Wstęp

Przyklejony

W niemal połowie stanów USA lokalne prawo zezwala na używanie marihuany do celów medycznych. W Izraelu w wielu szpitalach pacjenci mogą palić marihuanę w celach terapeutycznych. W niektórych krajach europejskich marihuanę kupuje się na receptę w aptekach. A w Polsce? Poważna dyskusja na temat leczniczej marihuany jeszcze się u nas nawet nie rozpoczęła – bo trudno za poważną dyskusję uznać kilka rozmów w telewizjach śniadaniowych, pojedyncze artykuły w prasie czy nieliczne konferencje naukowe, o których słyszeli jedynie ich uczestnicy. Liczyć, że ten blog wiele w tej materii zmieni, byłoby zapewne dużą nieskromnością, ale może zainteresuje on parę osób i będzie dla nich źródłem ciekawych informacji.

Temat bloga jest jasny: lecznicze właściwości marihuany i jej medyczne zastosowania. Ale nie będę unikał też wpisów na temat marihuany w ogóle czy polityki narkotykowej (na przykład na temat legalizacji bądź depenalizacji). Na pewno natomiast nie będzie dyskusji o uprawie, o odmianach czy o dawkowaniu w konkretnych chorobach.

Gorąco zapraszam wszystkich do dzielenia się swoimi przemyśleniami i uwagami. Zasady komentowania nie są zbytnio skomplikowane albo udziwnione – można zapoznać się z nimi na stronie O blogu.

UWAGA dla osób niezbyt oswojonych z blogami: niniejszy wpis jest „przyklejony” i zawsze będzie znajdował się na samej górze. Bezpośrednio pod nim będzie umieszczany wpis najnowszy. Jeżeli ktoś zechce zapoznać się z wpisami w kolejności ich umieszczania, to musi zacząć od samego dołu ostatniej strony.

O raku, firmach farmaceutycznych, marihuanie i uporze silniejszym niż rozum

Chyba każdy z nas zna kogoś, kto chorował lub choruje na nowotwór. W Polsce notujemy „bardzo szybki wzrost liczby zgonów powodowanych chorobami nowotworowymi, przy jednoczesnym wzroście liczby nowych zachorowań. W 1990 r. nowotwory złośliwe były przyczyną prawie 19% zgonów, w 2000 r. stanowiły 23%, a w 2010 r. – 24,5% wszystkich przyczyn – co oznacza, że aktualnie co czwarty zgon jest wynikiem choroby nowotworowej” [tak podaje GUS].

Podobnie jest we wszystkich innych krajach tzw. Zachodu. „Rak” to ostatnie słowo, które chcielibyśmy usłyszeć w gabinecie lekarskim. I chociaż w ostatnich latach statystyki przeżywalności poszły w górę (np. w Wielkiej Brytanii wzrosły dwukrotnie w przeciągu minionych 40 lat), to i tak wciąż są bardzo wysokie: łącznie dla wszystkich form raka tylko nieco ponad 50% osób z niedawno postawioną diagnozą przeżyje co najmniej 5 lat. Chorzy na raka jądra mają największe szanse (98%), nieźle też wyglądają statystyki dla złośliwych czerniaków (90%), ale rak mózgu i rak żołądka to już tylko 19% szans przeżycia 5 lat, rak płuc – 10%, a rak trzustki – zaledwie 3% [informacje z portalu Cancer Research UK].

Poszukiwania skutecznego lekarstwa na raka trwają na całym świecie od dawna – odkąd tylko medycyna zaczęła rozumieć tę chorobę. Mamy w tej historii także kilka wątków polskich:

  • słynny torf profesora Tołpy z końca lat 80 okazał się przydatny w różnych innych zastosowaniach, ale raka ostatecznie nie pokonał [więcej w tym artykule – polecam zwłaszcza młodszym czytelnikom jako lekcję historii Polski XX wieku]
  • antyneoplastony dra Stanisława Burzyńskiego też zdają się nie spełniać oczekiwań. Chociaż
  • nanocząsteczkowa „amunicja” przeciwrakowa profesora Tomasza Ciacha [można o niej przeczytać tutaj]

Oczywiście, poszukiwania leku prowadzą także (a raczej: przede wszystkim) wielkie koncerny farmaceutyczne. Bo choć na badania trzeba wydać setki milionów dolarów, to powodzenie, nawet częściowe, zwiększające przeżywalność choćby o 1%, oznacza zyski liczone w miliardy.

Ostatnio panuje moda na odsądzanie firm farmaceutycznych od czci i wiary za ich ogromną pazerność. Ja w takich ocenach jestem dość ostrożny, pamiętajmy, że wydanie tych setek milionów na badania wcale nie gwarantuje sukcesu, zatem chęć zrekompensowania sobie poniesionych nakładów wydaje mi się uzasadniona. Natomiast to, czego nie jestem w stanie usprawiedliwić w działaniach tych firm, to różne przejawy gry nie fair. Takie jak choćby te:

  • spotykana na całym świecie nagminna praktyka przeciągania na swoją stronę lekarzy przy pomocy atrakcyjnych gadżetów czy wycieczek w tropiki, fundowanych w przebraniu wyjazdów na kongresy naukowe – nie jest przyjemna myśl, że lekarz przepisuje mi jakiś lek nie dlatego, że jest przekonany o jego skuteczności, lecz dlatego, że producent zasponsorował mu tydzień na Majorce;
  • mniejsza lub większa ingerencja w wyniki badań naukowych, które mają na celu stwierdzenie przydatności produkowanego przez siebie leku – aż do jawnego oszustwa włącznie;
  • próby wyeliminowania konkurencji – nie tylko tej wewnątrz branży, ale także tej spoza niej; robi się to na wiele sposobów, poczynając od dyskredytowania wszystkiego, co stanowi potencjalne zagrożenie, aż do instrumentalnego wykorzystywania prawa. Na przykład alternatywne sposoby leczenia raka od dawna są zwalczane przez oficjalną medycynę i idące z nią ramię w ramię koncerny farmaceutyczne, a uzasadnieniem jest – jakżeby inaczej – dobro pacjenta. To temat na oddzielny tekst, zresztą napisano już o tym niejedną książkę (kilka okładek poniżej) i nawet kręcono filmy dokumentalne. Nad tym, żeby kongresmeni podejmowali odpowiednie (z punktu widzenia interesów przemysłu farmaceutycznego) decyzje, czuwa liczna armia lobbystów (dobrze ponad tysiąc osób, więcej niż 2 lobbystów na każdego kongresmena), dysponująca olbrzymim budżetem dającym duże możliwości przekonywania do podjęcia takich, a nie innych decyzji [więcej można o tym poczytać np. tutaj albo tutaj].

 ………

Prezydent Nixon był uwikłany w dwie wojny. Jedną, tę w Wietnamie, odziedziczył po poprzednikach (Kennedym i Johnsonie). Drugą wywołał sam. Wojna z narkotykami  („war on drugs”) wkrótce miała okazać się wojną z własnym społeczeństwem, bo jej ofiarami w większości byli (i do dziś są) niepowodujący żadnych problemów użytkownicy marihuany. Do walki ze złym ziołem Waszyngton postanowił zaprząc naukę – stąd zamawiane przez administrację Nixona badania naukowe. Jedno z nich miało wykazać, że kannabinoidy zawarte w marihuanie mogą powodować u zażywających osłabienie sił obronnych organizmu. Zadanie to otrzymali na początku lat 70. naukowcy z Virginia Commonwealth University. W 1974 dostarczyli wyniki: kannabinoidy podane myszom, u których uprzednio wywołano nowotwór (raka płuc i piersi oraz białaczkę), spowodowały eliminację komórek rakowych lub poważne zmniejszenie ich ilości. Władza, która spodziewała się wyników dokładnie odwrotnych, wykorzystała wszystkie możliwości, by te niewygodne informacje ukryć przed opinią publiczną. Obrona arbitralnego twierdzenia o szkodliwości marihuany okazała się ważniejsza niż losy setek tysięcy obywateli, którzy już wówczas chorowali na nowotwory bądź dopiero mieli na nie zachorować w przyszłości.

Wyniki badań z Wirginii miały nigdy nie ujrzeć światła dziennego, ale dotarł do nich Jack Herer, najbardziej znany aktywista ruchu promarihuanowego, i wspomniał o nich w swojej wydanej w 1985 roku książce The Emperor Wears No Clothes.

Gdy ukazywało się pierwsze wydanie książki, o działaniu kannabinoidów na ludzki organizm nauka nie wiedziała jeszcze nic. Jednak od tamtej pory dowiedzieliśmy się już bardzo dużo. Przede wszystkim odkryto układ endokannabinoidowy i wyjaśniono, jak kannabinoidy (te powstające w naszych organizmach i te dostarczane z zewnątrz) oddziałują na nasze komórki.

Wiemy już, że w komórkach nowotworowych kannabinoidy są w stanie wywołać apoptozę – proces powodujący obumieranie komórek. Zwykle zachodzi on w żywych organizmach w sposób naturalny, ale komórki nowotworowe ignorują otrzymywane od organizmu polecenia samounicestwienia się i mnożą się dalej. Dostarczone z zewnątrz kannabinoidy są w stanie sygnały takie skutecznie dostarczyć, w wyniku czego rak stopniowo zanika.

Wiemy także, że kannabinoidy hamują proces angiogenezy, dzięki któremu rozwijające się tkanki tworzą potrzebne im do życia nowe naczynia krwionośne. Angiogeneza jest pożyteczna przy gojeniu się ran, ale niepożądana w przypadku raka. Wykazano, że kannabinoidy mogą zahamować angiogenezę w tkance nowotworowej, nie wpływając jednocześnie na procesy zachodzące w tkankach zdrowych. (Nie, to nie magia, to działanie receptorów kannabinoidowych, w które matka natura wyposażyła komórki naszego ciała. Jak to jest możliwe, że o układzie endokannabinoidowym – cudownym mechanizmie samoregulacyjnym, który wszyscy mamy w naszych organizmach – nie uczą się na uczelniach studenci medycyny, że wiedzy o nim nie chłoną już praktykujący lekarze, że temat ten ignoruje prawie cała oficjalna nauka…?).

 ……… 

Wysokie standardy w odniesieniu do lekarstw są nam potrzebne, co do tego nie ma wątpliwości. O tragicznych skutkach braku takich standardów możemy się przekonać co jakiś czas – ostatni taki przypadek zdarzył się bardzo niedawno. Ale utrzymywanie standardów nie może być usprawiedliwieniem dla braku jakiegokolwiek działania w sytuacji, gdy okoliczności wymagają działań pilnych, właściwie natychmiastowych. Jednym z przykładów takich sytuacji, być może najbardziej oczywistym, jest możliwość leczenia bardzo różnych rodzajów nowotworów przy pomocy skoncentrowanych kannabinoidów. O takiej możliwości wiadomo od co najmniej kilku lat – w roku 2008 Rick Simpson upublicznił swoją metodę ekstrakcji kannabinoidów z marihuany i oznajmił, że przy pomocy jego ekstraktu (zwanego olejem Ricka Simpsona – RSO) spowodował ustąpienie nowotworu u setek, a potem tysięcy osób (film Run from the cure został udostępniony do bezpłatnego obejrzenia w Internecie, można go znaleźć np. tu, a wersję z polskimi napisami tu.)

Wkrótce w Internecie pojawiły się świadectwa osób, które przy pomocy RSO wyleczyły się z raka. Oficjalne reakcje władzy są jednoznaczne: brak jest jakichkolwiek naukowych podstaw, by twierdzić, że ekstrakt może być przydatny w leczeniu nowotworów; a poza tym przypomina się obywatelom, że marihuana jest nielegalna. No, ale jeżeli brak jest naukowych podstaw, to obowiązkiem władzy jest pilnie takie podstawy stworzyć – albo twierdzenia internautów naukowo obalić. Czy między innymi nie za to urzędnicy biorą od nas pieniądze? Na pewno niczego nie możemy oczekiwać po koncernach farmaceutycznych, bo to nie leży w ich interesie. A władza niech nie marnuje czasu i środków (i marihuany) na badania nad zachowaniem komórek takiego czy innego raka w probówkach albo na maltretowanie kolejnych pokoleń myszy – takich badań przeprowadzono już setki, a rzesze chorych ludzi nie mogą już dłużej czekać. I czekać wcale nie muszą: od tysięcy lat wiadomo, że konopie są dla człowieka nietoksyczne, że nie powodują nawet jednej dziesiątej problemów powodowanych przez chemio- i radioterapię. Że leczenie kannabinoidami to terapia niesprawdzona? No to ją trzeba wreszcie sprawdzić! Ochotników na pewno nie zabraknie – na całym świecie pełno jest ludzi, na których oficjalna medycyna postawiła już krzyżyk. Wielu z nich na własną rękę leczy się ekstraktem z marihuany, ryzykując jednak z jednej strony tym, że zażywają produkt o niepewnej jakości, z drugiej strony tym, że koniec życia być może przyjdzie im spędzić w więzieniu. Nie ryzykują natomiast życiem – oni już mają wyroki zapisane na oficjalnych formularzach. Więc chętnych do wykorzystania jeszcze jednej szansy na pewno nie zabraknie.

Czy jest prawdopodobne, żeby jakakolwiek władza zdecydowała się na taki krok? Mam nadzieję, że tak, ale musiałaby to być władza, dla której dobro obywateli jest naprawdę najważniejszym celem. Ważniejszym niż typowa dla każdej władzy chęć zastygnięcia w bezruchu do następnych wyborów; ważniejszym niż interesy jakiejkolwiek gałęzi przemysłu czy usług; ważniejszym niż uparta, bezsensowna obrona tezy sformułowanej przed prawie stuleciem i z każdym upływającym miesiącem coraz trudniejszej do obrony.

 ………

Chorzy na raka czekają.

 

book04      book03      book02book01

 

 

 

 

 

Ten tekst został napisany specjalnie dla prowadzonego przez Stowarzyszenie Wolne Konopie portalu www.wolnekonopie.org.

Mariusz Jędrzejko – pierwsze starcie

Protokolarny obowiązek przedstawienia p. Jędrzejki już spełniłem, mogę przejść do rzeczy.

W programie Polsat News nadanym na żywo 3.01.2014, rozmawiając z Januszem Korwinem-Mikke Jędrzejko mówi (ok. 5:05): Świat przestępczy tego nie przepuści, tak jak nie przepuścił w Holandii, gdzie obok takiej lekko zalegalizowanej marihuany pojawiła się ogromna ilość amfetaminy i ogromna ilość heroiny.

Pomyślałem sobie tak: Statystyk dotyczących „pojawienia się” pewnie nie znajdę, ale ogromne ilości towaru na rynku muszą być mocno skorelowane ze sporym używaniem, bo przecież te ogromne ilości musiały się pojawić dla zaspokojenia ogromnego popytu, a nie po to, żeby leżeć na straganie. A statystyki używania są łatwe do znalezienia – zobaczę, co pokazują. Jak pomyślałem, tak zrobiłem; źródło statystyk będzie szacowne: ONZ, a konkretnie jedno z jego wyspecjalizowanych biur: United Nations Office on Drugs and Crime (UNODC). Rzucam okiem do jego raportu World Drug Report za 2011 rok (do pobrania stąd).

Najpierw szukam użytkowników amfetaminy, której ogromna ilość miała pojawić się w Holandii. Oto ich odsetek w populacji 15-64 lat w różnych krajach:

→ Portugalia 0,2, Francja 0,2, Holandia 0,3, Austria 0,5, Hiszpania 0,6, Polska 0,7, Niemcy 0,7, Belgia 0,9, Wielka Brytania (Anglia i Walia) 1,0.

Teraz heroina (tu podam dane dotyczące wszystkich opiatów, bo taka kategoria pojawia się w Raporcie):

→ Polska 0,10, Hiszpania 0,13, Belgia 0,20, Niemcy 0,22, Holandia 0,31, Austria 0,41, Portugalia 0,46, Francja 0,47, Wielka Brytania (Anglia i Walia) 0,81.

Dla kompletności informacji jeszcze kokaina:

→ Polska 0,2, Francja 0,6, Holandia 0,6, Portugalia 0,6, Niemcy 0,9, Belgia 0,9, Austria 0,9, Wielka Brytania (Anglia i Walia) 2,5, Hiszpania 2,6.

Ki diabeł? – gdzie to ogromne spożycie w Holandii? A może… może ja źle zrozumiałem wypowiedź Jędrzejki, któremu chodziło o to, że te ogromne ilości twardych dragów zalały Holandię w przeszłości – a teraz już policja zrobiła z tym porządek? No to z powrotem do Internetu. Tym razem inne szacowne źródło (lubiane zresztą przez Jędrzejkę): The European Monitoring Centre for Drugs and Drug Addiction (EMCDDA) – Europejskie Centrum Monitorowania Narkotyków i Narkomanii. Najstarszy raport ogólnoeuropejski pochodzi z roku 1997 (można go pobrać tutaj). W Tablicy 5 na stronie 21 przedstawiono szacunkowe dane dotyczące problematycznego używania narkotyków w różnych krajach. Nie chcę wdawać się w nudne rozważania metodologiczne dotyczące tych danych, pewnie niewielu z Was by interesowały. W skrócie sytuacja w 1997 roku wyglądała tak: fajnie było w Finlandii, która biła inne kraje na głowę znikomością problemów; Holandia miała poziom kłopotów zbliżony do tego w Szwecji i Niemczech, niższy niż w Belgii, Danii i Francji i o wiele niższy niż we Włoszech i Luksemburgu.

Zastanawiam się, na jakich danych oparł p. Jędrzejko swoją wypowiedź o zalewaniu Holandii amfetaminą i heroiną. A może nie opierał się na żadnych danych i tak tylko sobie powiedział, żeby postraszyć…?

Jeśli chodzi o Mariusza Jędrzejkę na tym blogu, to… cdn.

Mariusz Jędrzejko – naukowiec spełniony

Nazwisko Mariusz Jędrzejko nie jest obce osobom oglądającym telewizje śniadaniowe albo osobom, które – tak jak ja – przeszukują Internet w poszukiwaniu ciekawych materiałów o maryśce. Jędrzejkę zaprasza zarówno publiczna, jak i telewizje prywatne – w programach robi za specjalistę od marihuany właśnie. Jest socjologiem, ma tytuł profesora. Ponadto jest dyrektorem Mazowieckiego Centrum Profilaktyki Uzależnień – tak nazywa się jego prywatna firma.

 

Profesura, dyrektorowanie i cykliczna obecność w telewizorze nie wszystkim wystarczają, by uznać p. Jędrzejkę za znawcę tematu, na który tak obficie się wypowiada. Na przykład czytany i polecany przeze mnie Mateusz Klinowski zamieścił na swoim blogu wpis pod dużo mówiącym tytułem „Herosi polskiej nałki i narkofobii: Mariusz Jędrzejko”, w którym dość mocno Jędrzejkę podszczypuje. Wtóruje mu Edwin Bendyk w tekście „Uwaga, Jędrzejko. Pedagogika po góralsku” – też krytycznym. Wolne Konopie napisały do p. Jędrzejki list otwarty – nie wiem, czy został przeczytany, a tym bardziej odpowiedziany.

Gdyby ktoś z Was nie znał poglądów p. Jędrzejki na marihuanę, a chciałby je poznać, to bardzo proszę, oto próbka i jeszcze może początek tego artykułu.

Na deser ploteczka (czy cokolwiek w Polsce może się jeszcze obejść bez ploteczek o celebrytach?): w jednym z programów pan profesor zakablował dziennikarkę Agnieszkę Szulim, że mu się przyznała do jarania. Ciekawy felieton napisał na ten temat Jaś Kapela, a sam program można obejrzeć tu.

 

7 maja 2013 p. Jędrzejko wystąpił w TVP w kolejnym Pytaniu na śniadanie. Materiał pt. „Czy Polacy legalnie zapalą marihuanę?” jest dostępny w Internecie. W pewnym momencie (ok. 2:20) p. Jędrzejko mówi: „Nikt na świecie nie wymyśli już nic innego. To są rzetelne amerykańskie i europejskie badania pokazujące wielopłaszczyznowy problem. (…) My wiemy wszystko, naprawdę wiemy wszystko”.

Oto postawa godna prawdziwego naukowca. Koniec nauki! Wiemy już wszystko! Już niczego nowego się nie dowiemy! Jakże inaczej brzmi wypowiedź Jerzego (też profesora) Vetulaniego: PRZEDMIOTEM NAUKI JEST NIEWIADOME.

 

Powyższy tekst to tylko wprowadzenie. P. Mariusz Jędrzejko będzie bohaterem jeszcze kilku innych tekstów na tym blogu. Na pewno. Już wkrótce.

 

UWAGA: Sądy, czasem krytyczne, jakie będę wyrażał o poglądach i wypowiedziach p. Jędrzejki, w żadnym stopniu nie odnoszą się jego wiedzy socjologicznej. Do takiej oceny po prostu nie miałbym prawa jako ignorant w tej dziedzinie. Wszystkie uwagi będą dotyczyły tylko i wyłącznie różnych aspektów wiedzy o marihuanie.

 

Szybki rozwój wydarzeń…

Minęło ledwie kilka tygodni od wyjścia książek z drukarni, a już pewne rzeczy są w nich nieaktualne. Jako autora oczywiście trochę mnie to martwi, ale przecież zdaję sobie sprawę z nieuchronności zachodzących zmian. Szczęśliwie chodzi tylko o drobne szczegóły – cała reszta jeszcze przez dłuższy czas, myślę, będzie aktualna.

Zmiany dotyczą legalności medycznych zastosowań marihuany – ostatnio przybyło miejsc, gdzie stała się ona legalna. Nie mam najmniejszych wątpliwości: na tym na pewno się nie skończy, a proces liberalizacji będzie postępował. Wciąż tylko nie wiem, jak w tej sytuacji odnajdzie się nasz kraj…

 

Niniejszy wpis chciałbym potraktować jako swojego rodzaju erratę do książek.

• W kilku miejscach pisałem w nich o tym, że medyczne zastosowania marihuany są legalne w 20 stanach USA plus w szczególnym stanie, jakim jest stołeczny Dystrykt Kolumbii. Ale teraz nie jest to już 20+1, lecz 23+1. W ostatnim czasie do legalizacji medycznej marihuany doszło w stanach Maryland, Minnesota i Nowy Jork.

Gdyby ktoś chciał śledzić rozwój sytuacji w Stanach na bieżąco albo gdyby potrzebował szczegółów (dopuszczalne ilości marihuany na jednego pacjenta czy choroby, przy których dopuszcza się jej stosowanie), polecam (aktualizowaną na bieżąco) stronę.

W tym roku przewidywane jest jeszcze powszechne głosowanie nad medyczną marihuaną w trzech stanach: Ohio, Pensylwanii i na Florydzie. Jest też parę stanów, które na razie możliwość dopuszczenia marihuany w leczeniu odrzuciły. Zainteresowanych szczegółami odsyłam do tej strony.

• O tym, że w połowie zeszłego roku medyczny użytek marihuany zalegalizowała Francja, a pod koniec roku także Rumunia, zdążyłem napisać. Natomiast nie miałem żadnej możliwości włączenia do tekstu informacji, że na taki krok zdecydowała się Słowenia – ta decyzja została podjęta bardzo niedawno.

 

Na szczęście na tym kończy się (na razie…) lista informacji wymagających uzupełnienia. A w oczekiwaniu na kolejne zmiany chciałbym zachęcić Was do przeczytania (po angielsku) tego artykułu z listą 10 krajów, w których legalizacja dowolnego użytku marihuany wydaje się być kwestią nieodległej przyszłości.

Słowniczek: ~zacje

W różnych dyskusjach dotyczących marihuany albo narkotyków często pojawiają się podobnie brzmiące słowa kończące się na -zacja. Bywa, że są one używane wymiennie, co sugeruje, że dla autorów są synonimami. Czy rzeczywiście słowa te znaczą to samo? – może warto zastanowić się chwilę nad ich znaczeniem. Przy poniższych rozważaniach skorzystam z następujących źródeł: [SJP] – internetowy Słownik Języka Polskiego; [Kop] – Słownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych Władysława Kopalińskiego (Wiedza Powszechna 1990); [Wiki] – polska Wikipedia; [WSPP] – Wielki słownik poprawnej polszczyzny (PWN 2011).

liberalizacja
2. osłabienie rygoru, zmniejszenie rygoryzmu, złagodzenie norm, przepisów itp.” [SJP]: mamy pewien stan wyjściowy charakteryzujący się jakimś poziomem ograniczeń narzuconych przez prawo, a po liberalizacji poziom ten jest niższy, a prawo łagodniejsze. Liberalizacja jest możliwa prawie zawsze – nie jest jedynie wtedy, gdy prawo w odniesieniu do danej sfery życia nie przewiduje absolutnie żadnych ograniczeń czy restrykcji – wtedy nie ma czego liberalizować. To stan raczej hipotetyczny, zwłaszcza w naszym wolnym od 25 lat społeczeństwie.

depenalizacja
obniżenie wymiaru i uszczuplenie zakresu kar ustawowych za pewne rodzaje przestępstw” [Kop]. Czyli: pewne zachowania, dotąd karane przez prawo karne surowiej, od momentu depenalizacji są wciąż karane, ale łagodniej.

dekryminalizacja
uznanie, iż czyn nie jest już przestępstwem” [Wiki], co oznacza, że dany czyn – wciąż uznawany przez społeczeństwo za naganny – nie jest już przedmiotem zainteresowania prawa karnego, lecz podlega innym karom np. administracyjnym.

legalizacja
zespół czynności obejmujących sprawdzenie, stwierdzenie i poświadczenie dowodem legalizacji, że przyrząd pomiarowy spełnia wymagania metrologiczne” [Wiki]. A nie, przepraszam, to nie ta definicja :-) O, to ta: „[…] uznanie za zgodne z prawem” [Kop]: coś, co było zakazane, po legalizacji jest dozwolone, choć oczywiście niekoniecznie bez żadnych ograniczeń. (Alkohol jest legalny w większości krajów świata, ale chyba nigdzie nie ma pełnej swobody jego produkcji i dystrybucji.)

Jak na razie idzie dobrze, prawda? No to pokomplikujmy nieco obraz:

• Widać, że znaczenie pierwszych dwóch terminów jest bardzo zbliżone, ale liberalizacja ma zastosowanie o wiele szersze: depenalizacja odnosi się jedynie do prawa (zazwyczaj państwowego, choć także do prawa wewnątrz różnych organizacji), natomiast liberalizacja obejmuje również wiele innych sfer życia (obniżka ceł albo zniesienie ograniczeń pozataryfowych to liberalizacja handlu międzynarodowego; „Uczelnie będą liberalizowały zasady przyznawania stypendiów naukowych” [WSPP]).

• depenalizacja to wg. [SJP] „obniżenie wymiaru i ograniczenie zakresu kar ustawowych za pewne rodzaje przestępstw lub uznanie za legalne czynów wcześniej karalnych„- a zatem internetowy słownik (na pewno nie do końca będący autorytetem w kwestiach językowych) uznaje, że depenalizacja to to samo, co (zdefiniowana w podkreślonym przeze mnie fragmencie) legalizacja

• [Wiki] podaje: „Depenalizacja – przeciwieństwo penalizacji, jest to rezygnacja z karalności określonego typu czynu, uznawanego dotychczas za przestępstwo lub wykroczenie. Rozróżniamy depenalizację pełną oraz częściową:
   – depenalizacja pełna polega na całkowitym zniesieniu karalności czynu (zniesienie odpowiedzialności karnej), a tym samym i kary za popełniony czyn, który nie jest już traktowany jako przestępstwo lub wykroczenie,
   – depenalizacja częściowa polega na przekształceniu przestępstwa w wykroczenie (likwidacji typu przestępstwa i wprowadzaniu typu wykroczenia, a zatem likwidacji odpowiedzialności karnej i wprowadzeniu odpowiedzialności za wykroczenie) – inaczej kontrawencjonalizacja lub dekryminalizacja„.
Widzimy, że dla wikipedysty „depenalizacja częściowa” to dekryminalizacja, zaś „depenalizacja pełna” to sytuacja, którą ja określiłem wcześniej mianem liberalizacji. No właśnie, w dalszej części tego artykułu w Wikipedii czytamy: „Według niektórych prawników synonimem depenalizacji jest dekryminalizacja. Są także poglądy odmienne, różnicujące oba pojęcia. Wtedy ‚dekryminalizacja’ oznacza zniesienie odpowiedzialności karnej za określony czyn, natomiast ‚depenalizacja’ – złagodzenie (obniżenie) kary, jaką zagrożony jest czyn przestępczy, bez dokonywania zmiany rodzaju odpowiedzialności (prawnokarnej na odpowiedzialność za wykroczenia)„.

Nie jestem prawnikiem ani językoznawcą, nie mam ambicji, by sformułowane przeze mnie powyżej definicje stały się obowiązujące, nawet na tym blogu. Jeżeli ktoś uważa, że coś pomieszałem, proszę o komentarz, wspólnie postaramy się naprostować to, co będzie wymagało naprostowania.

Jeden z marihuanowych blogów

Buszując po Internecie natknąłem się na małego (przynajmniej na razie) bloga, którego autor porusza różnorodne tematy ze świata marihuany. Znaleźć tam można m. in. omówienia badań analizujących jej wpływ na człowieka, wpisy dotyczące działania leczniczego czy statusu prawnego marihuany w Polsce i na świecie. Wpisy nie pojawiają się zbyt często, ale większość z nich (jeśli nie wszystkie) na pewno okaże się ciekawa dla każdej osoby zainteresowanej marihuaną. Adres bloga: nasionakonopi.blog.pl. Zajrzyjcie, moim zdaniem warto.

Puk, puk… jest tam kto?

Dzięki skryptowi śledzącemu ruch wiem, że trochę ludzi odwiedza tego bloga. Może nie są to wielkie tłumy, ale nie jest najgorzej, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że to blog niszowy i wciąż młody. Z czasem pewnie odwiedzin będzie przybywać.

Ale… Martwi mnie trochę, że zupłnie nie ma komentarzy. Może to być wynik tego, że piszę tak genialnie, że nie ma co komentować (tym bardziej, że prosiłem, żeby nie wpisywać niczego niewnoszących krótkich tekstów typu „Bardzo dobre”, „Zgadzam się” itp.) Ale może nikt nie komentuje, bo piszę tak tragicznie, że „ręce opadają i szkoda czasu na komentarze”? Albo może większość odwiedzających trafia tu przypadkiem i szybko wychodzą zniesmaczeni, bo nie tego szukali? Fajnie byłoby wiedzieć, że piszę dla kogoś, nie dla siebie.

A więc: puk, puk… jest tam kto?

Idziemy do konopnej apteki… popatrzeć

W tych amerykańskich stanach, gdzie medyczny użytek został prawnie usankcjonowany, chorzy posiadający od lekarza stosowną rekomendację mają 3 możliwości: – uprawiać samodzielnie; – zlecić to wyspecjalizowanej osobie (zwanej caregiver); albo – dokonywać zakupów w którejś z konopnych aptek (dispensary).

Ponieważ biznes związany z medyczną marihuaną kwitnie, aptek takich jest sporo. Ciekawe, że z jakiegoś powodu wydają się trudne do policzenia. Chcąc się np. dowiedzieć, ile ich jest w Kalifornii, znalazłem informację, że między 500 i ponad 1000. Ale inne poważne źródło pisze, że między 500 i 1000 to jest w samym Los Angeles. Z kolei w stolicy „zielonego stanu” Kolorado, 600-tysięcznym Denver, jest -jak podaje stacja CBS- ponad 200 aptek konopnych, 3 razy więcej niż kawiarni Starbucks i restauracji McDonald’s łącznie.

Początki działalności dispensaries nie były łatwe, bo pomimo swej legalności stanowej wciąż były narażone na działania federalnych stróżów prawa. „Naloty” kończyły się zarekwirowaniem całego towaru, a często także zatrzymaniem personelu. I choć dziś prawo federalne wciąż traktuje marihuanę jako świństwo najgorsze z możliwych (znajduje się ona na tzw. „Liście I” przeznaczonej dla substancji poddanych najbardziej restrykcyjnej kontroli), od pewnego czasu federalni nie stwarzają problemów osobom i przedsiębiorstwom działającym w zgodzie z prawem stanowym.

 

Pomyślałem sobie, że może fajnie będzie popatrzeć z bliska, jak wyglądają takie dispensaries. Na przykład: co tam można kupić? Przede wszystkim: susz marihuany, oczywiście. Dostępnych jest wiele odmian, w cenniku oprócz ceny jest też krótsza lub dłuższa charakterystyka każdej odmiany (jako minimum informacja, czy jest to indica czy sativa, ale często uzupełniona o zawartość THC i CBD czy wskazanie, na jakie dolegliwości dana odmiana jest polecana). Ceny są podawane za gram oraz za określoną część uncji (=prawie 30 g) – od całej uncji do 1/8. W Kolorado jeden gram kosztuje zwykle 9-12 dolarów czyli 27-36 zł (taniej niż u polskiego dilera…): cennik 1, cennik 2, cennik 3. W Kalifornii jest trochę drożej: 14-18 dolarów czyli 42-54 zł za gram: cennik 4, cennik 5, cennik 6. Oprócz suszu luzem można też kupić gotowe papierosy („pre-rolls”), zawierające zwykle 1 g marihuany i kosztujące ok. 10 dolarów za sztukę.

Praktycznie każda apteka oferuje także kannabinoidy w bardziej skoncentrowanej formie: haszysz oraz „oleje” czyli marihuanowe wyciągi (alkoholowe lub inne). Dużą popularnością cieszą się także przeróżne produkty do jedzenia i picia („edibles”). Zainteresowanym proponuję rzucić okiem na menu 1 lub menu 2. (Nie wszystkie edibles powodują odurzenie, bo niektóre zawierają bardzo mało -lub wcale- THC, za to sporo niepsychoaktywnego a działającego leczniczo CBD.)

 

Myślę, że będzie jeszcze ciekawe zajrzeć do środka kilku dispensaries – tym bardziej, że bez rekomendacji lekarza nie tylko nie można tam niczego kupić, ale nawet nie da się wejść do środka. Przedstawiam więc kilka zdjęć znalezionych w Internecie – mnie te lokale kojarzą się z wykwintną perfumerią lub salonem jubilerskim.

dispensary1

dispensary2dispensary3dispensary4dispensary5dispensary7dispensary8dispensary9dispensary6

 

Na koniec link do reportażu pokazanego w popularnym amerykańskim programie „60 minutes”, traktującego o dispensaries i całym przemyśle medycznej marihuany: 13-minutowy materiał główny jest tu, a 3,5-minutowa „dogrywka” tu.

Czytam i polecam (Jerzy Vetulani)

Jednym z przedmiotów dociekań neurobiologów jest oddziaływanie substancji psychoaktywnych na człowieka. Niejedynym, również nie najważniejszym, ale jest. Jeżeli ktoś interesuje się psychotropami (a choćby tylko jednym z nich – jak w moim przypadku), dobrze jest mieć nieco szersze spojrzenie na mechanizmy działające w mózgu – ludzkim, ale też innych zwierząt. Dlatego zainteresował mnie blog Piękno neurobiologii prowadzony przez prof. Jerzego Vetulaniego. Ten blog daje właśnie takie szersze spojrzenie.

Zapewne nie wszyscy zainteresowani marihuaną będą chcieli przeczytać bloga prof. Vetulaniego od deski do deski. Ale nie muszą: dzięki tagom łatwo znajdą interesujące ich teksty. A jeżeli ktoś stwierdzi, że w ogóle nie interesuje go temat tak szeroko przedstawianej neurobiologii, to niech przynajmniej przeczyta ten wpis – moim zdaniem lektura obowiązkowa.