dla chorych. Mam nadzieję, że nie. Mam nadzieję, że pełnienie funkcji publicznej nie jest przeszkodą dla zrozumienia, że wystarczy jedno głosowa­nie, aby z dobrodziejstwa skutecznego a nieszkodliwego – choć dziś zakazanego – leku mogło skorzystać nie dziewięcioro, lecz wszystkie kilkadziesiąt tysięcy dzieci, u których terapia farma­ceutykami okazała się nieskuteczna. Wdzięczni będą też oczywiście epileptycy dorośli. Oraz wszyscy chorzy na stwardnienie rozsiane. I na chorobę Leśniowskiego-Crohna. I na parkinso­nizm, i na chroniczne migreny, i na tyle jeszcze innych chorób.

Chciałbym wierzyć, że problemem jest brak nie współczucia i zrozumienia dla chorych, lecz wiedzy. Trudny do zaakceptowania, ale zrozumiały – jeśli weźmie się pod uwagę, że polskie szkolnictwo medyczne nawet dziś, 20 lat po odkryciu układu endokannabinoidowego, właściwo­ściom leczniczym marihuany (wyjaśnionym już przez naukę ) nie poświęca ani jednej godziny wykładu. Dlatego do tego listu pozwalam sobie załączyć napisaną przez siebie książkę „Marihu­ana leczy”. Liczę, że rozliczne obowiązki nie uniemożliwią Pani choćby pobieżnego jej przejrze­nia, bo wiem, że już to wystarczy, by zjawisko medycznej marihuany dostrzegła Pani w zupeł­nie innym świetle. I zrozumiała, dlaczego coraz to nowe kraje (i amerykańskie stany) legalizują medyczny użytek marihuany. I podjęła stosowne działania – z korzyścią dla tylu tysięcy pol­skich chorych.

Z poważaniem,

Bogdan Jot
autor bloga MarihuanaLeczy.pl

Polecam bloga

Moja mała galeria czytanych i polecanych blogów nie może, no po prostu nie może, obejść się bez bloga Doroty Gudaniec, o której mówią (ale tylko te osoby, które – jak ja – bardzo ją lubią i darzą szczerym podziwem), że ostatnio boją się otworzyć lodówkę, żeby nie wyjrzała stamtąd Dorota :-)

Ale to doskonała wiadomość. Takiej właśnie medialnie nośnej i wygadanej lokomotywy trzeba było ruchowi medycznej marihuany w Polsce! Kogoś, kto jednocześnie ciągnie i popycha.

Na blogu mnóstwo ciekawych informacji, w tym (ale nie tylko) praktycznych. Zdecydowanie trzeba tam bywać.

Żarliwa wiara Slwstra

Kilka osób przesłało mi tego linka z pytaniem: co o tym sądzisz? Cóż, duży ambitny tekst, śmiałe tezy niekoniecznie zgodne z moimi poglądami… Dobrze, napiszę, co o tym sądzę.

Fakt, że autor deklaruje się jako przeciwnik marihuanowej prohibicji, sporo mi upraszcza, pewne polemiki nie będą potrzebne. Również pominę jego mniej merytoryczne argumenty (nonsens, obłęd, brednie, oszołomstwo, szamaństwo, LOL): nie ukrywam, że trudno mi z nimi polemizować. Na szczęście zostaje jeszcze sporo innego tekstu, do którego będę chciał się odnieść.

Jest zastanawiające, że w obszernym tekście poświęconym medycznym (lub, jak woli autor, „medycznym”) właściwościom marihuany ani razu nie użyto terminu układ endokannabinoidowy. Albo Slwstr go nie zna, albo świadomie swoją wiedzę o nim ukrywa. Bo to właśnie istnienie tego układu, znane nauce od ponad 20 lat, wyjaśnia, dlaczego marihuana pomaga chorym na tak wiele chorób. Autor śmieje się z liczby „ponad 200″, podanej przez polskiego internautę. (Na marginesie: to nie on tyle naliczył, lecz amerykański lekarz dr Tod Mikuriya.) Mówiąc szczerze, takie liczenie chorób mnie też trochę śmieszy, choć pewnie z innych powodów. Jasne, że ma ono swoją wartość propagandową, ale nie wydaje mi się niezbędne. Bo jeżeli połączymy choroby pokrewne i wyjdzie nam, że jest ich tylko 100, to co – czy marihuana stanie się przez to mniej warta uwagi? A jeżeli 50? A jeżeli 10? A gdyby to była tylko jedna choroba, z którą nie radzi sobie Święta Farmacja, to czy mielibyśmy moralne prawo marihuanę zlekceważyć? Nie wiem, co o tym sądzi Slwstr, natomiast zdanie chorych na tę właśnie chorobę wydaje mi się, że znam…

Nieznający (lub niezdający sobie sprawy ze znaczenia) układu endokannabinoidowego autor stwierdza, że skoro każdy rak jest odrębną chorobą (a rzeczywiście jest), to jak można oczekiwać, że zwalczy się go jedną substancją. Ten punkt widzenia nazwałbym „farmaceutycznym”. Na każde schorzenie powinna być oddzielna pigułka. Wkrótce firmy farmaceutyczne będą nam oferować oddzielne krople na katar w lewej, a oddzielne na katar w prawej dziurce. A tu okazuje się, że jedna i ta sama substancja może być skuteczna nie tylko na raka (każdego raka), ale też na mnóstwo różnych innych chorób. A dlaczego? A dlatego, że w gruncie rzeczy chorujemy na jedną tylko chorobę w wielu różnych postaciach. Ta choroba to niewydolność układu odpornościowego. Natura wyposażyła nas w cudowny mechanizm zwalczania wszelkich zagrożeń, zarówno wewnętrznych, jak i zewnętrznych, a choroby pojawiają się wtedy, gdy ten mechanizm nie działa jak należy.

Oszołomstwo „medycznej” marihuany jest wynikiem istnienia układu endokannabinoidowego: receptory CB1 we wszystkich komórkach nerwowych i CB2 w komórkach układu odpornościowego i wszystkich ważnych organów powstały w toku ewolucji w jakimś bardzo konkretnym celu. To właśnie one są stymulowane przez przyjmowanie kannabinoidów z zewnątrz (tak, również przez palenie trawki), a to wywołuje bardzo konkretne reakcje w komórkach. A zatem, parafrazując prezydenta, który palił, ale się nie zaciągał: „układ endokannabinoidowy, głupcze” (no offence).

Głównym zarzutem wobec medycznej marihuany, przewijającym się przez cały omawiany artykuł, jest brak badań. W odróżnieniu jednak od prostych w swych wywodach polityków, autor rozwija ten zarzut. Podważa mianowicie większość z ogromnej ilości materiałów, które można znaleźć w PubMed-zie. Pisze, i słuszna jego racja, że jeśli coś zdarzy się w laboratoryjnym szkle, to niekoniecznie musi się powtórzyć wewnątrz żywych organizmów. Pisze również (i z tym też się zgadzam), że jeśli coś zajdzie w organizmie jakiegoś zwierzęcia, to niekoniecznie musi się to powtórzyć u człowieka. (Na marginesie uwaga. Antymarihuanowi naukowcy stosują czasami mniej więcej taką sztuczkę: faszerują szczura czy inną mysz nieprawdopodobną ilością syntetycznych kannabinoidów, a gdy biedak gubi się w labiryncie, triumfalnie ogłaszają, że dowiedli zgubnego wpływu palenia marihuany na ludzki mózg. Uzgodnijmy zatem, czy badania na zwierzętach mają znaczenie, czy nie. Bo albo, albo.) Wracam do laboratorium. Slwstr straszy swojego czytelnika, że drogę od szalki Petriego do półki aptecznej przechodzi raptem 1% badanych substancji. Czy to jednak jest powód, żeby nie próbować? Żeby marihuanę od razu odrzucić jako nierokującą nadziei? Tym bardziej, że wykazała już swoją skuteczność w bardzo wielu eksperymantach na zwierzętach, więc z 1% robi się 10%. Czyż to nie jest potężny bodziec do badań na ludziach? Niby tak, ale… Skoro takich badań nie ma, więc widocznie nie jest. Wyjaśnienie tego paradoksu jest chyba proste: na kosztujące setki milionów dolarów badania stać byłoby tylko 2 podmioty. Jeden z nich jest właśnie jak najżywotniej zainteresowany tym, żeby takich badań nie było, a drugi tym, żeby temu pierwszemu jak najbardziej iść na rękę.

Badań jest, jak wspomniałem, mało, ale Slwstrowi udało się powyszukiwać takie, które jasno wykazują, jak wielkim oszołomstwem jest to oszołomstwo. Kiedyś w wolnej chwili oczywiście rzucę na nie okiem, a teraz uwaga ogólniejsza na temat badań. Świat, w którym na wszystko jest jakieś badanie naukowe, jest światem fajnym, bezpiecznym. Nie dziwię się, że urzekł Slwstra, sam chciałbym w takim żyć. Niestety, iluzja szybko pryska. Gdy się okazuje, że większość oficjalnych badań mających wykazać skuteczność leków prowadzona jest w laboratoriach ich producentów. Gdy statystyki pokazują, że odsetek pozytywnych wyników jest znacząco wyższy w badaniach zlecanych przez firmy farmaceutyczne niż w badaniach finansowanych niezależnie od nich. Gdy wychodzi na jaw, że badania toksyczności leków i żywności są ordynarnie fałszowane. Gdy wybuchają afery z przekupionymi inspektorami nadzoru farmaceutycznego czy sanitarnego albo urzędnikami zatrudnionymi w ministerstwie zdrowia.

Przypominają mi się tu 2 ciekawe przykłady ilustrujące tę nieciekawą rzeczywistość. Oba wspomniane poniżej badania przez długi czas przyczyniały się do kształtowania obrazu marihuany w społeczeństwie i w świecie nauki, i w jakiejś mierze miały również wpływ na poglądy Slwstra. W pierwszym badaniu naukowiec miał przez rok codziennie podawać małpom dym z 30 skrętów, co 3 kwadranse z jednego. Uprościł sobie zadanie i uwinął się w 3 miesiące: co dzień za pomocą maski gazowej wtłaczał zwierzętom kłęby marihuanowego dymu przez 5 minut. Ich regularnie niedotleniane mózgi wykazały oczywiście patologiczne zmiany, co było często cytowanym dowodem na szkodliwy wpływ palenia marihuany na mózg człowieka. Szczegóły tego eksperymentu świat naukowy poznał dopiero po kilkuletniej batalii sądowej, bo naukowiec zazdrośnie strzegł szczegółów dojścia do swojego wiekopomnego odkrycia. (O tym eksperymencie pisze m. in. Jack Herer w rozdziale 15 swojej książki „The Emperor Wears No Clothes„.) Przykład drugi: tunezyjscy naukowcy badali wpływ palenia marihuany na płuca. Wyszło im, że jest on dewastujący. Ale z opisu tego badania wynika, że badanym zadano tylko pytanie o palenie marihuany. Tytoń albo wpływ czynników środowiskowych badaczy nie interesował. (To było w czasach, kiedy rakotwórcze działanie papierosów nie było jeszcze tak powszechnie znane, ale badanie to było często cytowane również długo po tym, jak wpływ ten został ostatecznie dowiedziony.)

A skoro już jesteśmy przy papierosach… Na tym prostym (wydawałoby się) temacie Slwstr się wyłożył całkowicie. Rak płuc jako skutek palenia marihuany jest przecież tak oczywisty, że można pisać o nim w ciemno, prawda? Można – chyba że zna się wyniki przełomowego badania zespołu dr. Tashkina z 2006 roku i paru późniejszych badań, które wyniki te potwierdziły. Tu ostrzegam: do zrozumienia faktu, że dym marihuanowy zawiera więcej szkodliwych substancji, a szkodzi mniej, że ma dużo kancerogenów, a jednak nie powoduje raka, jest potrzebna pewna giętkość umysłu…

Wracam jeszcze do braku badań: wyciąg z marihuany (vel olej konopny) jest nielegalny we wszystkich krajach świata, nawet w tych liberalnych. W związku z powyższym poważnych badań niet. Są, tak lekceważone przez „poprawnych politycznie” naukowców i komentatorów oraz przez Slwstra, dowody „anegdotyczne”. O podwójnie ślepe próby w przypadku tak silnie psychoaktywnego środka byłoby raczej trudno, ale dobrze opisane przez lekarzy case studies też byłyby cenne – dla naukowców, lekarzy i chorych. Tyle że pacjenci na to nie pójdą, bo się boją, że ktoś ich zadenuncjuje (dla ich dobra, rzecz jasna), a policja zapuszkuje i skonfiskuje drogi lek. O, przepraszam: skonfiskuje drogi „destylat warzony w warunkach chałupniczych”. (Czy Slwstr nie zastanawiał się, że oszołomy „leczące się” „medyczną marihuaną” może woleliby móc kupić ten destylat w aptece, z gwarancją jakości? Sytuacja brak badań ↔ nielegalność powoduje jednak, że nie mogą, więc biorą to, co jest.)

Jeszcze parę drobiazgów. Wyliczenia, ileż to by trzeba spalić jointów, żeby się wyleczyć z raka, są tyleż efektowne, co niepotrzebne. Po szczegóły zapraszam do wpisu na innym moim blogu. Uwaga, że uczestnicy jedynego jak dotąd badania glejaka mózgu „i tak zmarli” jest przełomowa, bo jej autor udowodnił wreszcie, że marihuana nie zapewnia nieśmiertelności. O szczegółach tego badania piszę w książce „Marihuana leczy”, tam też zastanawiam się, czy – skoro wszyscy uczestnicy „i tak zmarli” – był to eksperyment nieudany. Jeżeli chodzi o używanie marihuany przez nastolatków, to istotnie może być tak, że jest ona dla nich szkodliwa, też piszę o tym w książce (konkretnie: w Odkłamywaniu). Ale przecież nikt rozsądny nie proponuje, by zezwolić małolatom palić. Komentarz do przywołanego przez Slwstra cytatu świadczy o kompletnym niezrozumieniu przez niego kontekstu (albo o złej woli): „Argument o szkodliwości tego “narkotyku” dla małoletnich przestaje istnieć. Sytuacja obraca się o 180 stopni – zalegalizujmy przetwory z konopi dla dobra naszych dzieci, dla ich życia i zdrowia!”. Bo dodajmy do tego poprzedzające zdanie, przez Slwstra wycięte, i popatrzmy na całość: „Kolejne portale internetowe opisują przypadki dzieci i dorosłych wyleczonych z nieuleczalnych dla medycyny konwencjonalnej chorób. Argument o szkodliwości tego “narkotyku” dla małoletnich przestaje istnieć. Sytuacja obraca się o 180 stopni – zalegalizujmy przetwory z konopi dla dobra naszych dzieci, dla ich życia i zdrowia!”. Myślę, że wszyscy (oprócz Slwstra) rozumieją właściwie sens tego cytatu: w przypadkach lekoopornych chorób powinniśmy porzucić uprzedzenia i korzystać ze wszystkich dostępnych terapii.

„Nie wierzę w leczenie glejaka marihuaną”. Tak, już wiemy, w co wierzy Slwstr: jest wiernym, fanatycznym wręcz wyznawcą Świętej Farmacji. Wierzy w „dowiedzione metody leczenia (chemioterapię)”, do porzucenia których bluźnierczo namawia ludzi Siou. Wierzy w leczniczą moc substancji wyizolowanych z natury (a pewnie jeszcze lepiej zsyntetyzowanych), tępi tęsknoty do substancji naturalnych („irracjonalny lęk przed modyfikacją natury”), odżegnuje się od „niejasnych oddziaływań” naturalnych złożonych substancji – synergia w jego wierze jest herezją, dlatego słowo to nie pojawia się w jego tekście ani razu, choć (a może właśnie dlatego że) synergiczne działanie fitokannabinoidów – łączonych ze sobą i w interakcjach z innymi substancjami – zostało wykazane już wielokrotnie. O religijnym charakterze poglądów Slwstra ostatecznie przekonało mnie zdanie „wiara w cudowną moc marihuany jest jakąś parareligijną fantazją” – jasne, każda religia zwalcza konkurencję (vide np. działania Ogólnopolskiego Komitetu Obrony przed Sektami). Zdanie „W rzeczywistości nie ma żadnych jednoznacznych dowodów, że marihuana lub związki z niej izolowane pomagają w leczeniu epilepsji” można by skonfrontować np. z codziennymi (anegdotycznymi!) doświadczeniami np. Doroty Gudaniec, ale przecież to, co ona mówi, to nie jest prawdziwa prawda, lecz brednie propagowane przez niezidentyfikowane sekty, a właściwie gorzej: przez odszczepieńców, bo przecież Dorota twierdzi, że Maksowi żadne leki nie pomagają. Ma szczęście, że żyje w czasach, kiedy za takie herezje nie biorą już na stos.

Religijny fanatyzm czasami prowadzi Slwstra do przedziwnych wniosków. Choćby do tego: marihuana jako całość nie może leczyć raka, bo przecież natura nie stworzyła tej rośliny po to, żeby nas nią leczyć, jej skład to czysty przypadek. Podobne rozumowanie prowadzi do wniosku, że kwas askorbinowy jest lepszy od witaminy C z zielonej pietruszki, bo przecież natura nie stworzyła pietruszki po to, żebyśmy my z niej brali witaminę; skład pietruszki jest z naszego punktu widzenia przypadkowy.

Przypuszczenie, że u Jakuba Bartola zadziałał nie „magiczny oszołomski olej”, lecz spontaniczna remisja, ma sens. Tak istotnie mogło być, samoistne uzdrowienia przecież się zdarzają. Zastanawia mnie tylko, czy na wieść o tym, że u kogoś po chemioterapii ustąpił rak, wyznawcy Św. Farmacji też przypuszczają, że to mogła być spontaniczna remisja, czy raczej są na 100% pewni, że to dzieło „dowiedzionej metody leczenia”? (Ja przyznam szczerze, że coraz częściej myślę, że jeżeli ma miejsce wyleczenie po chemii, to nie dzięki, lecz pomimo terapii. No, ale ja jestem innego wyznania niż Slwstr.)

Teraz dłuższy cytat: „Dana substancja musi zabijać komórki nowotworowe i nie zabijać komórek zdrowych, o co niełatwo, bo komórki nowotworowe, mimo wszystkich zmian związanych z chorobą, zwykle są nadal dość podobne do zdrowych komórek. To co szkodzi komórkom nowotworowym, zwykle szkodzi też komórkom zdrowym. Dlatego powtarzanie, że to czy tamto wyizolowane z marihuany w badaniach hamowało wzrost komórek tego czy tamtego raka samo w sobie jest mylące. Natychmiast należy pytać: co z kontrolą, co z komórkami zdrowymi? Co z modelem zwierzęcym, co z oddziaływaniem na organizm całego człowieka?” No i wszystko to, drogi Slwstrze, jest do znalezienia w Sieci (albo w mojej książce, jeśli komuś nie chce się grzebać). Jeżeli nie szuka się wybiórczo, jeżeli ktoś chce znaleźć odpowiedź na pytanie, a nie potwierdzenie z góry założonej tezy – to tam to jest. O tym, że chemioterapia niszczy wszystkie komórki po równo, wszyscy wiemy, nie jest to jej bardzo chwalebna cecha. A wszyscy, którzy nie są wyznawcami Św. Farmacji wiedzą też (a przynajmniej są w stanie dopuścić do siebie ideę), że kannabinoidy właśnie działają wybiórczo (znów pozdrowienia od ECS), podobnie zresztą jak witamina C czy D (Jerzy Zięba chyba też jest dla Slwstrowej wiary heretykiem, ale co tam, wspomnę o nim).

I na koniec, bo strasznie się rozpisałem: gdy czytam podobne do Slwstrowego teksty, zawsze zastanawia mnie ich żarliwość. Bo jeżeli pisze to etatowy kapłan Św. Farmacji, to OK, motyw jest jasny. Ale wiem, że piszą tak również wyznawcy niefunkcyjni – i są równie żarliwi. Czy chodzi o udowodnienie „ależ z was matoły, ja wiem najlepiej”? Czy może o misję uszczęśliwiania ludzi na siłę? Bo jeszcze rozumiem po prostu wyrażenie swojej opinii, przedstawienie argumentów. Tylko że tak się składa, że takie artykuły idą ręka w rękę z administracyjnym zakazem, przeciw któremu autorzy zwykle nie protestują. Cokolwiek sądzę o metodzie Ashkara czy Burzyńskiego, o pestkach moreli czy o chemioterapii, zawsze będę zwolennikiem tego, by chory miał prawo do zasięgnięcia informacji, a potem do podjęcia takiej decyzji, jaką uzna za stosowną. Bez ryzyka pójścia do więzienia. Niech wyciąg z marihuany nie nazywa się lekarstwem, niech wtykanie cieciorki w żyłę nie będzie oficjalną terapią – ale niech to chory decyduje, a nie mądrale, których to nie dotyczy. Niech nikt mi niczego nie zakazuje, bo moje życie – moja decyzja. „Czy Pacewicz tak samo broniłby nielegalnych aptekarzy leczących raka innymi podejrzanymi miksturami o nieokreślonym składzie i działaniu?” Czy Slwstr tak bardzo walczyłby z olejem z konopi, gdyby to na nim oficjalna medycyna położyła krzyżyk i wysłała go do domu, żeby tam sobie umarł i nie zajmował innym miejsca w szpitalu?

Walka o utrzymanie nielegalności medycznej marihuany bardzo brzydko mi pachnie. Nie zapominajmy, że jej legalizacja nie oznacza przymusu korzystania. Używa ten, kto jest przekonany, inny może wybrać zwiększenie szansy przeżycia o całe 3% za cenę zatrucia sobie organizmu – wolny wybór. A gdyby ktoś wyleczył się marihuaną, a w rzeczywistości stałoby za tym placebo, to co – będzie mniej zdrowy?

PS

Inny komentarz do artykułu Slwstra znajduje się na portalu Medyczny olej, a wypowiedź Kuby Gajewskiego, jednego z bohaterów artykułu Slwstra, na jego profilu na FB.

PS2

Wyznawcom Św. Farmacji o otwartych umysłach, zdolnych do chwili refleksji, proponuję lekturę 2 artykułów: tego i tego. Ja wiem: brednie i oszołomstwo, ale może warto rzucić okiem, co? Tak dla umocnienia się w wierze…?

Dla nas i dla przyszłych pokoleń

Lubię oglądać stare filmy pokazujące, jak żyli ludzie ~dziesiąt lat temu. Na przykład: jak wyglądało życie w kraju, w którym obowiązywała prohibicja alkoholowa. I nie myślę tu o filmach fabularnych (jak choćby Pani minister tańczy) – raczej o starych dokumentach amerykańskich (takich, z których zlepiono wiele współczesnych dokumentów, choćby np. ten).

Za ~dziesiąt lat nasze zadziwione wnuki będą może też chciały zobaczyć, jak my żyliśmy w Polsce prohibicji marihuanowej. Nie będą mogły zrozumieć, jak ich przodkowie mogli być tak okrutni, by swoim chorym zakazywać używania substancji ewidentnie leczniczej i ewidentnie nieszkodliwej. (Jasne, będą ze zdziwieniem kiwać głową także nad wieloma innymi rzeczami…) Fajnie by było, gdyby przyszłe pokolenia mogły dostać od nas jakiś zapis tych durnych czasów.

Ale przecież nie tylko o dokumentację historyczną dla przyszłych pokoleń tu chodzi. I nie przede wszystkim. Bo filmy dokumentalne mają moc zmieniania rzeczywistości. Jeżeli ktoś ma wątpliwości, to proszę przypomnieć sobie tych kilka tytułów:

Run from the cure: o ileż uboższy byłby dziś ruch medycznej marihuany bez tego filmu, iluż ludzi nie poznałoby prostego w sumie sposobu na uratowanie życia lub zdrowia;

The Union: Business Behind Getting High: film, który kazał ludziom poważnie zastanowić się nad treściami serwowanymi im przez oficjalną propagandę;

Weed: choć medyczna marihuana jest w wielu stanach obecna od kilkunastu lat, dopiero publikacja tego dokumentu CNN pokazała wielu Amerykanom (zwłaszcza mieszkającym w „niemedycznych” stanach), o co tu chodzi;

Prescribed grass: według reżysera tego filmu, Zacha Kleina (rozmawiałem z nim w Pradze), pomimo kilkunastoletniej historii leczniczej marihuany w Izraelu, dopiero ten film przyniósł pełne zrozumienie i akceptację dla niej.

Piszę to wszystko dlatego, że jest szansa, że i w Polsce zostanie stworzony taki film. Dwóch zapaleńców porwało się na taki projekt. Szukają jego finansowania w systemie crowdfundingu, czyli zrzutki ludzi uważających, że dany projekt jest wart wsparcia. Można po prostu wpłacić jakąś kwotę i niczego nie oczekiwać w zamian, ale można sobie wybrać jedną z forrm podziękowania autorów za wsparcie (zwanych nagrodami). Fajne jest to, że jeżeli nie uzbiera się potrzebna kwota, wszyscy zrzucający się otrzymują zwrot 100% tego, co wpłacili. (Crowdfunding, mówiąc nawiasem, posłużył twórcom wspomnianego przed chwilą filmu The Union do zebrania pieniędzy na drugą część – film The Culture High; szczegółowa historia zbierania pieniędzy jest opisana na specjalnej stronie.)

Jeżeli Was zainteresował polski projekt, poczytajcie o nim. Film ma się nazywać Podziemie nadziei, czyli walka o medyczną marihuanę. Jeżeli uznacie, że warto, żeby film powstał, wesprzyjcie twórców. Choćby jakąś dychą czy dwiema, bez żadnej nagrody, dla satysfakcji, że się pomogło. Bo zaraz po ogłoszeniu zbiórki pieniądze popłynęły szerokim strumieniem, ale od pewnego czasu ledwie ciurkają. Wydawało się, że potrzebnych 15 tysięcy zbierze się w okamgnieniu, ale licznik stanął w okolicach 11 tysięcy i niezbyt idzie do przodu. Został jeszcze ponad miesiąc, ale ja bym nie czekał, bo można zapomnieć i potem będzie głupio, że się nie pomogło… Ja nie będę ryzykował, zaraz loguję się na konto.

PS

Realizatorom filmu podrzucam pomysł: gdyby film nazywał się „Podziemie nadzieji„, może mógłby liczyć na jakieś wsparcie z Ważnej Kancelarii.

PS2

Już niedługo film Prescribed grass będzie dostępny z polskimi napisami. Poinformuję o tym oddzielnie, bo myślę, że to ważny film i warto, by został obejrzany przez jak największą liczbę osób.

O co by tu mogło chodzić…?

Niedawno stworzyłem małe forum wymiany informacji i doświadczeń poświęcone legalnej marihuanie w leczeniu padaczki. Legalnej, powtórzę. Staram się je rozpropagować, bo pewne informacje bez wątpienia są dla wielu chorych nowością, a mogłyby się im przydać. Chciałem stosowną informację zamieścić m.in. na FORUM Stowarzyszenia na rzecz osób z ciężką padaczką lekooporną DRAVET.PL. Zarejestrowałem się, ale tam zasada jest taka, że nowy członek (a właściwie kandydat na członka) musi być zatwierdzony przez admina – po uprzednim przesłuchaniu w kwestii tego, co go na forum sprowadza. Na przesłuchaniu zeznałem szczerze, o co mi chodzi, a rezultatem była następująca wiadomość mejlowa:

Dravet

(Zwracam uwagę na słowo „spróbować”.) Spróbowałem, odpowiedzią było mi wyniosłe milczenie.

Tym dziwnym doświadczeniem podzieliłem się z osobami biorącymi udział we wręczaniu petycji w Ministerstwie Zdrowia. Jedna z nich podała mi przypuszczalny powód, dla którego zostałem załatwiony odmownie. Czysta teoria spiskowa. Wpadłem na pomysł, żeby wejść sobie jeszcze raz na strony forum. Bingo!: w części „Leczenie / Leki / Terapie” widzimy takie oto wątki (zaznaczenia na żółto są, rzecz jasna, moje):

Diacomit

Jeżeli ktoś nie domyśla się, co to jest Diacomit, to polecam wyszukiwarkę Google. Przy okazji proszę zwrócić uwagę, jaka strona jest tam wymieniona na 4. (w Chrome) lub nawet na 3. miejscu (w IE). (W Firefoksie z jakiegoś powodu stronę tę znalazłem dopiero pod koniec 2. dziesiątki).

Google
No tak, teraz chyba troszkę się wyjaśniło. Jeżeli nie wiadomo, o co chodzi, to zapewne chodzi o to, co ja wiem, a pan rozumie. Nawet się bardzo nie dziwię. Tylko chorych mi żal. Ale może dowiedzą się o moim forum z innych, mniej zdiacomitowanych źródeł.

4/20 4:20

Nie był to zbyt wesoły dzień. Jasne, że miło było znowu spotkać się z Dorotą, Maćkiem, Kubą, Hubertem, Andrzejem i paroma innymi fajnymi osobami (szkoda tylko, że jak zawsze nie było czasu na choćby chwilę spokojnej rozmowy – jak zawsze pozostaje nadzieja, że może następnym razem…).

Dzień nie był wesoły, choć w Ministerstwie Zdrowia została złożona petycja pacjentów dotycząca zmian w prawie, które by pozwalały na leczenie się również marihuaną, jeśli pacjent uważa, że to dla niego w jego sytuacji najlepsza opcja. To dopiero pierwszy krok, ale fakt, że z delegacją pacjentów spotkało się sześcioro (!) dyrektorów z ministerstwa może świadczyć o pozytywnym podejściu władzy do sprawy. Albo o tym, że tam co drugi jest w randze dyrektora. Mam jednak nadzieję, że to pierwsze. A może był to tylko efekt obecności kamer telewizyjnych? Czas pokaże. W każdym razie dzięki tej akcji dyrektorzy dowiedzieli się o leczniczych właściwościach marihuany, bo – według składających petycję przedstawicieli – była to dla nich nowość. Czyli pozytyw.

Ale dzień nie był wesoły. Bo cały czas pamiętaliśmy, co chcemy zamanifestować zbierając się pod Sejmem i czego wyrazem jest przemarsz pod Ministerstwo Sprawiedliwości. Smutna okazja i niezbyt optymistyczna frekwencja. Miały być tysiące, było kilkuset. Nie ukrywam, że spodziewałem się więcej. Tak, spotkałem bardzo fajne osoby, które nie znają Kuby osobiście, ale czuły, że chcą zamanifestować swoją z nim solidarność, wzięły dzień urlopu, przyjechały z daleka, a po przemarszu szybko na dworzec, żeby rano być w pracy. Ale było nas mało. To nie była manifestacja chorych. To była manifestacja obecnych i potencjalnych pacjentów. Nikomu nie życzę, ale każdy z nas w każdej chwili może potrzebować, zupełnie dla siebie niespodziewanie, medycznej marihuany. A wtedy na manifestacje będzie za późno, trzeba będzie zejść do podziemia. Liczyłem, że zrozumie to więcej ludzi. No, ale początki są zawsze trudne, może następnym razem będzie lepiej. Może następnym razem silniej zadziała solidarność pacjentów. I potencjalnych pacjentów.

PS
Już po napisaniu powyższego dotarł do mnie ten link oraz ten, oraz ten. Wygląda, że wiele jeszcze przed nami pracy, bo dużo jest jeszcze betonu do skruszenia i dużo ignorancji do wyplenienia… Bardzo dużo.

Kuba

Dzień Zioła, dzień Siou’a

Z powodów, których nie pamiętają już nawet najstarsi Indianie, liczba 420 symbolizuje marihuanę. Z tego też powodu dzień 4/20 (w amerykańskim kalendarzu jest to 20 kwietnia) jest nazywany Weed Day (Dzień Zioła), a godzina 4:20 dnia 20 kwietnia jest momentem wręcz magicznym (oczywiście 4:20 po południu, bo o 4:20 rano ludzie zwykle śpią, a użytkownicy zioła to już w szczególności :-) .)

I właśnie w najbliższy poniedziałek, 20 kwietnia o godzinie 16:20 będziemy świętować w Warszawie (z tego co wiem, to po raz pierwszy w Polsce) nasz Dzień Zioła. W odróżnieniu od podobnych imprez na całym świecie i w odróżnieniu od corocznych Marszów Wyzwolenia Konopi, nie będzie to wydarzenie wesołe. Jak złowroga ciemna chmura będzie nad nim wisieć aresztowanie Siou’a – Jakuba Gajewskiego, wiceprezesa Stowarzyszenia Wolne Konopie, zbrodniczo używającego oleju z marihuany w celach leczniczych, za co może pójść do pudła na 15 lat. Za gwałt dostałby maksymalnie 12.

Nie wiem jeszcze dokładnie, jaki będzie przebieg tego wydarzenia: czy stacjonarna manifestacja, czy przemarsz. Ale wiem, jaki będzie jego cel. A właściwie cele, bo będą co najmniej dwa.

Po pierwsze, będziemy chcieli wyrazić naszą solidarność z Jakubem i nasze żądanie, by wymiar sprawiedliwości wymierzał sprawiedliwość, a nie badał zgodność z takim czy innym paragrafem – bo wbrew pozorom to nie jest to samo; by pamiętał, że intencje sprawcy są ważniejsze niż to, co jest w kodeksach.

A po drugie my, obywatele, do cholery podobno suweren w tym kraju, będziemy chcieli władzy, czyli zatrudnianym przez nas pracownikom najemnym, pokazać, gdzie mamy takie prawo, które zmusza nas do potajemnego leczenia się tym, co za skuteczne uważamy nie tylko my, lecz także setki lekarzy i tysiące chorych w wielu innych miejscach na świecie – tam, gdzie władza ma choć trochę poważania dla dobra obywateli i medyczną marihuanę zalegalizowała kilka, a nawet kilkanaście lat temu. Będziemy chcieli pokazać, że czas odpornych na wiedzę narkofobów szybko dobiega końca. Zamanifestować, że nie chcemy mieszkać w kraju, w którym wpływ na życie obywateli mają kłamstwa wymyślone 80 lat temu za oceanem i bezmyślnie powtarzane dla naszego jakoby dobra.

Nie sądzę, żebyśmy krzyczeli „Palić, sadzić, zalegalizować„. To raczej zostanie na późniejsze marsze. Myślę, że protest w ciszy miałby większą wymowę i większą siłę. Jak dawno temu śpiewali Skaldowie: cisza krzyczy.

Przyjdzie zwlec się z łóżka o nieprzyzwoitej dla mnie porze i jechać do Warszawy. Tradycyjnie będę myślał (używając słów uważanych za niecenzuralne wszędzie za wyjątkiem pewnych naszpikowanych mikrofonami warszawskich restauracji), że w cywilizowanym kraju na przebycie tych 250 kilometrów pociągiem (tam chyba już ich nie nazywają „szybkimi”, tam to są po prostu pociągi) potrzebowałbym godziny. Tutaj – trzy i pół. Ale nie wyobrażam sobie, żeby 20 kwietnia o 16:20 zabrakło mnie w Warszawie. Na marszu czy manifestacji, w ciszy czy z okrzykami, tam trzeba być. Wśród – mam nadzieję – wielu, wielu tysięcy innych ludzi. Suwerenów, do cholery.

A było tak…

Po debacie w Warszawie, gdy skończył się już czas, w jakim organizatorzy mogli dysponować salą, wyszliśmy na zewnątrz. Ważni ludzie albo byli zajęci, albo już sobie poszli. A chłopcy ze Spliff TV zostali, kamera niczego nie rejestrowała, mikrofon rwał się do jakiegokolwiek rozmówcy. No i, z braku lepszych opcji, padło na mnie. Jeżeli ktoś nie zna wywiadowcy, to jest to raper Bartek zwany „Metrowym” (stąd mój kiepskawy żart dotyczący dwóch metrów).

Fajnie to pomontowali i wyszła sympatyczna rozmowa.