Dowód naukowy

Facebookowa grupa „Uniwersytety dla nauki, pajace do cyrku” (dalej „Pajace”) zajmuje się zawziętym tropieniem wszystkiego, co choćby na pół centymetra odchyla się od oficjalnej medycyny. W polu rażenia nie mogła się nie znaleźć medyczna (a właściwie „medyczna”) marihuana. Dostało się nawet kannabidiolowi, choć on nie jest psychoaktywny i dla ćpunów się nie nadaje. Ale nie pochodzi od Big pharmy, więc jest w najwyższym stopniu podejrzany.

W dyskusji na ten temat Pajace wystrzeliły z grubej rury: podlinkowały opinię Amerykańskiego Towarzystwa Epileptologii (American Epilepsy Society). Opinię, mówiąc oględnie, bardzo ostrożną, zdecydowanie mało entuzjastyczną.

Od razu przyszły mi na myśl dwa inne, również szacowne, towarzystwa. Jedno polskie, drugie hiszpańskie. To pierwsze to Polskie Towarzystwo Endokrynologiczne, które na swojej stronie internetowej otwarcie pokazuje, kim są jego przyjaciele:

PTEZ jednej strony plus za szczerość, z drugiej jednak trochę głupio tak bez owijania w bawełnę…

Teraz towarzystwo hiszpańskie. O szczególe, o którym chcę tu wspomnieć, dowiedziałem się z pewnego programu hiszpańskiej telewizji. Oto, co mówi bardzo szanowany (także na forum międzynarodowym) hiszpański lekarz: towarzystwa naukowe są w bardzo dużym stopniu finansowane przez przemysł farmaceutyczny. Według jednego z szefów Sociedad Española de Medicina Familiar y Comunitaria (Hiszpańskiego Towarzystwa Medycyny Rodzinnej), uważanego za jedno z najbardziej niezależnych towarzystw tego typu w Hiszpanii, „pozostałe towarzystwa są bardzo zależne od przemysłu farmaceutycznego, u nas od tego przemysłu pochodzi jedynie (!) 70-80% budżetu, reszta to składki członkowskie”. (Gdyby ktoś chciał posłuchać oryginału, to omawiany fragment jest tu: https://youtu.be/TJoULVdTyzM?t=12m53s).

Nie wiem, jak jest w Stanach, ale pamiętajmy, że to kraj, w którym kasa rządzi nieporównanie bardziej niż gdziekolwiek indziej. I kraj, z którego pochodzi większość dużych firm farmaceutycznych.

Szanowne Pajace, czy opinię Amerykańskiego Towarzystwa Epileptologii naprawdę uważacie za merytoryczny argument w jakiejkolwiek dyskusji? REALLY?!

„Przecież jest import docelowy…”

Wciąż liczni w Polsce przeciwnicy medycznej marihuany często używają takiego argumentu: „Przecież jest import docelowy, lekarze mogą przepisać marihuanę – a od niedawna jest nawet szansa na refundację„. (Dla niezorientowanych: o tym, co to jest import docelowy, pisałem już na tym blogu kilka razy, np. tu czy tu).

Instytucja importu docelowego nie jest rozwiązaniem żadnego problemu. Nie jest nawet próbą rozwiązania żadnego problemu. Jest makijażem, sposobem na zamaskowanie faktu, że medyczna marihuana, która mogłaby skutecznie pomóc setkom tysięcy chorych Polaków, nie jest przedmiotem jakiegokolwiek zainteresowania władz. Nawet najmniejszego. „Jest import docelowy? – więc sprawa załatwiona„.

Parę miesięcy temu mieliśmy okazję w bardzo smutny sposób przekonać się, jak ta załatwiona sprawa działa w praktyce. Dziewczynka, do której marihuana nie dotarła na czas, zmarła w trakcie napadu padaczkowego. O śmierci swojej córeczki opowiedziała jej matka w czasie majowej konferencji we Wrocławiu. Relację tę można przeczytać albo ją obejrzeć.

Taka historia nie mogła nie zostać zauważona przez media, pojawiło się kilka tekstów o niej: 1) http://www.pudelek.pl/artykul/95604/matka_4latki_ktora_zmarla_czekajac_na_medyczna_marihuane_zostalismy_oszukani_moje_dziecko_zabili_politycy/; 2) http://www.pudelek.tv/video/Liroy-o-leczeniu-medyczna-marihuana-Jedno-wielkie-oszustwo-Tragedia-jedna-dziewczynka-nie-doczekala-sie-refundacji-12941/; 3) http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,152121,20289645,4-letnia-ola-nie-doczekala-medycznej-marihuany-procedura-stworzona.html

Bardzo wzruszające są dwa wpisy na blogach: Doroty Gudaniec i samej Pauliny, mamy zmarłej dziewczynki.

Refundacja jako argument na cokolwiek byłaby argumentem śmiesznym, mam nadzieję, że nikt poważny go używa. Bo proszę popatrzeć, jak nielicznej grupie pacjentów udało się uzyskać decyzję o refundacji. Aha, przy lekturze proszę pamiętać, że samych dzieciaków z lekooporną padaczką jest w Polsce kilkanaście tysięcy.

Dlaczego tak jest? Na pewno wiedza chorych i ich rodzin jest wciąż mizerna, stąd nie domagają się od lekarzy leku, który z dużym prawdopodobieństwem mógłby pomóc. A nawet gdyby się domagali, to wiedza samych lekarzy jest często jeszcze bardziej mizerna. A nawet jeśli jakiś lekarz cokolwiek wie i byłby skłonny spróbować tej terapii, to żeby go skłonić do zastanowienia się, czy naprawdę tego chce, władza nałożyła na niego dodatkowe obowiązki sprawozdawcze. Mogą one powodować obawy o późniejsze konsekwencje w rodzaju jakichś dodatkowych kontroli czy wezwania do złożenia wyjaśnień w Naczelnej Izbie Lekarskiej. (Trudno mi powiedzieć, jak słuszne są te obawy, ale wiem o nich od lekarza, który bardzo konkretnie interesuje się medyczną marihuaną. Coś w tym może być.)

O tym, że historia Oli nie jest przypadkiem jednostkowym, że system naprawdę jest niewydolny, może świadczyć poniższy tekst Małgorzaty Kusy, mamy chorego dziecka, zamieszczony w dyskusji prowadzonej na Facebooku:

Procedury , procedury …. No właśnie przez nie przebrnęłam żeby w nich na nowo utknąć . W dniu dzisiejszym odebrałam z apteki Bediol i Bedrokan dla mojego synka . Nasza droga przez mękę , aby załatwić import docelowy (po ponad rocznym szukaniu lekarza który zgodził się wypisać taki wniosek ) trwała od 25 kwietnia do dzisiaj . Gdzie tu sens i logika ?!

Nie wiem !!!

Dzisiaj na wizycie u neurologa dowiedziałam się, że nie mamy na ten moment konsultanta wojewódzkiego do spraw neurologii dziecięcej bo poprzedni zrezygnował z funkcji , a kolejnego nie powołano . Kuźwa co za kraj , co za ludzie ?!

Ministerstwo Zdrowia rząda od nas abyśmy przedstawili efekty ew. skutki uboczne jakie wystąpiły podczas leczenia konopiami indyjskimi jako warunek do kontynuacji importu docelowego .

W jaki sposób mamy to zrobić skoro wniosek jest wystawiony na 3 miesiące leczenia , kolejnego nie dostaliśmy a nawet gdybyśmy dostali to i tak nie ma kto go podbić bo województwo lubelskie nie ma konsultanta do spraw neurologii dziecięcej. Błędne koło.

PS
Dobrzy ludzie podesłali mi tego linka jako uzupełnienie mojego tekstu.
.

Zbiórka trwa

Ponieważ poselski projekt zmiany prawa dotyczącego medycznej marihuany utknął w Sejmie, obywatele postanowili wziąć sprawę w swoje ręce. Z projektem obywatelskim Sejm nie może zrobić tego, co z poselskim: musi się nim zająć. Żeby zaistniał projekt obywatelski, jest potrzebne poparcie minimum 100 tysięcy obywateli. Poparcie wyrażone przy pomocy długopisu, bo internetowe niestety się nie liczy. Ruszyła akcja zbierania podpisów, jej motorem jest (któż by inny?) Dorota Gudaniec.

Ja, mówiąc szczerze, z różnych powodów nie mam wielkich nadziei na to, że Sejm ten projekt przyklepie i zmieni prawo. Ale zdecydowanie uważam, że przynajmniej powinniśmy spróbować. Dostarczając te 100 tysięcy podpisów zmusimy posłów albo do zaakceptowania MM w Polsce (w formie bardzo okrojonej – o czym pisałem już wcześniej – ale jednak), albo do otwartego powiedzenia chorym, jak głęboko władza ma ich problemy. Nie składając projektu obywatelskiego poddajemy się bez walki.

Dokładne informacje o akcji i formularz na podpisy (oraz treść projektu ustawy, gdyby ktoś nie znał, a chciał poznać) są na stronie prowadzonej przez Dorotę Fundacji „Krok po kroku”.

Sto tysięcy to sporo, ale uważam, że to cel zupełnie realny do osiągnięcia. Ale nawet gdyby się nie udało ich zebrać, to i tak warto próbować. Bo popatrzcie: pewien ruch społeczny działający w internecie przesłał mi mejla, a w nim było takie zdanie:

Niemal 11 tys. z nas przekonało Prezydenta Dudę, żeby podpisał nowelizację ustawy o ochronie środowiska, która pozwoliła na lepsza ochronę powietrza.

Przekonało prezydenta jedenaście tysięcy? I to w dodatku zgłoszeń internetowych, nie podpisów fizycznych? Nie wiem, ile jest prawdy w tym, że to właśnie one go przekonały, ale wykluczyć się nie da. To jeżeli my przyniesiemy 90 tysięcy? Myślę, że tym razem tak łatwo nie będą mogli nas olać. To znaczy: będą mogli, ale z ich politycznych kalkulacji (dla nich oczywiście ważniejszych niż los chorych) wyjdzie, że się nie opłaca. Tych 90 tysięcy na pewno wsparłoby jakiekolwiek działania społeczne i polityczne, które na rzecz MM będziemy prowadzić w przyszłości. A jeżeli doda się do nich zeszłoroczne sondaże, dające 68 i 78% poparcia dla MM…? (Dla przypomnienia: tu  i tu.) Nie ma co więcej gadać, czas jest do końca sierpnia.

W różnych Facebookowych grupach poświęconych MM jest kilka tysięcy osób. Jeżeli choćby tysiąc z nich zdecyduje się ruszyć 4 litery, pogada z rodziną i znajomymi i zapełni choćby 1 kartkę (15 podpisów), to zdobędziemy w ten sposób dodatkowych 15 tysięcy. Wiecie, jaka sytuacja byłaby najgłupsza z możliwych? – taka, w której zabrakłoby nam pięciuset podpisów. Jak czuliby się wtedy ci, co teraz uważają, że ich 15 nie ma żadnego wpływu? No to do roboty, każdy podpis się liczy!

PS
O zbiórce podpisów (i całym ruchu na rzecz medycznej marihuany) można przeczytać też we wstępniaku do najnowszego numeru Spliffa.

Czy marihuana leczy?

Dość często w różnych dyskusjach spotykam się z opinią, że marihuana niczego nie leczy, bo nie likwiduje przyczyn chorób, a jedynie łagodzi ich objawy. Temu tematowi poświęciłem cały rozdział w książce pod tytułem… „Marihuana leczy”. No właśnie, bywa, że za ten tytuł też jestem atakowany.

OK, jestem skłonny przyznać krytykom rację: jeżeli definicją leczenia jest usunięcie przyczyn, to tak, marihuana zwykle nie leczy. (Oczywiście, patrząc od strony marketingowej, książka pt. „Marihuana łagodzi objawy chorób” miałaby na pewno trudniej na rynku…)

Właśnie przeczytałem wydaną przez firmę farmaceutyczną ulotkę dotyczącą padaczki. Oto pierwsze 3 zdania:

Padaczka jest przewlekłą chorobą neurologiczną. Choroba przewlekła to choroba, która utrzymuje się przez całe życie cierpiącej na nią osoby. Jednak skutecznie leczona padaczka może być bezobjawowa.

Zaraz, zaraz… choroba utrzymuje się przez całe życie, a jednocześnie jest „skutecznie leczona”? To jak: jednak można skutecznie leczyć, nie sięgając do przyczyn? Cóż, widocznie można, firma farmaceutyczna przecież takie rzeczy wie. Dwa możliwe wyjaśnienia tej ewidentnej sprzeczności: – albo pojęcie leczenia może mieć inną definicję niż ta, którą podałem wyżej i do której odnoszą się moi krytycy; – albo też marihuana jest objęta zupełnie inną logiką (uzasadnienie: bo tak).

No więc jak jest: czy marihuana leczy?

Po Wrocławiu, przed Wrocławiem

Już gdzieś zapowiedziała Dorota, że w lutym odbędzie się kolejna cannabisowa konferencja we Wrocławiu. Na razie znana jest data (3-4 lutego 2017) i miejsce (jak poprzednio, Uniwersytet Przyrodniczy). Prace nad programem już się zaczęły i wstępnie zapowiada się bardzo ciekawie i profesjonalnie. Na razie tylko tyle, żeby uniknąć takich falstartów (zwłaszcza personalnych) jak poprzednio.

Ten wpis zamieszczam dlatego, że w Sieci są nagrania z konferencji majowej, o czym tutaj jeszcze nie poinformowałem.

Gdyby ktoś chciał obejrzeć jedynie moje wystąpienie o układzie endokannabinoidowym, to jest ono tutaj, ale uważam, że warto zapoznać się z całym dostępnym materiałem (choć widzę, że nie jest to całość konferencji, ale spora część na pewno). Filmy z konferencji (4 pliki) zostały umieszczone na YouTube.

Och, Karol

Krótka informacja: zakończyły się boje Karola z polskim wymiarem, nazwijmy go umownie, sprawiedliwości. Jak pisałem wcześniej tutaj i tutaj, chory na Leśniowskiego-Crohna Karol został skazany za uprawianie sobie leku i zdecydował się na apelację. Parę dni temu powiedział mi, że sprawa jest już zakończona, bo sąd apelacyjny szybko się uwinął i wydał wyrok: kara została obniżona do 1 roku w zawieszeniu na 1 rok.

Nie wiem, czy gratulować, czy współczuć, więc może tak: Karol, dużo zdrowia!

To je napad

A właściwie „nápad”, bo to po czesku. Nápad, czyli pomysł. Przyszedł mi do głowy jakiś czas temu, ale uznałem go za zbyt absurdalny jak na nasze warunki i odłożyłem na półkę z napisem „Nierealne”. Ale potem uświadomiłem sobie, że nie jest dobrym pomysłem odrzucanie idei z góry, pod wpływem pierwszego wrażenia (właśnie tak działa burza mózgów – ocenę pomysłów zostawia się na później). Więc sięgnąłem znów po mój nápad i niniejszym poddaję go pod publiczny osąd.

Wielu pacjentów jest zmuszonych kupować lek (susz, olej) w ciemno, mniej lub bardziej (lub wcale) ufając dostawcy. (To znaczy: nikt ich nie zmusza, ale…) Będzie tak dopóty, dopóki nie zostanie wprowadzona legalność medycznej marihuany (mówię o prawdziwej legalności, a nie o kulawej protezie w postaci importu docelowego). Dopiero ona pozwoliłaby na rzeczywistą kontrolę jakości leków. A na razie… Na razie je nápad.

Wymyśliłem sobie, że mogłoby powstać laboratorium, do którego ludzie wysyłaliby próbki swoich leków (albo marychy przyjemnościowej — w końcu fizycznie się nie różnią, a nielegalna jest ta i ta). Laboratorium, wyposażone w dobry chromatograf i w niezbędne wzorce, oznaczałoby poziom podstawowych kannabinoidów (THC, CBD, THCa, CBDa), a także sprawdzałoby, czy w przesłanej próbce nie ma zanieczyszczeń biologicznych i chemicznych. Laboratorium działałoby na normalnych zasadach biznesowych, pobierając za swoje usługi opłaty zapewniające rentowność przedsięwzięcia.

Z punktu widzenia klientów fundamentalne byłoby zapewnienie im anonimowości. Myślę, że jest to do zrobienia. Klient pobierałby ze strony internetowej laboratorium unikalny numer, który umieszczałby w paczuszce z próbką oraz w tytule płatności na rzecz laboratorium. Paczkę można nadać anonimowo na poczcie (być może paczkomaty też są dyskretne, nie pamiętam). Płatności można dokonać na poczcie (przy robieniu przelewów, podobnie jak przy nadawaniu paczek, nie jest wymagane okazanie dowodu osobistego). Wynik analizy byłby publikowany w internecie, oczywiście z wykorzystaniem wspomnianego unikalnego numeru. Wyniki byłyby widoczne dla wszystkich, ale oczywiście to nikomu nie przeszkadza, bo o tym, do kogo należała próbka o danym numerze, wie tylko jej nadawca. Co więcej, publiczny dostęp do wyników mógłby być pożytecznym narzędziem (gdyby okazało się, że 90% przesłanych próbek nie spełnia żadnych norm przyzwoitości; albo gdyby 90% je spełniało…)

Czy działalność takiego laboratorium byłaby legalna? Mojemu nieprawniczemu umysłowi wydaje się, że być może tak. Laboratorium dostaje do analizy jakąś przesyłkę od anonimowego nadawcy i dopóki nie przeprowadzi testów, nie wie, czy w próbce są zakazane substancje. Po analizie już wie, że są, więc zawiadamia organy, które jednak rozkładają ręce, bo nie ma szans stwierdzić, kto to wysłał. Niewykrycie sprawcy, umorzenie. (Zresztą, czy tu w ogóle jest przestępstwo? W Polsce nielegalne jest posiadanie, a tu nikt nie posiada.) Możliwy słaby punkt (znak zapytania, aluzyjnie skierowany do prawników): czy laboratorium mogłoby publikować wyniki w Sieci, czy nie byłoby to jakieś współsprawstwo czy inne pomocnictwo?

Czy władza poszłaby na taki pomysł, czy byłaby skłonna go tolerować? To, myślę, zależy od tego, o co jej chodzi w rządzeniu. Jeśli o nasze dobro, to powinna pójść. Wiadomo, że marihuana jest w Polsce używana terapeutycznie przez tysiące osób. Nie patrzą na to, co mówi Ustawa o przeciwdziałaniu narkomanii, nie patrzą na niepewność dotyczącą zdobytego pokątnie leku. Skoro i tak to robią, to dlaczego przeszkadzać im w sprawdzaniu jakości tego, co będą zażywać? (To samo zresztą z użytkownikami przyjemnościowymi: skoro i tak palą, to lepiej by było, żeby dilerzy mieli świadomość, że towar w każdej chwili można sprawdzić.)

No, chyba że władzy nie chodzi o nasze dobro, lecz o to, żeby twardo trzymać nas za mordę, żeby pokazać, kto tu rządzi. Wtedy na poparcie argumentu „nie, bo nie” na pewno jakiś paragraf się znajdzie.

Czekam na komentarze, zwłaszcza prawników i biznesmenów (informuję, że nápad udostępniam gratisowo).

PS

Po opublikowaniu tego tekstu otrzymałem ciekawy komentarz – na tyle ciekawy, że uznałem, że warto go tu umieścić:

[laboratorium mogłoby być związane z gabinetem lekarskim] wykorzystując zasadę tajemnicy lekarskiej jaka obowiązuje w stosunkach lekarz-pacjent. Badanie próbki prawdopodobnie mogłoby być traktowane jako element badania lekarskiego.

PS2

Robi się coraz ciekawiej: znajomy prawnik, znający się na tych rzeczach, twierdzi, że przedsięwzięcie byłoby legalne i da się to „ogarnąć” od strony prawnej. Deklaruje nawet bezpłatną pomoc w załatwieniu formalności, gdyby ktoś się zdecydował. Wygląda więc, że być może nápad wcale nie był tak nierealny, jak mi się wydawało. Czy są chętni właściciele laboratoriów już istniejących lub dopiero planowanych?

List otwarty do Prezydenta Dudy

Bydgoszcz, 23 czerwca 2016

Pan Prezydent
Andrzej Duda

Szanowny Panie Prezydencie!

W czasie kampanii prezydenckiej deklarował Pan, że będzie prezydentem wszystkich Polaków. To standardowe określenie, taką deklarację zwyczajowo składają wszyscy kandydaci. Ja nie mam złudzeń: w kraju tak podzielonym jak nasz małe są szanse spełnienia tej obietnicy. Ale istnieją obszary, w których prezydentem wszystkich Polaków bez wątpienia być można.

Niecałe pół roku temu został złożony w Sejmie projekt ustawy przewidującej możliwość legalnego używania marihuany do celów leczniczych. Pozytywnie byli do niego nastawieni nie tylko wnoszący projekt posłowie klubu Kukiz’15, ale także ci należący do ugrupowania, z którego Pan się wywodzi – wśród nich także p. prezes Kaczyński. Wyglądało, że wszystko jest na dobrej drodze do tego, aby w tym wycinku polskiej rzeczywistości wreszcie zapanowała normalność. Ale nadzieje te były przedwczesne. Ktoś zdecydował (nie wiem, kto konkretnie, ale wiem, która siła polityczna rozdaje karty w obecnym Sejmie), że projekt ustawy zostanie przesłany do konsultacji do pozostałych krajów Unii Europejskiej. To, czy polscy pacjenci będą mogli być leczeni marihuaną, rozważą teraz politycy i urzędnicy na Cyprze, w Portugalii, Grecji, Rumunii, Czechach. Mechanizm konsultacji nie jest obowiązkowy, podobno stosowany jest rzadko. Po otrzymaniu polskiej prośby na pewno zdziwią się Czesi: oni wprowadzili marihuanę do aptek w 2013 i nas o zdanie nie pytali. Rumuni też wprowadzili – i też nie pytali.

Latem zeszłego roku przeprowadzono dwa niezależne badania ankietowe. W jednym z nich za wprowadzeniem w Polsce medycznej marihuany wypowiedziało się 68% zapytanych, w drugim 78%. Czy poparcie tej idei, której Sejm z taką łatwością i z takim pośpiechem się pozbył, na rok albo i dwa opóźniając cały proces, mieściłoby się w pojęciu „bycia prezydentem wszystkich Polaków”? Zastanawiam się: czy ponad 2/3 Polaków to już „wszyscy”? A ponad 3/4…?

Czy w pojęciu „prezydent wszystkich Polaków” zmieściłoby się działanie na rzecz setek tysięcy pacjentów, którzy mogliby skorzystać z nowego prawa? Pacjentów, dla których w tej chwili nie ma skutecznego lekarstwa. Chorych na lekooporne postaci padaczki. Na przewlekły ból neuropatyczny. Na chorobę Leśniowskiego-Crohna. Na niedające się powstrzymać farmaceutykami wymioty i nudności spowodowane przez chemioterapię. Na chroniczne migreny i depresje.

Do tych ludzi polskie państwo odwróciło się plecami. I wciąż stoi odwrócone – kiedy oni najbardziej go potrzebują.

Z wyrazami szacunku

Bogdan Jot
autor książki „Marihuana leczy”

O psychoaktywności kannabidiolu

Główny Inspektorat Sanitarny
Warszawa

Szanowni Państwo!

Niedawno miałem okazję zapoznać się z pismem wysłanym przez GIS do pewnego przedsiębiorcy. Pomijam – jako tutaj nieistotne – meritum tego pisma. Chciałbym natomiast skomentować jeden, kuriozalny moim zdaniem, jego fragment:

Nadmieniam, iż zgodnie z publikacją „Fitoterapia i leki roślinne”, pod red. E. Lamer-Zarawskiej i wsp. (PZWL, 2007 r.) tetrahydrokanabinol (THC), kanabinol (CBN), kanabidiol (CBD), kwas kanabidiolowy (CBDA) zaliczane są do kanabinoidów o działaniu halucynogennym (kanabinole) obecnych w konopiach.

Użyte w urzędowym piśmie stwierdzenie o psychoaktywności CBD i CBDa jest bardzo dziwne, bo stoi w sprzeczności nie tylko z panującym powszechnie przekonaniem, lecz także (przede wszystkim) z wynikami przeprowadzonych badań naukowych. (Określenie „niepsychoaktywny składnik konopi” znajduje się we wstępie do praktycznie każdego tekstu naukowego dotyczącego CBD – naprawdę, proszę sprawdzić.)

Dla dochowania należytej staranności skontaktowałem się z autorką cytowanego tekstu. Niestety, nie uzyskałem od niej odpowiedzi na pytanie o źródła jej wiedzy na ten temat.

Nie wiem, czy to jest normalna praktyka, że GIS opiera swoje opinie (wpływające przecież na istotną sferę życia obywateli) na pojedynczych cytatach z książek. Jeżeli tak, to chciałbym zwrócić uwagę, że cytaty nie zawsze muszą być zgodne z prawdą naukową, nawet jeśli są zawarte w książkach renomowanych wydawców, nawet jeśli ich autorem jest osoba z tytułem profesora. Zawsze dobrze jest, moim zdaniem, poszukać potwierdzenia w innych źródłach.

Korzystam z okazji, by podać Państwu odnośniki do paru badań naukowych, których autorzy zajęli się właśnie psychoaktywnością CBD:
http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC3481531/
http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC3055598/
http://link.springer.com/article/10.1007/BF00432554
http://bjp.rcpsych.org/content/197/4/259.full
http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/6285406

Z poważaniem
Bogdan Jot
autor książki „Marihuana leczy”

O nienaukowej marihuanie

Ten tekst jest inspirowany listem wysłanym przez dwóch panów do Rzecznika Praw Obywatelskich przed konferencją we Wrocławiu.

Pan Jakub Zawiła-Niedźwiecki (jakub@zawila-niedzwiecki.pl)
Pan Jacek Olender (jolender@sns.edu.pl)

Szanowni Panowie Pogromcy Nienaukowości!

Niedawno apelowali Panowie do Rzecznika Praw Obywatelskich, by nie wziął udziału w konferencji (lub „konferencji” – zależnie kto pisze) poświęconej medycznej marihuanie (lub „tak zwanej” medycznej marihuanie – jw.). Nie wiem, czy to pod wpływem tego apelu rzecznika we Wrocławiu nie było. Oficjalnie zatrzymały go w Warszawie ważne obowiązki. W przesłanym organizatorom filmie p. Bodnar w pełni poparł chorych w ich walce o dostęp do marihuany i zgodził się z diagnozą naszego środowiska, że aktualne prawodawstwo nie pozwala na pełną realizację zapisanego w Konstytucji prawa obywateli do ochrony zdrowia. (Film jest do obejrzenia tutaj.) W kontekście wymowy wypowiedzi rzecznika jednak byłbym skłonny uwierzyć w ważne obowiązki.

Ale ja nie o tym. Chciałem zapytać Panów, czy podjęliby Panowie próbę przekonania do nieużywania nienaukowej marihuany rodziców dzieci chorych na lekooporną padaczkę. Lekooporną, czyli niedającą się opanować naukowymi farmaceutykami. Niektórzy z tych rodziców już wiedzą, że marihuana w przypadku ich dzieci działa. Nieliczni szczęśliwcy mogli się o tym przekonać legalnie, dla pozostałej większości desperackie próby zdobycia skutecznego leku mogą oznaczać więzienie. Czy zatem nie byłoby pożądane, by ich przekonać do tego, żeby dali sobie spokój z tak nienaukowym lekiem? Wytłumaczyć, że podnoszony przez Panów brak naukowych podstaw dla stosowania marihuany (zapomnijmy na chwilę o setkach istniejących badań) jest istotniejszy niż możliwość (bywa, że pojawiająca się dopiero po kilku latach życia) wystartowania przez dzieciaka z normalnym rozwojem? Wytłumaczyć, że argument formalny (badania) jest ważniejszy niż znaczna, czasem nawet 95%, redukcja liczby napadów padaczkowych? Może warto podjąć taką próbę, bo wielu niczego nieświadomym rodzicom zdaje się, że znaleźli w marihuanie to, czego ich dzieciom nie daje oficjalna medycyna. Ja jestem całym sercem z tymi dziećmi i może dlatego nie znajduję odpowiednich argumentów, by ich rodziców do marihuany zniechęcić. Wierzę, że Panowie zrobią to odpowiednio fachowo. Z góry dziękuję w imieniu dzieci, ich rodziców i swoim własnym.

Z poważaniem
Bogdan Jot
autor książki „Marihuana leczy”

PS
Nie wiem, czy nie posuwam się zbyt daleko, ale mimo to spróbuję: ze zwykłej ludzkiej ciekawości chętnie dowiedziałbym się, jak zachowaliby się Panowie w (hipotetycznej, mam nadzieję) sytuacji, gdyby na niepoddającą się lekom padaczkę zachorował syn lub wnuk któregoś z Panów: czy z pełnym przekonaniem mówiliby Panowie: „Choruj synku / wnusiu, choruj. Jest co prawda coś, co mogłoby ci pomóc, ale tego ci nie damy, bo to nienaukowe…”?

PS2
W powyższym tekście odnoszę się jedynie do lekoopornej padaczki u dzieci. Robię tak tylko dla ustalenia uwagi, bo oczywiście nie znaczy to, żebym bagatelizował problemy epileptyków dorosłych, którym marihuana też nienaukowo pomaga. To samo odnosi się do osób chorych na stwardnienie rozsiane. I na chorobę Leśniowskiego-Crohna. I na przewlekły ból neuropatyczny. I na spowodowane chemioterapią niedające się powstrzymać pigułkami nudności. I na chroniczne migreny. I…