Refleksje na czas zarazy

Z różnych stron docierają do mnie informacje o tym, że ciężko chorych, u których wykryto wiadomego wirusa, skutecznie leczy się wlewami z witaminy C. Jak się wydaje, taką terapię dość masowo stosują Chińczycy, znają ją też Amerykanie. Z doniesień wynika, że jest bardzo skuteczna. Tymczasem u nas cisza, morda dalej w kuble. Dlaczego? Poniżej przedstawiam moje przypuszczenia dotyczące przyczyn takiego stanu rzeczy.

Witamina C jest tania, bo jest to produkt niechroniony patentem i może ją produkować i sprzedawać każdy, kto spełni pewne niezbyt trudne warunki. Taka terapia, choć dla chorego może się okazać skuteczna i atrakcyjna cenowo, z punktu widzenia wiadomego przemysłu jest nieakceptowalną konkurencją. Załóżmy, że masowo zaczną się potwierdzać dobre efekty wlewów w przypadku Covid-19. Istnieje wówczas niebezpieczeństwo, że ktoś (chorzy, lekarze, prasa) zacznie się zastanawiać: w takim razie może ta terapia jest skuteczna także w przypadku innych wirusów? A może nie tylko w przypadku wirusów? Na przykład w przypadku sepsy – zakażenia, którego oficjalna medycyna nie jest w stanie opanować. A altmedowcy od dawna mówią, że witamina C daje radę.

Czy na takie zwątpienia w oficjalną wiedzę można sobie pozwolić? Nie, na takie zwątpienia nie można sobie pozwolić. Dlatego oficjalny przekaz jest taki: maseczki na mordy i czekamy na szczepionkę. Oczywiście żadnych wlewów. Uwaga: nie mówimy, że wlewy są nieskuteczne. Tematu wlewów po prostu u nas nie ma, ani w wypowiedziach funkcjonariuszy ministerialnych, ani w wypowiedziach lekarzy, ani na łamach prasy (która przecież dobrze wie, kto zamieszcza u niej tłuste ogłoszenia reklamowe). Tematu wlewów nie ma.

No dobrze, a dlaczego takie rozważania pojawiają się na blogu poświęconym medycznym zastosowaniom marihuany? Powód jest taki, że sytuacja wydaje mi się dość podobna: zarówno o terapeutycznych właściwościach marihuany, jak i o skuteczności wlewów z askorbinianu sodu, nasi lekarze wiedzą (jeśli w ogóle wiedzą, to) nieoficjalnie. Może po godzinach, prywatnie, temat nawet by ich interesował, ale w pracy obowiązuje ich oficjalna wersja: to jest czysty altmed + nie ma badań. Jeśli chodzi o marihuanę, to jeszcze do niedawna minister zdrowia i jego wiceministrowie obficie wypowiadali się, że nie ma czegoś takiego, jak medyczna marihuana. Sejm niespodziewanie zrobił im psikusa i zalegalizował coś, czego nie ma. No to przestali o tym mówić. Nie że nie działa: po prostu nie ma tematu. Może się przyczaili, bo ilości, jakie docierają do naszych aptek są homeopatyczne, więc faktycznie nie ma o czym mówić. A może jest teraz ogólna taktyka taka, żeby nie mówić. Dopóki terapie są niszowe, ograniczone do kilkudziesięciu osób w Polsce, to nie ma niebezpieczeństwa, że zaraza się rozleje. No i jeszcze cena marihuany (medycznej, koniecznie z zaznaczeniem „tak zwanej”): cena jest praktycznie zaporowa, więc z punktu widzenia wiadomego przemysłu, którego interesów establiszment broni jak niepodległości, legalność marihuany („tak zwanej” medycznej) niewiele zmienia.

Witamina C jest tania, więc gdyby zaraza się rozlała, szkody mogłyby być większe. Stąd cisza. A gdyby ktoś z lekarzy jednak chciał się wypowiedzieć – i to jeszcze nie daj Boże pozytywnie – zawsze mamy w odwodzie izby lekarskie (zawieszenie prawa wykonywania zawodu to bez wątpienia groźna broń). Ale na razie o wlewach cisza, więc nie ma się czym martwić. Czekamy na szczepionkę i wtedy ruszamy do ataku.

Paliatywna marihuana

W połowie tego roku opublikowano w naukowym specjalistycznym czasopiśmie Journal of Palliative Medicine artykuł będący podsumowaniem pewnej internetowej ankiety. Ponad 300 osób pracujących w hospicjach (więcej niż połowa to były pielęgniarki) wyraziło swoją opinię na temat użyteczności marihuany w opiece paliatywnej. Przeważająca większość respondentów uznała marihuanę za bardzo przydatną w ich pracy.

Już za niewiele ponad tydzień odbędzie się we Wrocławiu kolejna międzynarodowa konferencja „Medyczna marihuana w teorii i praktyce„. Tym razem będzie poświęcona zastosowaniom w opiece paliatywnej i w zwalczaniu bólu. Wystąpią prelegenci posiadający wiedzę teoretyczną i praktyczną.

Rozsiewajmy tę wiedzę. Przyczyńmy się do tego, żeby i nasi nieuleczalnie chorzy mogli odchodzić w sposób godny: bez bólu, spokojni, pogodzeni z losem. Doświadczenia innych krajów pokazują, że stosowanie medycznej marihuany może w tym wydatnie pomóc.

(Link do tekstu wspomnianego na wstępie: https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/31094609)

O przeciwwskazaniach

Fajnie, że jest w Polsce medyczna marihuana ? w prawie i w aptekach. Fajnie, że jako społeczeństwo wiemy coraz więcej o jej leczniczym potencjale. Fajnie, że rośnie (powoli, ale jednak) liczba lekarzy włączających marihuanę do swojego arsenału terapeutycznego. Powstają nawet specjalistyczne kliniki czy centra medyczne. Takie jak to. Ma na stronie ładnie opisane podstawy medycyny konopnej: jakie lecznicze substancje są zawarte w konopiach, dlaczego na nas działają i w jakich dolegliwościach, jakie są przeciwwskazania.

Zaraz, zaraz? Coś mi tu nie pasuje: przeciwwskazaniami są m. in. „zaburzenia układu nerwowego, pokarmowego, immunologicznego, przewlekłe choroby zapalne układu nerwowego, choroby neurodegeneracyjne, choroby metaboliczne, choroby stawów, choroby onkologiczne, zaburzenia snu, depresja„. No, ale przecież ? o czym wie każdy, kto choć troszkę zapoznał się z tematem ? medyczną marihuanę stosuje się właśnie w tych chorobach. No i najciekawsze przeciwwskazanie: „Każdy pacjent, u którego doszło do zaburzenia funkcji układu endokannabinoidowego„. Marihuana działa tak skutecznie i w tak wielu chorobach właśnie dlatego, że zawarte w niej kannabinoidy wspomagają niedomagający układ endokannabinoidowy, uzupełniając braki endokannabinoidów. To trochę tak, jakby przeciwwskazaniem do stosowania środków przeciwbólowych był odczuwany ból.

Oj, jak widać, wciąż jeszcze jesteśmy na początku drogi?

O dawkowaniu

Szanowni!

Nie zdarza mi się prosić o udostępnianie moich wpisów. Kogo tekst zainteresuje, czyta do końca, a kto uzna, że wart jest on rozpowszechnienia, podaje dalej ? ja w to nie ingeruję. Ale tym razem zrobię wyjątek.

Najsłabszym ogniwem polskiego systemu medycznej marihuany są lekarze. Co prawda jeśli chodzi o dostępny w aptekach asortyment, to szału nie ma (raptem jedna odmiana, niekoniecznie odpowiednia dla wszystkich chorych), ale to prawdopodobnie zmieni się w ciągu najbliższych kilkunastu tygodni, może ciut później. A zmiana stanu wiedzy lekarzy to zadanie na lata.

System edukacji lekarzy (studia na akademiach ↔ działania firm farmaceutycznych) wykształcił w nich pewien odruch: jeśli jest jakiś środek terapeutyczny, to jest też odgórnie podane (przez producenta) dawkowanie, które w formie polecenia należy przekazać choremu. Sytuacja, gdy jakaś substancja lecznicza nie ma ustalonych z góry widełek zawierających dawkę skuteczną, a w ustaleniu takiej dawki rola chorego jest co najmniej tak samo (a może nawet bardziej) istotna niż rola lekarza, dla sporej części lekarzy może być trudna do zrozumienia i zaakceptowania.

Ale próbować trzeba, taką samą drogę przebywały inne, bardziej od nas marihuanowo zaawansowane kraje ? tam też uświadamianie lekarzy w kwestii odmiennego, nowego dla nich spojrzenia na kwestię dawkowania, idzie powoli. Ale idzie, więc jest szansa, że pójdzie i tutaj.

Lekarzy, którzy są przekonani o potencjalnym korzystnym działaniu marihuany i chcieliby ją przepisać swoim pacjentom, może powstrzymywać wspomniany powyżej brak wiarygodnych wskazówek dotyczących dawkowania. Może się bowiem zdarzyć, że zbyt gorliwych medyków wezwie na dywanik jakiś Sanepid czy inna izba lekarska i każe się tłumaczyć, skąd wezwany wiedział, ile przepisać. W końcu na studiach o tym nie mówili. Dlatego pod tym względem bardzo istotną, być może najważniejszą rzeczą jest dostarczenie chętnym lekarzom stosownego wsparcia, w slangu urzędniczym i korporacyjnym zwanego „dupokrytką”. Rolę tę pełnią wymienione w moim tekście dokumenty źródłowe ? głównie opublikowane w fachowych czasopismach wyniki badań naukowych. Z nimi Sanepidom dyskutować będzie bez wątpienia trudno.

A zatem: udostępniajcie na potęgę! Znajomym lekarzom, znajomym chorym, znajomym. I zachęcajcie, żeby oni zrobili to samo. Im więcej osób to przeczyta, tym większą będziemy mieli grupę lekarzy gotowych spróbować nowej dla nich terapii i tym wyższe będzie ciśnienie stwarzane przez chorych. Innego dokumentu podobnego do zalinkowanego poniżej pdf-a łatwo się nie zdobędzie. Na pewno nie po polsku. Na pewno nie za tę cenę. 🙂

Link do pliku jest taki: http://marihuanaleczy.pl/O_dawkowaniu_MM.pdf

To już niedługo

W książce Kannabidiol leczy wspominam o pewnym ważnym badaniu  przeprowadzonym z udziałem dzieci chorych na lekooporne postacie padaczki. Ważnym, bo po przedstawieniu jego wyników (a dodatkowego znaczenia nabiera tu fakt, że miało to miejsce na forum Amerykańskiego Towarzystwa Epileptologicznego) zaczęło się zmieniać podejście do CBD sceptycznej do tej pory „oficjalnej” medycyny. Trzeba pamiętać, że według amerykańskiego prawa federalnego CBD był traktowany tak samo jak marihuana, czyli jako ciężki narkotyk bez żadnych zastosowań medycznych.

Zainteresowanych szczegółami odsyłam do książki, tu podam jedynie, że dzięki zastosowaniu CBD co najmniej 50-procentową redukcję napadów zanotowano u 47% badanych, a u 9% napady ustały całkowicie. Z medycznego punktu widzenia to blisko cudu ? trzeba pamiętać, że mowa jest o padaczkach lekoopornych.

Dr Bonni Goldstein to pediatra z Kalifornii, od dawna stosująca kannabinoidy w swojej praktyce. Głównie w leczeniu padaczki, choć nie tylko. Na jednej z kannabisowych konferencji podsumowała swoje doświadczenia w leczeniu 201 młodych pacjentów. Każdy z nich w swoim życiu spróbował już średnio 12 różnych leków przeciwpadaczkowych ? od 2 do 22 (!) W momencie wdrażania terapii marihuaną przyjmowali na raz od 0 do 7 farmaceutyków (przy czym 0 dotyczyło tylko 7% z nich). Wyniki terapii u dr Goldstein: co prawda pogorszenie nastąpiło u 4% leczonych, a brak rezultatów u 3%, to co najmniej 50-procentowa redukcja napadów była udziałem 68%, a wśród nich całkowita eliminacja objawów choroby nastąpiła u 13% chorych. Wow! (A: nie napisałem, ale można się domyślić, że pacjentów przyprowadzono do pani doktor dlatego, że farmaceutyki nie dawały rady).


Piszę ten tekst dlatego, że już niedługo będziemy gościć we Wrocławiu neurologów bardzo doświadczonych w stosowaniu kannabinoidów w padaczce dziecięcej. Nie, dr Goldstein nie mogła przyjechać, ale przyjedzie trzech innych świetnych fachowców. Cały jeden dzień konferencji poświęcimy stosowaniu marihuany w padaczce dziecięcej. Przed południem goście zaprezentują swoje dotychczasowe doświadczenia w tym zakresie, a po południu będziemy mieli coś, czego jeszcze nie widziałem na żadnej konferencji, nigdzie: w trakcie czegoś w rodzaju publicznego konsylium nasi eksperci podzielą się swoimi sugestiami w kwestii możliwego przebiegu terapii z zastosowaniem marihuany w 5 przedstawionych im przez nas przypadkach dziecięcej padaczki lekoopornej. Moim zdaniem będzie to absolutna rewelacja nie tylko dla chorych i ich rodzin, ale przede wszystkim dla polskich lekarzy: niesamowity warsztat prowadzony przez specjalistów z wieloletnim doświadczeniem w tego rodzaju leczeniu. Oczywiście będzie można zadawać pytania ? i bardzo liczę, że padnie ich cała masa. Dla naszych neurologów otwartych na nowe możliwości terapeutyczne ta konferencja to niezwykła szansa, by skorzystać z wiedzy bardziej doświadczonych kolegów. Nie chciałbym mówić, że szansa niepowtarzalna, ale podejrzewam, że jeżeli się ona kiedyś powtórzy, to nieprędko.

Dodatkową atrakcją tego dnia będzie wprowadzający wykład na temat kannabidiolu ? substancji, o której fantastycznych właściwościach przeciwdrgawkowych napisałem na początku.

Po szczegóły (np. dokładny program i biografie prelegentów) zapraszam tutaj. Bardzo proszę o jak najszersze rozpowszechnianie tej informacji wśród chorych na padaczkę i wśród lekarzy neurologów. To naprawdę wyjątkowa impreza. Sobota 18 V i niedziela 19 V. Widzimy się we Wrocławiu!

Trzy miesiące pana posła

Po uchwaleniu regulacji dopuszczających medyczny użytek marihuany pan poseł Latos zapowiadał, że po 3 miesiącach od wejścia w życie nowego prawa Komisja Zdrowia dokona przeglądu sytuacji i być może zaproponuje zmiany z myślą o lepszym dopasowaniu prawa do potrzeb pacjentów.

Myślę, że coś bym o takiej aktywności komisji słyszał, a nie słyszałem, założę więc, że była to kolejna obietnica rzucona w przestrzeń, żeby było ładniej. Nie jest to dla mnie żadne zaskoczenie ? półtora roku temu przewidywałem, że nic się nie będzie działo, co teraz piszę bez satysfakcji, bo to przecież żadna wielka sztuka, do politycznego picu wadza (aktualna i wszystkie poprzednie) przyzwyczaja nas na co dzień. (Chętnych zapraszam do lektury mojego wpisu na tym blogu z listopada 2017).

Komentarz – dla potomności

Przeczytałem artykuł, pod spodem napisałem komentarz. Ale ponieważ komentarz jest krytyczny, mogą nie opublikować. No to wklejam tutaj, dla potomności:

Niech się na mnie pan Łukasz (autor powyższego tekstu) nie gniewa, ale tak za bardzo to on na temacie się nie zna. Świadczy o tym choćby zdanie „to CBD powszechnie uważane jest za najistotniejszy związek, który służy do leczenia różnego rodzaju schorzeń„. O kannabidiolu napisałem całą książkę i jestem jego wielkim fanem, ale panałukaszowy pogląd (echo powszechnej opinii) jest po prostu nieprawdziwy: mówiąc ostrożnie, THC ma CO NAJMNIEJ tyle samo właściwości leczniczych co CBD, a prawdopodobnie sporo więcej.

Są schorzenia, w których wysoka zawartość THC jest pożądana, a czasami niezbędna. W krajach cywilizowanych mocna marihuana jest postrzegana jako po prostu jeszcze jeden środek terapeutyczny. A to, że w Polsce „niektóre środowiska” uważają inaczej? cóż, psy szczekają, karawana jedzie dalej, a chorzy zadowoleni, że mimo wszystko Red No. 2 został zarejestrowany.

Kolejny przykład panałukaszowej niewiedzy: preparaty o niższej zawartości THC nie zostaną zgłoszone do rejestracji po to, żeby obniżyć zawartość THC. Oto prawdziwy powód: każda odmiana, ze swoją unikalną kompozycją kannabinoidów, terpenów, flawonów i innych składników, jest de facto innym lekiem, lekiem o innych właściwościach. Wprowadzenie nowych odmian nie będzie uzasadnione tym, że są słabsze, lecz tym, że są INNE. Pozwolę sobie na porównanie, które może pomóc w zrozumieniu tego zagadnienia: 50 ml spirytusu da taki sam efekt jak 120 ml wódki, bo tam liczy się TYLKO zawartość C2H5OH. Ale dwa buszki marihuany 20% to nie będzie dokładnie to samo, co cztery buszki marihuany 10%, bo oprócz THC zadziałają wymienione wcześniej pozostałe składniki.

Mr. Knight jest chory

Na FB natknąłem się na film. Występuje na nim człowiek, który gościł już wcześniej na jednym z moich blogów. Nazwijmy go Mr. Knight. Z powodów, o których napiszę na końcu, nie podaję linka do tego nagrania.

Mr. Knight jest chory i uzyskał receptę na medyczną marihuanę. Przed kamerą otwiera pudełko i przystępuje do działań terapeutycznych. Po 3 machach wydaje swoją opinię: „Szału nie ma„, „Na medyczną to się nie kwalifikuje„, „Nie smakuje tak, jak powinno smakować„. Na szczęście wkrótce, po paru kolejnych machach, główny składnik leczniczy zaczyna silniej działać i opinia chorego o jakości lekarstwa poprawia się.

Mr. Knight dostał receptę w pewnej klinice, której nazwę i adres internetowy podał i z którą podpisał umowę: został jej ambasadorem. Nie wiem, co klinika daje swemu ambasadorowi, ale trzeba przyznać, że dobrze się on wywiązuje ze swych ambasadorskich obowiązków, bo w czasie 40-minutowego nagrania wiele razy zachęca do skorzystania z jej usług. Służy też poradą praktyczną: w klinice „każdy znajdzie na pewno jakieś schorzenie, na które jest chory„. Dobry jest na przykład ból pleców.

Tak? ból pleców to dziwna choroba, nie do końca jeszcze poznana. Jej epidemia wybuchła w Kalifornii w drugiej połowie lat 90. i dotknęła głównie mężczyzn w młodym i średnim wieku. Na szczęście właśnie w tamtym czasie wprowadzono w Kalifornii legalność medycznej marihuany i dotknięci epidemią obywatele mogli się skutecznie leczyć.

Jeśli chodzi o klinikę, której ambasadoruje Mr. Knight? cóż, nie znam jej, nie wiem, kto w niej przyjmuje (strona internetowa o tym milczy). Dlatego proszę nie wyciągać żadnych wniosków z faktu, że przypomniała mi się grupa lekarzy kalifornijskich (zwanych „pot doctors”), dla których legalność medycznych zastosowań marihuany stała się ważnym elementem w zawodowej karierze ? to właśnie dzięki tym lekarzom (przedtem tak cienko przędącym, że ? jak głoszą krążące wśród ludzi opowieści ? nie stać ich było na gabinet i przyjmowali pacjentów na plaży) wielu wspomnianych wyżej chorych dało radę wygrać walkę z bólem pleców.

Całe nagranie Mr. Knighta utrzymane jest w luźnym, wesołym tonie, momentami Mr. Knight z trudem opanowuje wybuchy śmiechu. Zwłaszcza pod koniec, gdy lek w pełni ujawnił już swe właściwości terapeutyczne. Mr. Knight cierpi na chroniczny stres, nie dziwię się zatem, że cieszy go fakt zakupienia skutecznego ? miejmy nadzieję ? remedium na trapiącą go przypadłość.

*  *  *

Wyciekanie kontrolowanych substancji do nielegalnego obiegu jest nieuniknione. To, że i w Polsce pojawi się fala zachorowań na ból pleców, było oczywiste. Czy jest to zjawisko normalne? ? Nie. Czy jest to zjawisko groźne? ? Też nie. Po pierwsze, szkodliwość marihuany jest na tyle niewielka, że nawet masowe wystąpienie tego zjawiska nie stanowiłoby, moim zdaniem, problemu. A po drugie, na razie nie ma szansy, żeby leczony marihuaną z apteki ból pleców zaczął u nas występować na dużą skalę. Nie dlatego, że jesteśmy wyjątkowo zdrowym narodem. Także nie dlatego, że pierwsze 7 kilo marychy rozeszło się na pniu ? wkrótce producent dostarczy więcej. Epidemii bólu pleców nie będzie przez cenę suszu: ok. 70 złotych za gram to sporo (1,5-2 razy) więcej niż oferuje czarny rynek i przeważająca większość osób dotkniętych bólem pleców raczej na pewno będzie dalej zaopatrywać się w lekarstwo poza obiegiem oficjalnym.

I na koniec jeszcze zapowiedziane wyjaśnienie, dlaczego nie podaję linka do filmu dokumentującego terapię Mr. Knighta. Otóż fakt, że medyczna marihuana została w Polsce zalegalizowana i że po długim oczekiwaniu rozpoczęła się jej sprzedaż, wcale nie oznacza, że przeciwnicy tego pomysłu odpuścili. W dłuższej perspektywie nie zwojują nic, rozwój ilościowy i jakościowy leczenia marihuaną jest nieunikniony. Ale „tu i teraz” mogą chcieć sypać piach w tryby ? i na pewno skorzystają z każdej okazji. Film Mr. Knighta byłby dla nich fajnym argumentem: „No patrzcie, zobaczcie tych waszych chorych i to wasze leczenie”. Efekt tego sypania piachu w tryby pewnie nie byłby zbyt wielki, ale? mimo wszystko po co dawać przeciwnikowi broń do ręki? Nawet niewielkie ryzyko, że mogą ucierpieć na tym osoby potrzebujące marihuany do celów terapeutycznych, nakazuje wstrzemięźliwość.

Mr. Knightowi życzę dużo zdrowia.

Cochrane pożera własne dzieci

Prof. Peter G?tzsche zadarł z biznesowym przedsięwzięciem o nazwie „szczepionka przeciw HPV”, więc sam jest sobie winien, że go wywalają ze szpitala. I co z tego, że jest ceniony przez pacjentów? Czy to jest jakkolwiek ważne w naszej rzeczywistości? Przyjdzie inny, który nie będzie pyszczył, a ludzie się przyzwyczają.

Dr Peter G?tzsche już się pojawiał na tym blogu (ostatnio tu). Najnowszą swą historię opowiada sam. (Tekst jest dość długi, ale pouczający.)

Wspominam o tym dlatego, że to dalszy ciąg wojny, jaką ludziom wydała przepotężna sekta wyznawców tzw. EBM (medycyny opartej na dowodach), która jest jak komunizm: idea piękna, ale cóż z tego, gdy w praktyce nierealizowalna?

(A swoją drogą: ciekawe, co na temat wstrętów robionych profesorowi G?tzsche myślą ludzie z polskiego oddziału Cochrane i w którym z dwóch wymienionych w jego liście „skrzydeł” się oni znajdują. Chociaż pewnie się nie ujawnią, bo jak widać z tekstu profesora ręce pana Wilsona są długie, a z Londynu do Krakowa wcale nie jest tak daleko?)

Uwagi na smutno

Policja zanotowała kolejny sukces w walce z poważną przestępczością narkotykową trapiącą nasz kraj (vide relacja np. tu), ja jakoś nie mogę się jednak zmusić, żeby ten sukces po obywatelsku skonsumować. Wręcz przeciwnie, odczucia mam dalekie od entuzjazmu. Poniżej chciałbym się podzielić dwiema uwagami. I choć najbardziej oczywiste byłoby skomplementowanie dzielnego dzielnicowego, który chytrze dostał się do mieszkania przestępczyni i dokonał faktycznego przeszukania bez stosownego dokumentu, zostawiam to do oceny dla jego przełożonych. Nie skomentuję nawet próby zważenia śmiertelnego narkotyku wraz z zawierającym go pudełkiem. (Gdyby policja miała większe wagi, można by było spróbować zważyć marihuanę razem z pomieszczeniem, w którym ją znaleziono. Wtedy medal od ministra sprawiedliwości murowany.) Ale nie, moje uwagi będą o czym innym.

Posiadaczka zioła używała go do ograniczania objawów swojej jaskry. Chciałem przypomnieć, że ta choroba ma swoje miejsce w historii medycznych zastosowań marihuany. Otóż w Stanach Zjednoczonych, kraju, w którym walka rządu z medyczną marihuaną jest chyba najbardziej zaciekła i który tę zaciekłość via ONZ przelał na resztę świata, istnieje niewielka (i z powodu nieubłaganych praw natury coraz mniejsza) grupka chorych, którzy w latach 70. i 80. uzyskali (a raczej wywalczyli sobie na drodze sądowej) prawo do legalnego używania marihuany. Pierwszym z nich był Robert Randall (zwany Pacjentem Zero), który od 1976 roku mógł ? jako pierwszy w powojennej historii USA ? legalnie posiadać i zażywać marihuanę. Powód: niedająca się opanować farmakologicznie jaskra. Przez oficjalną medycynę Randall był skazany na ślepotę przed ukończeniem 30. roku życia, dzięki marihuanie widział do samej śmierci (zmarł w wieku 53 lat).

Druga uwaga: po odliczeniu wagi pokoju i pudełka przedmiot przestępstwa ważył ok. 4 gramów. Zakładając, że opowieści o jaskrze są bajką wymyśloną na potrzeby wymiaru sprawiedliwości (choć zapewne stosowną dokumentację medyczną będzie łatwo przedstawić, ale zakładając), po zastosowaniu cen warszawskich (najwyższych w kraju, ponoć ok. 60 zł/g) uzyskujemy kwotę ok. 250 złotych. Taka była skala potencjalnego dilowania (organy zawsze podejrzewają dilowanie, a ilość zioła wyrażają nie tylko w gramach, lecz także w liczbie działek dilerskich.) I teraz ważne przypomnienie: 250 złotych to wartość niewielka, w sklepach spokojnie możemy za tyle kraść, bo nawet jeśli nas złapią, nie zarzucą nam przestępstwa, a jedynie wykroczenie, zagrożone karą mandatu. Ja wiem, że w obu przypadkach znajdują zastosowanie paragrafy z innych ustaw, ale chciałbym, żeby omawiana tu zbrodnia obywatelki była widziana w odpowiedniej perspektywie.