Po Wrocławiu, przed Wrocławiem

Już gdzieś zapowiedziała Dorota, że w lutym odbędzie się kolejna cannabisowa konferencja we Wrocławiu. Na razie znana jest data (3-4 lutego 2017) i miejsce (jak poprzednio, Uniwersytet Przyrodniczy). Prace nad programem już się zaczęły i wstępnie zapowiada się bardzo ciekawie i profesjonalnie. Na razie tylko tyle, żeby uniknąć takich falstartów (zwłaszcza personalnych) jak poprzednio.

Ten wpis zamieszczam dlatego, że w Sieci są nagrania z konferencji majowej, o czym tutaj jeszcze nie poinformowałem.

Gdyby ktoś chciał obejrzeć jedynie moje wystąpienie o układzie endokannabinoidowym, to jest ono tutaj, ale uważam, że warto zapoznać się z całym dostępnym materiałem (choć widzę, że nie jest to całość konferencji, ale spora część na pewno). Filmy z konferencji (4 pliki) zostały umieszczone na YouTube.

Och, Karol

Krótka informacja: zakończyły się boje Karola z polskim wymiarem, nazwijmy go umownie, sprawiedliwości. Jak pisałem wcześniej tutaj i tutaj, chory na Leśniowskiego-Crohna Karol został skazany za uprawianie sobie leku i zdecydował się na apelację. Parę dni temu powiedział mi, że sprawa jest już zakończona, bo sąd apelacyjny szybko się uwinął i wydał wyrok: kara została obniżona do 1 roku w zawieszeniu na 1 rok.

Nie wiem, czy gratulować, czy współczuć, więc może tak: Karol, dużo zdrowia!

To je napad

A właściwie „nápad”, bo to po czesku. Nápad, czyli pomysł. Przyszedł mi do głowy jakiś czas temu, ale uznałem go za zbyt absurdalny jak na nasze warunki i odłożyłem na półkę z napisem „Nierealne”. Ale potem uświadomiłem sobie, że nie jest dobrym pomysłem odrzucanie idei z góry, pod wpływem pierwszego wrażenia (właśnie tak działa burza mózgów – ocenę pomysłów zostawia się na później). Więc sięgnąłem znów po mój nápad i niniejszym poddaję go pod publiczny osąd.

Wielu pacjentów jest zmuszonych kupować lek (susz, olej) w ciemno, mniej lub bardziej (lub wcale) ufając dostawcy. (To znaczy: nikt ich nie zmusza, ale…) Będzie tak dopóty, dopóki nie zostanie wprowadzona legalność medycznej marihuany (mówię o prawdziwej legalności, a nie o kulawej protezie w postaci importu docelowego). Dopiero ona pozwoliłaby na rzeczywistą kontrolę jakości leków. A na razie… Na razie je nápad.

Wymyśliłem sobie, że mogłoby powstać laboratorium, do którego ludzie wysyłaliby próbki swoich leków (albo marychy przyjemnościowej — w końcu fizycznie się nie różnią, a nielegalna jest ta i ta). Laboratorium, wyposażone w dobry chromatograf i w niezbędne wzorce, oznaczałoby poziom podstawowych kannabinoidów (THC, CBD, THCa, CBDa), a także sprawdzałoby, czy w przesłanej próbce nie ma zanieczyszczeń biologicznych i chemicznych. Laboratorium działałoby na normalnych zasadach biznesowych, pobierając za swoje usługi opłaty zapewniające rentowność przedsięwzięcia.

Z punktu widzenia klientów fundamentalne byłoby zapewnienie im anonimowości. Myślę, że jest to do zrobienia. Klient pobierałby ze strony internetowej laboratorium unikalny numer, który umieszczałby w paczuszce z próbką oraz w tytule płatności na rzecz laboratorium. Paczkę można nadać anonimowo na poczcie (być może paczkomaty też są dyskretne, nie pamiętam). Płatności można dokonać na poczcie (przy robieniu przelewów, podobnie jak przy nadawaniu paczek, nie jest wymagane okazanie dowodu osobistego). Wynik analizy byłby publikowany w internecie, oczywiście z wykorzystaniem wspomnianego unikalnego numeru. Wyniki byłyby widoczne dla wszystkich, ale oczywiście to nikomu nie przeszkadza, bo o tym, do kogo należała próbka o danym numerze, wie tylko jej nadawca. Co więcej, publiczny dostęp do wyników mógłby być pożytecznym narzędziem (gdyby okazało się, że 90% przesłanych próbek nie spełnia żadnych norm przyzwoitości; albo gdyby 90% je spełniało…)

Czy działalność takiego laboratorium byłaby legalna? Mojemu nieprawniczemu umysłowi wydaje się, że być może tak. Laboratorium dostaje do analizy jakąś przesyłkę od anonimowego nadawcy i dopóki nie przeprowadzi testów, nie wie, czy w próbce są zakazane substancje. Po analizie już wie, że są, więc zawiadamia organy, które jednak rozkładają ręce, bo nie ma szans stwierdzić, kto to wysłał. Niewykrycie sprawcy, umorzenie. (Zresztą, czy tu w ogóle jest przestępstwo? W Polsce nielegalne jest posiadanie, a tu nikt nie posiada.) Możliwy słaby punkt (znak zapytania, aluzyjnie skierowany do prawników): czy laboratorium mogłoby publikować wyniki w Sieci, czy nie byłoby to jakieś współsprawstwo czy inne pomocnictwo?

Czy władza poszłaby na taki pomysł, czy byłaby skłonna go tolerować? To, myślę, zależy od tego, o co jej chodzi w rządzeniu. Jeśli o nasze dobro, to powinna pójść. Wiadomo, że marihuana jest w Polsce używana terapeutycznie przez tysiące osób. Nie patrzą na to, co mówi Ustawa o przeciwdziałaniu narkomanii, nie patrzą na niepewność dotyczącą zdobytego pokątnie leku. Skoro i tak to robią, to dlaczego przeszkadzać im w sprawdzaniu jakości tego, co będą zażywać? (To samo zresztą z użytkownikami przyjemnościowymi: skoro i tak palą, to lepiej by było, żeby dilerzy mieli świadomość, że towar w każdej chwili można sprawdzić.)

No, chyba że władzy nie chodzi o nasze dobro, lecz o to, żeby twardo trzymać nas za mordę, żeby pokazać, kto tu rządzi. Wtedy na poparcie argumentu „nie, bo nie” na pewno jakiś paragraf się znajdzie.

Czekam na komentarze, zwłaszcza prawników i biznesmenów (informuję, że nápad udostępniam gratisowo).

PS

Po opublikowaniu tego tekstu otrzymałem ciekawy komentarz – na tyle ciekawy, że uznałem, że warto go tu umieścić:

[laboratorium mogłoby być związane z gabinetem lekarskim] wykorzystując zasadę tajemnicy lekarskiej jaka obowiązuje w stosunkach lekarz-pacjent. Badanie próbki prawdopodobnie mogłoby być traktowane jako element badania lekarskiego.

PS2

Robi się coraz ciekawiej: znajomy prawnik, znający się na tych rzeczach, twierdzi, że przedsięwzięcie byłoby legalne i da się to „ogarnąć” od strony prawnej. Deklaruje nawet bezpłatną pomoc w załatwieniu formalności, gdyby ktoś się zdecydował. Wygląda więc, że być może nápad wcale nie był tak nierealny, jak mi się wydawało. Czy są chętni właściciele laboratoriów już istniejących lub dopiero planowanych?

List otwarty do Prezydenta Dudy

Bydgoszcz, 23 czerwca 2016

Pan Prezydent
Andrzej Duda

Szanowny Panie Prezydencie!

W czasie kampanii prezydenckiej deklarował Pan, że będzie prezydentem wszystkich Polaków. To standardowe określenie, taką deklarację zwyczajowo składają wszyscy kandydaci. Ja nie mam złudzeń: w kraju tak podzielonym jak nasz małe są szanse spełnienia tej obietnicy. Ale istnieją obszary, w których prezydentem wszystkich Polaków bez wątpienia być można.

Niecałe pół roku temu został złożony w Sejmie projekt ustawy przewidującej możliwość legalnego używania marihuany do celów leczniczych. Pozytywnie byli do niego nastawieni nie tylko wnoszący projekt posłowie klubu Kukiz’15, ale także ci należący do ugrupowania, z którego Pan się wywodzi – wśród nich także p. prezes Kaczyński. Wyglądało, że wszystko jest na dobrej drodze do tego, aby w tym wycinku polskiej rzeczywistości wreszcie zapanowała normalność. Ale nadzieje te były przedwczesne. Ktoś zdecydował (nie wiem, kto konkretnie, ale wiem, która siła polityczna rozdaje karty w obecnym Sejmie), że projekt ustawy zostanie przesłany do konsultacji do pozostałych krajów Unii Europejskiej. To, czy polscy pacjenci będą mogli być leczeni marihuaną, rozważą teraz politycy i urzędnicy na Cyprze, w Portugalii, Grecji, Rumunii, Czechach. Mechanizm konsultacji nie jest obowiązkowy, podobno stosowany jest rzadko. Po otrzymaniu polskiej prośby na pewno zdziwią się Czesi: oni wprowadzili marihuanę do aptek w 2013 i nas o zdanie nie pytali. Rumuni też wprowadzili – i też nie pytali.

Latem zeszłego roku przeprowadzono dwa niezależne badania ankietowe. W jednym z nich za wprowadzeniem w Polsce medycznej marihuany wypowiedziało się 68% zapytanych, w drugim 78%. Czy poparcie tej idei, której Sejm z taką łatwością i z takim pośpiechem się pozbył, na rok albo i dwa opóźniając cały proces, mieściłoby się w pojęciu „bycia prezydentem wszystkich Polaków”? Zastanawiam się: czy ponad 2/3 Polaków to już „wszyscy”? A ponad 3/4…?

Czy w pojęciu „prezydent wszystkich Polaków” zmieściłoby się działanie na rzecz setek tysięcy pacjentów, którzy mogliby skorzystać z nowego prawa? Pacjentów, dla których w tej chwili nie ma skutecznego lekarstwa. Chorych na lekooporne postaci padaczki. Na przewlekły ból neuropatyczny. Na chorobę Leśniowskiego-Crohna. Na niedające się powstrzymać farmaceutykami wymioty i nudności spowodowane przez chemioterapię. Na chroniczne migreny i depresje.

Do tych ludzi polskie państwo odwróciło się plecami. I wciąż stoi odwrócone – kiedy oni najbardziej go potrzebują.

Z wyrazami szacunku

Bogdan Jot
autor książki „Marihuana leczy”

O psychoaktywności kannabidiolu

Główny Inspektorat Sanitarny
Warszawa

Szanowni Państwo!

Niedawno miałem okazję zapoznać się z pismem wysłanym przez GIS do pewnego przedsiębiorcy. Pomijam – jako tutaj nieistotne – meritum tego pisma. Chciałbym natomiast skomentować jeden, kuriozalny moim zdaniem, jego fragment:

Nadmieniam, iż zgodnie z publikacją „Fitoterapia i leki roślinne”, pod red. E. Lamer-Zarawskiej i wsp. (PZWL, 2007 r.) tetrahydrokanabinol (THC), kanabinol (CBN), kanabidiol (CBD), kwas kanabidiolowy (CBDA) zaliczane są do kanabinoidów o działaniu halucynogennym (kanabinole) obecnych w konopiach.

Użyte w urzędowym piśmie stwierdzenie o psychoaktywności CBD i CBDa jest bardzo dziwne, bo stoi w sprzeczności nie tylko z panującym powszechnie przekonaniem, lecz także (przede wszystkim) z wynikami przeprowadzonych badań naukowych. (Określenie „niepsychoaktywny składnik konopi” znajduje się we wstępie do praktycznie każdego tekstu naukowego dotyczącego CBD – naprawdę, proszę sprawdzić.)

Dla dochowania należytej staranności skontaktowałem się z autorką cytowanego tekstu. Niestety, nie uzyskałem od niej odpowiedzi na pytanie o źródła jej wiedzy na ten temat.

Nie wiem, czy to jest normalna praktyka, że GIS opiera swoje opinie (wpływające przecież na istotną sferę życia obywateli) na pojedynczych cytatach z książek. Jeżeli tak, to chciałbym zwrócić uwagę, że cytaty nie zawsze muszą być zgodne z prawdą naukową, nawet jeśli są zawarte w książkach renomowanych wydawców, nawet jeśli ich autorem jest osoba z tytułem profesora. Zawsze dobrze jest, moim zdaniem, poszukać potwierdzenia w innych źródłach.

Korzystam z okazji, by podać Państwu odnośniki do paru badań naukowych, których autorzy zajęli się właśnie psychoaktywnością CBD:
http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC3481531/
http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC3055598/
http://link.springer.com/article/10.1007/BF00432554
http://bjp.rcpsych.org/content/197/4/259.full
http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/6285406

Z poważaniem
Bogdan Jot
autor książki „Marihuana leczy”

O nienaukowej marihuanie

Ten tekst jest inspirowany listem wysłanym przez dwóch panów do Rzecznika Praw Obywatelskich przed konferencją we Wrocławiu.

Pan Jakub Zawiła-Niedźwiecki (jakub@zawila-niedzwiecki.pl)
Pan Jacek Olender (jolender@sns.edu.pl)

Szanowni Panowie Pogromcy Nienaukowości!

Niedawno apelowali Panowie do Rzecznika Praw Obywatelskich, by nie wziął udziału w konferencji (lub „konferencji” – zależnie kto pisze) poświęconej medycznej marihuanie (lub „tak zwanej” medycznej marihuanie – jw.). Nie wiem, czy to pod wpływem tego apelu rzecznika we Wrocławiu nie było. Oficjalnie zatrzymały go w Warszawie ważne obowiązki. W przesłanym organizatorom filmie p. Bodnar w pełni poparł chorych w ich walce o dostęp do marihuany i zgodził się z diagnozą naszego środowiska, że aktualne prawodawstwo nie pozwala na pełną realizację zapisanego w Konstytucji prawa obywateli do ochrony zdrowia. (Film jest do obejrzenia tutaj.) W kontekście wymowy wypowiedzi rzecznika jednak byłbym skłonny uwierzyć w ważne obowiązki.

Ale ja nie o tym. Chciałem zapytać Panów, czy podjęliby Panowie próbę przekonania do nieużywania nienaukowej marihuany rodziców dzieci chorych na lekooporną padaczkę. Lekooporną, czyli niedającą się opanować naukowymi farmaceutykami. Niektórzy z tych rodziców już wiedzą, że marihuana w przypadku ich dzieci działa. Nieliczni szczęśliwcy mogli się o tym przekonać legalnie, dla pozostałej większości desperackie próby zdobycia skutecznego leku mogą oznaczać więzienie. Czy zatem nie byłoby pożądane, by ich przekonać do tego, żeby dali sobie spokój z tak nienaukowym lekiem? Wytłumaczyć, że podnoszony przez Panów brak naukowych podstaw dla stosowania marihuany (zapomnijmy na chwilę o setkach istniejących badań) jest istotniejszy niż możliwość (bywa, że pojawiająca się dopiero po kilku latach życia) wystartowania przez dzieciaka z normalnym rozwojem? Wytłumaczyć, że argument formalny (badania) jest ważniejszy niż znaczna, czasem nawet 95%, redukcja liczby napadów padaczkowych? Może warto podjąć taką próbę, bo wielu niczego nieświadomym rodzicom zdaje się, że znaleźli w marihuanie to, czego ich dzieciom nie daje oficjalna medycyna. Ja jestem całym sercem z tymi dziećmi i może dlatego nie znajduję odpowiednich argumentów, by ich rodziców do marihuany zniechęcić. Wierzę, że Panowie zrobią to odpowiednio fachowo. Z góry dziękuję w imieniu dzieci, ich rodziców i swoim własnym.

Z poważaniem
Bogdan Jot
autor książki „Marihuana leczy”

PS
Nie wiem, czy nie posuwam się zbyt daleko, ale mimo to spróbuję: ze zwykłej ludzkiej ciekawości chętnie dowiedziałbym się, jak zachowaliby się Panowie w (hipotetycznej, mam nadzieję) sytuacji, gdyby na niepoddającą się lekom padaczkę zachorował syn lub wnuk któregoś z Panów: czy z pełnym przekonaniem mówiliby Panowie: „Choruj synku / wnusiu, choruj. Jest co prawda coś, co mogłoby ci pomóc, ale tego ci nie damy, bo to nienaukowe…”?

PS2
W powyższym tekście odnoszę się jedynie do lekoopornej padaczki u dzieci. Robię tak tylko dla ustalenia uwagi, bo oczywiście nie znaczy to, żebym bagatelizował problemy epileptyków dorosłych, którym marihuana też nienaukowo pomaga. To samo odnosi się do osób chorych na stwardnienie rozsiane. I na chorobę Leśniowskiego-Crohna. I na przewlekły ból neuropatyczny. I na spowodowane chemioterapią niedające się powstrzymać pigułkami nudności. I na chroniczne migreny. I…

Epileptolodzy o marihuanie

W Sieci dostępny jest dokument pt. „Stanowisko Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Epileptologii w sprawie leczenia padaczki produktami na bazie marihuany”. Nie ma daty, ale jest stosunkowo świeży (myślę, że ma około roku). Gdyby ktoś chciał przeczytać go w całości, link do dokumentu jest tutaj. Poniżej parę moich uwag do wybranych fragmentów.

Większość badań wskazujących na korzystny efekt marihuany medycznej pochodzi z badań obserwacyjnych, ale tylko pojedyncze spełniają kryteria podwójnie ślepej próby kontrowanej  (tak w oryginale)  placebo.

Z tego zdania można wyciągnąć 2 wnioski:

1. wg PTE wartość mają jedynie takie badania, w których naukowcy jednej części badanych (dla przypomnienia: ludziom chorym!) świadomie, z pełną premedytacją podają coś, co nie zawiera ani trochę substancji czynnej. Jeżeli zadziała efekt placebo, to fajnie (fajnie dla chorych, nie dla badania), a jeżeli nie, no to trudno, będziemy obserwować, jak się męczą.

2. nie mają natomiast dla PTE większej wartości badania, w których jeden naukowiec po prostu stwierdza: temu pomogło, inny mówi: tamtemu pomogło, jeszcze inny: pomogło tamtym dwóm. Banalne stwierdzenie, że zaobserwowano pozytywne działanie nie jest zbytnio godne uwagi.

Obecnie skuteczność medycznej marihuany w leczeniu padaczki jest co najwyżej słabo udokumentowana.

Chętnie bym się dowiedział, w jaki sposób określa się, kiedy skuteczność jest już udokumentowana wystarczająco. Liczbą badań? Łączną liczbą badanych (z wliczeniem grup kontrolnych czy bez?) Czy może arbitralną decyzją prezes Towarzystwa, że tak – już jest?

Polskie Towarzystwo Epileptologii (PTE) w opublikowanych w 2014 roku Zaleceniach Polskiego Towarzystwa Epileptologii dotyczących leczenia napadów padaczkowych u dorosłych (Jędrzejczak i wsp., 2014), które zostały przygotowane w oparciu o najnowsze doniesienia naukowe, nie uwzględniło możliwości leczenia produktami leczniczymi na bazie pochodnych Canabis sativa (marihuany).

Ta decyzja jakoś dziwnie mnie nie dziwi…

Dopóki nie ma danych opartych na dowodach ta opcja mogłaby być rozważana tylko w przypadkach braku skuteczności terapii standardowej i nie powinna dotyczyć pacjentów, którzy nie stosują się do zaleceń i chcą ominąć standardową terapię.

1. W Polsce na lekooporną padaczkę choruje na pewno grubo ponad 10 tysięcy dzieci i kilka razy więcej dorosłych. Lekooporną – czyli taką, w której terapia standardowa okazała się nieskuteczna. Czy należy zatem rozumieć, że PTE w powyższym akapicie zaleciło rozważenie użytku marihuany w terapii tych osób? Niskie ukłony w imieniu wszystkich chorych, choć ja wolałbym, żeby to zalecenie miało mniej zawoalowaną formę. I nie bardzo rozumiem, dlaczego we wspomnianych wyżej rekomendacjach marihuana jednak nie została uwzględniona. Czyżby kilkadziesiąt tysięcy osób było grupą na tyle małą, że PTE po prostu jej nie zauważyło? To oznaczałoby, że PTE zajmuje się jedynie tą grupą chorych (ok. 2/3), u której istnieje uzasadnienie stosowania farmaceutyków.

2. Pacjentów, którzy nie stosują się do zaleceń i chcą ominąć standardową terapię zdecydowanie należy dyscyplinować. Czy weterynarz konsultuje z koniem szczegóły terapii? Pacjent nie jest od sugerowania sposobu leczenia, pacjent ma położyć uszy po sobie i łykać takie tabletki, jakie mu zostaną zapisane. A że mu nie smakują albo nie lubi ich efektów ubocznych? To niech się nie leczy, przymusu nie ma.

Doniesienia medialne, które rzadko wskazują na niepowodzenia leczenia, nie powinny być podstawą decyzji medycznych. Dopóki nie będzie wiarygodnych badań i wystandaryzowanych produktów, marihuana medyczna powinna być stosowana z niezwykłą ostrożnością.

Mała Oleńka Janowicz, chora na lekooporną padaczkę, dzięki determinacji swojej mamy miała zgodę na sprowadzanie dla niej marihuany w ramach importu docelowego. Jednak procedura uzyskiwania zezwolenia, a potem sprowadzania leku z Holandii, jest bardzo przewlekła i Ola, gdy już skończył się zapas ratującej jej życie marihuany, a jeszcze nie dotarła nowa, zmarła w wyniku bezdechu spowodowanego kolejnym napadem. Czy taka ostrożność jest zdaniem PTE wystarczająca? (Na marginesie: też się zastanawiam, czy media zainteresują się tym przypadkiem niepowodzenia. Powinny, ale przecież w Polsce „mamy możliwość leczenia się marihuaną”, więc o czym tu pisać…?)

Badania tego typu pozwolą po pierwsze ustalić grupę chorych, u których preparaty te mogą przynieść najwyższe korzyści terapeutyczne, po drugie wskazać na sposób dawkowania i profil farmakokinetyczny leku oraz ocenić potencjalnie niekorzystne krótko- i długoterminowe skutki działania tych preparatów.

Tak, to bardzo ważne. Ale proszę mi powiedzieć: czy PTE dysponuje już dokumentami (badaniami) oceniającymi potencjalnie niekorzystne krótko- i długoterminowe skutki braku jakiegokolwiek skutecznego leku u chorych na lekooporną padaczkę? Czy może te skutki są dla Towarzystwa tematem mniej interesującym?

Tylko farmaceutycznie opracowana formuła CBD, która będzie spełniała wymogi FDA, będzie możliwa do podawania pacjentom.

O, to ciekawe stwierdzenie: o ile nie jest tajemnicą, że polskie prawo jest w dużej części stanowione w Brukseli, a wiele naszych ustaw to jedynie tłumaczenia ustaw unijnych, to nie wiedziałem, że regulacje dotyczące stosowanych w Polsce leków pochodzą z Waszyngtonu. Nie wiem, skąd wzmianka o FDA w tym dokumencie. Zapatrzenie w twardą waszyngtońską politykę antymarihuanową? Nadzieja, że FDA będzie dłużej opierać się naciskom pacjentów niż EMA (Europejska Agencja Leków)?

 

Omawiany tu dokument jest dla mnie bardzo smutny. Zabrakło mi w nim jednego elementu, który powinien być najważniejszy: pacjentów. To znaczy – nie, oczywiście, oni tu są. Jako przedmiot badań. Jednak ja jako potencjalny pacjent zdecydowanie wolałbym, żeby lekarz traktował mnie podmiotowo. Co najmniej jako partnera w terapii, a może nawet (czy nie za bardzo fantazjuję?) jako osobę ważniejszą w tym dwuosobowym układzie. Chciałbym, by lekarz traktował mnie bardziej jak krawiec traktuje klienta niż jak weterynarz konia.

Dzieci, u których występuje kilkadziesiąt napadów dziennie, albo sto, a czasem dwieście, nie mają zbyt wiele czasu, bo bez czegokolwiek, co ograniczy ich napady, stoją z rozwojem. Dorośli też nie mają lekko: choroba nie tylko jest uciążliwa, choroba często nie pozwala im normalnie funkcjonować (choćby pracować, by zarobić na jedzenie czy na leki), a w skrajnych przypadkach może zabić. Niekorzystne skutki działania kannabinoidów (i to w dodatku „potencjalne”), mające tak fundamentalne znaczenie dla autorów dokumentu PTE, dla chorych są mniej istotne. Nie, nie dlatego, że nie zależy im na zdrowiu, lecz dlatego, że skutki braku leczenia są na tyle dolegliwe, że chcieliby móc zaryzykować. I chcieliby móc liczyć na pomoc swojego lekarza. Doniesienia o wyjątkowej nietoksyczności CBD i toksyczności THC znacząco niższej niż większości farmaceutyków wydają się przekonywać coraz więcej chorych. PTE przekonane nie jest. Dlaczego? To wydaje się jasne, ale dla wszelkiej pewności zajrzałem do statutu Towarzystwa. Interesujący mnie punkt brzmi: „Członkiem zwyczajnym może być lekarz lub specjalista zajmujący się naukową lub oświatowo-medyczno-społeczną problematyką padaczki i który opłaca składki„. No tak, traktowany przedmiotowo chory się nie dostanie. Ale to przecież jest towarzystwo naukowe, nie? Otóż nie: „Celem PTE jest popieranie każdej inicjatywy mającej na celu pomoc chorym z padaczką„. Czyli: popieranie inicjatyw na rzecz chorych z padaczką jest dla chorych z padaczką niedostępne. Do związku weterynarzy koni nie przyjmują.

Ale… czy ja aby nie przesadzam? Przecież cała ta ostrożność może mieć na celu tylko i wyłącznie dobro pacjenta, ochronę przed niesprawdzonymi specyfikami, które mogą wyrządzić więcej szkody niż pożytku… Mówiąc szczerze, nie bardzo w to wierzę. Ale dobrze, spróbujmy: od pewnego czasu prowadzony jest w CZD eksperyment, w którym epileptycznym dzieciom podaje się Sativex, wyciąg z marihuany zawierający THC i CBD. W dołączonej do leku ulotce producent ostrzega przed stosowaniem preparatu u nieletnich (!) oraz u osób chorych na padaczkę (!). Pytanie: czy PTE występowało kiedykolwiek przeciwko temu badaniu, mogącemu ewidentnie pogorszyć stan zdrowia małych pacjentów Centrum? (Ostrzeżenie dotyczy „potencjalnie niekorzystnych skutków działania”, czyż nie?) Jeśli występowało, to będę skłonny zrewidować moje opinie wyrażone w tym tekście. Przynajmniej częściowo. Ale coś mi mówi, że nie będę musiał…
ostrzezenie_SativexPS.
Ten tekst wysyłam mejlem do PTE (office@epilepsy.org.pl), ale, szczerze mówiąc, odpowiedzi się nie spodziewam. Gdyby nadeszła, oczywiście ją opublikuję.

„Wprowadzenie do Medycznej Marihuany”

Półtora roku temu byłem w Pradze na dużej, czterodniowej konferencji poświęconej medycznej marihuanie. Rozdawano tam fajną, rzeczową broszurkę napisaną przez młodego holenderskiego naukowca Arno Hazekampa (który zresztą był jednym z prelegentów w czasie konferencji). Dziś Arno pracuje w firmie Bedrocan – to oficjalny dostawca marihuany do holenderskich aptek.

Broszurkę zachowałem na pamiątkę, niestety, jest po czesku. Pomyślałem sobie, że fajnie byłoby, gdyby coś takiego ukazało się po polsku. No i ukazało się. Trochę trwało, ale jest. Nie w formie drukowanej broszurki, ale w pdf-ie jest dokładnie tyle samo wiedzy… Ponieważ mam swój udział w powstaniu polskiej wersji, wiem, że spokojnie można tę lekturę polecać wszystkim zainteresowanym.

Więc polecam. Lekarzom, pacjentom, opiekunom, pasjonatom: można go ściągnąć stąd (plik ma ok. 4,5 MB).

Może dlatego – polemiki

Otrzymałem komentarz od autorki tekstu, którego dotyczył mój poprzedni polemiczny wpis. Komentarz można przeczytać w całości tutaj. (Zaznaczam, że tam jest całość, bo tutaj znowu zamierzam zastosować demagogiczną metodę odnoszenia się do niektórych tylko fragmentów. Dlaczego jest ona demagogiczna i zła, dalibóg nie wiem, dla mnie jest oczywiste, że fragmentów, które np. nie są interesujące albo nie są polemiczne, nie ruszam, bo i po co.)

Co do metod naturalnych i Hashimoto – spotkałam się ze strasznym kłamstwem, dotyczącym zastępowania leczenia przeciwnowotworowego niejakim olejem RSO – to o wiele bardziej groźne niż zaostrzenie objawów powoli rozwijającej się niedoczynności tarczycy. Odwołałam się do Hashimoto bo to choroba, z której producenci suplementów uczynili prawdziwe monstrum, nieźle na tym zarabiając, i faszerując ludzi kolejnymi absurdami.

Zarówno w omawianym poprzednio artykule, jak i w tej odpowiedzi, widzę u Pani manierę skakania ad libitum po różnych tematach, powiązanych ze sobą luźno albo i wcale. (Czy na tym ma polegać moja demagogia – że chcę się trzymać ściśle tematu?)

Mój komentarz dotyczył choroby Hashimoto i terapii hormonalnej. Przypomnę: „nigdy nie spotkałem się z poważnym postulatem zamienienia terapii hormonalnej terapią marihuanową”. Co ma z tym wspólnego leczenie (lub „leczenie”, jak Pani woli) raka przy pomocy „niejakiego RSO”? Nasza rozmowa (przynajmniej ja ją tak demagogicznie widzę) jest o medycznej marihuanie, nie o „nieźle zarabiających producentach suplementów”.

Ale absolutnie nie uciekam od tematu raka i RSO. To prawda, że nie ma na ten temat tak drogich Pani sercu badań naukowych, które by potwierdzały jego właściwości przeciwnowotworowe (choć dotychczasowe badania in vitro i in vivobardzo obiecujące). A proszę mi powiedzieć: skąd mają brać się takie badania, jeśli na pewno nie sfinansuje ich Big Pharma ani latające jej koło tyłka rządy. A na dodatek, dla wszelkiej pewności, RSO jest nielegalny nawet tam, gdzie legalna jest medyczna marihuana. (Dopiero niedawno rząd kanadyjski zrobił wyłom i zalegalizował ekstrakty, a tą samą drogą ma też pójść nowelizujący właśnie prawo rząd niemiecki.) Ale mam dla Pani niedobrą wiadomość: nie ma również badań, które by pokazywały nieskuteczność bądź szkodliwość takiej terapii. No i teraz, Pani Doktor, nadszedł nieprzyjemny dla polskiego lekarza moment zdeklarowania się: czy opowiada się Pani za pacjentem i jego prawem do spróbowania każdego lekarstwa, czy też jednak uważa Pani, że ważniejsze są opracowane przez urzędnika procedury, a pacjent ma się im podporządkować.

(Proszę zauważyć, że w tej dyskusji nie wyciągam, mimo dużej pokusy, argumentu 3% skuteczności legalnej terapii przeciwnowotworowej.)

Leki znoszą objawy. A marihuana leczy? Wydaje mi się, że nie jest LEPSZA, co oznacza nie że jest bezużyteczna, ale do cudu który uwolni cywilizację od wszystkich bolączek, bezboleśnie, i bezproblemowo niestety jej daleko.

Świetny chwyt polemiczny: podać nieistniejący argument adwersarza, a potem go przekonująco zbić. Dlaczego nieistniejący? – proszę mi powiedzieć, kto z poważnych dyskutantów twierdzi, że marihuana jest cudownym lekiem? Ja nikogo nie znam, a wydawało mi się, że z tych poważnych to znam u nas wszystkich. No, ale może się mylę, niecierpliwie czekam na wskazanie palcem.

Prokurator jest po to aby bronić pacjentów, a nie kryć lekarzy – zgadzam się. Ale nie powinien też służyć do wyłudzania odszkodowań – a zaczynamy doganiać stany.

Nie wiem, jakie jest Pani zdanie o Jerzym Ziębie. Większość polskich lekarzy ma go za znachora i szkodzącego (ale nie wiem: pacjentom czy lekarzom) szarlatana. Proponuje on taką zmianę prawa, by lekarz mógł, w porozumieniu z pacjentem, stosować w leczeniu dowolną terapię, by nie był ograniczony procedurami. Zgoda pacjenta zwalniałaby lekarza od odpowiedzialności bez względu na wynik terapii.

Nie wiem czy to przypadek Pana mamy, ale często jest tak, że pacjent zmienia lekarzy, i nadal bierze leki od „starego, gorszego” specjalisty, i te które dostaje on „nowego”, mimo że różnią się tylko nazwą. Mimo bardzo ograniczonej praktyki widziałam już kilka przypadków tzw. „polipragmazji jatrogennej”, rekordzista brał 30 pigułek i gdyby nie możliwość komputerowej weryfikacji wydanych recept (Hiszpania) – nigdy byśmy do tego nie doszli.

OK, ale nie odpowiada to na moje pytanie: dlaczego lekarzom nie przeszkadzają interakcje pomiędzy rozlicznymi farmaceutykami (w każdym razie nie na tyle, żeby się jakoś szczególnie ograniczać w ich przepisywaniu), a nagle jest to problem w przypadku całkowicie naturalnej substancji, która oczywiście może reagować z chemią, ale przynajmniej nie zwiększają sumy ogólnego zatrucia organizmu. (A, i czasami zmniejszają zapotrzebowanie na farmaceutyki – co z oczywistych względów nie wszystkim się podoba.)

Usunęłam fragment o dzieciach z ADHD które matki (na zachodzie, do nas chyba to jeszcze nie dotarło) faszerują od młodego wieku THC. To, że THC ma wpływ na rozwijający się mózg jest już dzisiaj pewne.

Czy z taką samą żarliwością występuje Pani przeciwko stosowaniu chemioterapii u dzieciaków? Czy może uważa Pani, że chemioterapia jest dla dzieci obojętna? Proszę pamiętać, że nie rozmawiamy tu o zapaleniu sobie skręta z dzieckiem w sobotni wieczór, lecz o dramatycznych przypadkach ciężkich chorób dziecięcych. Zapewne słyszała Pani o Maxie Gudańcu: przez 5 lat stał w rozwoju umysłowym, dosłownie stał, bo napady padaczki resetowały mu umysł w rytmie kilkaset razy na dobę. Pomogła mu dopiero medyczna marihuana zawierająca, o zgrozo!, szkodliwy dla dzieci THC. Co by Pani poradziła jego rodzicom: żeby poczekali z marihuaną, aż Max osiągnie pełnoletniość i dopiero wtedy zaczął uczyć się siadać?

Nie słyszałem o modzie „faszerowania dzieci THC”. Słyszałem o przypadkach bardzo podobnych do opisanego wyżej, gdzie THC (w bardzo niewielkich dawkach) sprawił, że odblokował się rozwój tych dzieciaków. Istotnie, THC rzeczywiście miał wpływ na ich rozwijający się mózg. W Polsce odpowiedni ludzie (w tym lekarze) stoją na straży, żeby nie miał.

Dodam jeszcze, że lekarz nie wypisze marihuany, póki nie będzie miał pewności, że to lek który ktoś przetestował, gwarantując jego bezpieczeństwo.

Skoro uważa Pani, że przepisując jakikolwiek farmaceutyk lekarz ma jakąkolwiek pewność, to znaczy, że nie czytała Pani żadnej z poleconych poprzednio dwóch książek. Jeszcze raz zachęcam (choć uprzedzam, że lektura może przewrócić Pani poukładany świat składający się z dobrych sprawdzonych lekarstw).

Słyszałam o 2 przypadkach pogorszenia padaczki (w jednym z nich – dramatycznie), oraz o przypadku wystąpienia objawów przypominających obrzęk mózgu po podaniu (ustalenie czy te objawy – !nie obrzęk, objawy!) były przyczyną MM było niemożliwe do ustalenia ze względu na chorobę podstawową.

Nie bardzo rozumiem: czy te (niepewne na dodatek!) przypadki są dla Pani argumentem przeciw MM? Bo mocno mi to przypomina scare tactics prohibicjonistów: niby związku wykazać nie można, ale, wicie, rozumiecie, no coś tam chyba było.

(A na marginesie: czy to dramatyczne pogorszenie padaczki nie miało aby miejsca w CZD, gdzie – wbrew wyraźnym ostrzeżeniom producenta – prowadzono na małych pacjentach eksperyment z wykorzystaniem Sativexu? Bardzo bym się nie zdziwił…)

Nie wątpię, że prokurator znajdzie jednak związek przyczynowo-skutkowy, albo odwoła się do wspomnianej kwestii wytycznych.

W tej chwili pewnie tak, dlatego jak najszybciej jest potrzebna zmiana prawa.

Wytyczne nie są złe – EBM nie jest doskonała, ale wyobraża sobie Pan aby każdy leczył wedle własnego uznania? Np. bo producent leku zachwalał produkt?

Fakt, dać lekarzowi prawo samodzielnego podejmowania decyzji to ryzykowny pomysł. Tylko po kiego grzyba studia lekarskie trwają całe 6 lat (+ jeszcze praktyki i inne pieszczoty). Podejrzewam, że czytania wytycznych ze zrozumieniem można skutecznie wyuczyć w rok.

Czytałam Pana książkę. Dużo jest tam wiki-science

Nie, „Wiki-science” nie ma tam wcale. Wikipedią posiłkowałem się przy podawaniu pewnych dość powszechnie znanych faktów (żeby nie używać słów „mówi się, że”) czy definicji chorób (zakładam, że te nie są kontrowersyjne). „Science” pochodzi z badań naukowych znalezionych np. przy pomocy PubMedu.

niektóre fragmenty były całkiem dobrze napisane, jednak nie jest to poziom oksfordzkiego „Handbook of cannabis”.

Z pokorą spuszczam głowę. Przed załamaniem nerwowym ochroni mnie jednak fakt, że moim zamiarem nie było napisanie dzieła na takim poziomie. Chciałem napisać książkę popularnonaukową (a nawet popularno-popularnonaukową), która w oparciu o poważne źródła, ale w sposób przystępny również dla osób niemających żadnego przygotowania fachowego, będzie wprowadzeniem do tematu medycznej marihuany. Parę osób mówiło mi, że mi się to udało. (Proszę sobie wyobrazić, że mówili tak również lekarze.)

Niestety, to jak podchodzi Pan do marihuany dalekie jest od (modne ostatnio wyrażenia) „holistycznego podejścia”.

Nie wiem, co Pani rozumie przez podejście holistyczne. Czy holistycznie podchodzą do pacjentów polscy lekarze? (Ponownie przywołam znachora Ziębę: na jednym z wykładów opowiadał, że grono trzęsące polską onkologią zdecydowało o nowym, holistycznym podejściu do raka: zamiast, jak dotąd, stosować albo chemię, albo radio, albo skalpel, teraz ma się do tematu podchodzić holistycznie i stosować wszystkie trzy metody jednocześnie. No, powiało wielkim światem.)

Marihuana promowana nachalnie jako lek, który uleczy wszystkie nasze bolączki to kłamstwo, i za jakiś czas to lekarze będą musieli ją odkłamywać właśnie lekarze.

Czy „nachalne promowanie” to zarzut pod moim adresem? Jeśli tak, to prosiłbym o konkrety (fragment z książki, artykuł, wpis na blogu), żebym mógł się zorientować, o co konkretnie jestem oskarżony. A jeśli chodzi o odkłamywanie marihuany przez lekarzy… ło matko, tego się właśnie boję. Skoro Pani jest lekarzem, to wie Pani świetnie, czego o MM dowiadują się studenci w trakcie 6 lat studiów. Tym z Czytelników, którzy lekarzami nie są wyjaśniam: niczego. Zero. Null. Nothing. Nada. Szanowni polscy lekarze: nie odkłamujcie nam marihuany! Jeżeli chcecie nam pomagać, to zdobądźcie stosowną wiedzę i bądźcie naszymi sprzymierzeńcami w walce z chorobą. A jeżeli nie, to wesprzyjcie nasze prawo do leczenia się tak, jak my uważamy. Nasze życie jest nasze, nie Wasze ani państwowe. I pamiętajcie: Was też może dopaść. Albo kogoś z Waszych bliskich. I gdy zawiedzie Was Święta Farmacja, może być za późno na walkę o legalizację. A Ustawa o przeciwdziałaniu narkomanii nie przewiduje nadzwyczajnego łagodzenia kary dla lekarzy.

PS

No to jeszcze zrzut z ekranu pokazujący kawałek bloga Lady Perfect. I komentarz (żartobliwy, nie złośliwy): nie ma to jak dobry algorytm… 🙂

dlatego2

PS2

Właśnie się dowiedziałem, że dalszego ciągu rozmowy nie będzie. Pani doktor naszkicowała mój profil psychologiczny i uznała, że szkoda jej czasu. Aj, dlaczego mnie to nie dziwi?

…ja już skończyłam. Żal mi czasu na dyskusję będąca próbą zaspokojenia Pańskiego ego. Pan z definicji nie znosi osob, które mają inne zdanie o MM i inną wizję. A muszę Pana rozczarować – inaczej patrzy na MM biolog, farmaceuta, lekarz, producent… I dealer. Zawszę bedą ludzie o odmiennych opiniach i warto ich słuchać. Ale nie zawsze warto wdawać sie w dyskusje. Bez odbioru.

Może dlatego?

Na pewnym blogu pojawił się wpis pt. „Dlaczego lekarze nie chcą przepisywać medycznej marihuany?” Jego autorką jest lekarka. Pozwolę sobie na parę słów komentarza.

Bo marihuana medyczna znosi nie jeden, a całą kompilację objawów. Ale nie leczy przyczyny, rozumiecie? A to duża różnica.

Jak rozumiem, nie jest to zarzut wobec MM, lecz jedynie (bardzo słuszne, moim zdaniem) stwierdzenie pewnego faktu. Bo dokładnie to samo dotyczy także innego rodzaju leków: farmaceutyków. Bo czy leki leczą padaczkę, nawet te postaci nielekooporne? Czy leki leczą stres pourazowy? No nie. Może za jakiś czas, za parę miliardów dolarów, ale na razie nie.

Dlaczego lekarze nie chcą przepisywać medycznej marihuany na chorobę Hashimoto? Litości – nie w roli jedynej formy leczenia. Hormonów nie ma a naprawdę ich nam potrzeba, natomiast Mary Jane ich nie wyczaruje.

Tu powiem szczerze: nie rozumiem argumentu, bo nigdy nie spotkałem się z poważnym postulatem zamienienia terapii hormonalnej terapią marihuanową. W podlinkowanym filmie nie ma mowy o marihuanie, więc jest on zupełnie ni pri cziom. Równie dobrze można zapytać: dlaczego lekarze nie chcą przepisywać medycznej marihuany na odrost utraconej kończyny? Widocznie na to akurat nie działa.

Dlaczego lekarze nie chcą przepisywać medycznej marihuany? Otóż dlatego, że leczenie marihuaną to najczęściej eksperyment, ostatnia deska ratunku, bo nie ma dostatecznej ilości dowodów, aby umieścić ją w wytycznych.

Podejście typowe dla lekarzy: coś ma właściwości lecznicze dlatego, że zostało umieszczone w wytycznych. Zapewniam Panią Doktor, że dla pacjenta, któremu marihuana może przynieść ulgę (a o czym on wie, bo nielegalnie próbował), to, czy ona jest w wytycznych, czy jej nie ma, to najmniejszy z problemów.

…do naszych drzwi coraz częściej puka nie przedstawiciel firmy farmaceutycznej, tylko prokurator. A ten pyta – po co pan to dawał? No po co? Kto mówił, że to pomaga? No?

Tu całkowicie się zgadzam, jest społeczną aberracją, gdy praktykowane przez lekarza leczenie podlega kontroli prokuratorskiej.

Kiedy ktoś leczy, idzie z tym odpowiedzialność – dlatego lepiej trzymać się „sprawdzonych” sposobów.

W Polsce trzymanie się narzuconych procedur jest lepsze niż polisa ubezpieczeniowa – jakby co, to swojaki z komisji odpowiedzialności nie skrzywdzą. A że czasem pacjent zejdzie (choć działanie nieproceduralne mogłoby być może pomóc), to już Naczelnej Izby Lekarskiej nie obchodzi. A jeśli chodzi o „sprawdzone” sposoby (duży plus za cudzysłów), to polecam lekturę tej książki. A potem (albo przedtem) jeszcze tej.

Ale marihuana – też nie jest bez wad. Udowodniono, że przyspiesza rozwój objawów schizofrenii

Sugerowałbym lekturę poświęconego temu tematowi rozdziałowi z „Odkłamywania marihuany„. Zawarte tam rozważania troszkę podważają ten powszechny pogląd.

Zazwyczaj pacjent musi przyjmować już kilka leków. Jeśli dajesz mu coś, co działa w sposób nieznany, a w zasadzie jest mieszaniną ok. 100 kannabinoidów, oraz kilkuset terpenów i innych substancji, a żadnej z nich nie znamy… Nietrudno o interakcje. I np. kannabidiol zwiększa stężenie licznych leków we krwi – od leków na „zgagę”, po przeciwpadaczkowe, przeciwbólowe, przeciwdepresyjne i inne… Które mogą osiągnąć toksyczne wartości. Lekarze nie chcą ryzykować wystąpienia takich interakcji, i skutków zatrucia lekami, i dla mnie jest to oczywiste.

Tak, dla lekarzy to jest oczywiste – ale tylko w stosunku do marihuany. Bo już farmaceutyki to inna historia. Moja mama naliczyła u siebie 16 różnych pigułek. Ktoś jej musiał je przepisać, nie? Jakoś o interakcje się nie martwili.

Igranie z układem endokannabinoidowym… może być bardzo niebezpieczne. O tym przekonali się producenci leku rimonabant, który miał być cudownym środkiem na odchudzanie.

Stawianie znaku równości pomiędzy rymonabantem i marihuaną może wskazywać na kiepskie zrozumienie istoty układu endokannabinoidowego (albo na co innego, ale nie będę spekulował). Z jednej strony syntetyk mający jeden jedyny cel zablokowania działania receptorów CB1, z drugiej mający bardzo szerokie działanie zbiór naturalnych kannabinoidów, terpenoidów, flawonoidów…

 

Tytuł omawianego tu wpisu to „Dlaczego lekarze nie chcą przepisywać medycznej marihuany?”. Nie jest on precyzyjny, proponuję drobną modyfikację: „Dlaczego lekarze w Polsce nie chcą przepisywać medycznej marihuany?”. Są kraje, gdzie lekarze nie mają z przepisywaniem marihuany problemu. Czyżby nie znali argumentów wysuwanych przez naszą blogerkę-lekarkę…? Ten wpis został przez kogoś na Facebooku określony jako „głos rozsądku”. Moim zdaniem to nie jest głos rozsądku. To jest głos polskiego lekarza. Niestety, w Polsce głos lekarza czasami bardzo rozmija się z głosem pacjenta.

PS

Poniżej alternatywna odpowiedź na tytułowe pytanie.

dlatego