Chyba zmarnowałem jedną książkę

Jak Czytelnicy tego bloga może pamiętają, nieco ponad miesiąc temu wysłałem list otwarty do premier Kopacz. Nie podejrzewałem, że do niej dotrze, ale ciekaw byłem, jakie będą dalsze jego losy.

Ciekawość moja została zaspokojona wczoraj. Wczoraj bowiem dotarła do mnie odpowiedź z Kancelarii Prezesa Rady Ministrów (Departament Spraw Obywatelskich). Myślałem, że zdawkowe „pani premier dziękuje za… jest bardzo wdzięczna…” itd. A tu niespodzianka: moje pismo wraz z załącznikiem „zgodnie z właściwością” przekazano do Ministerstwa Zdrowia, do Departamentu Nadzoru, Kontroli i Skarg (!) „celem jego analizy i udzielenia zainteresowanemu odpowiedzi„.

Co oznacza, że moja (bardzo naiwna, co wiedziałem od początku) próba zaniesienia kaganka oświaty do Kancelarii Premiera nie udała się: mojego listu nie przeczytano tam uważnie, zapewne ledwie rzucono na niego okiem, a potem potraktowano jako skargę związaną ze zdrowiem i przekazano do MZ. Tak jak przed miesiącem mam nadzieję, że książka nie trafi do kosza czy do archiwum, lecz że ktoś (choć zapewne nie dyrektor departamentu) rzuci na nią okiem, a może nawet przeczyta. W polityce ministerstwa nic to nie zmieni, ale może kilku osobom otworzą się oczy.

„wzburzony, proszę o wyjaśnienie”

Dyrektor Centrum Zdrowia Dziecka
dr hab. n. med. Małgorzata Syczewska
(dyrektor@ipczd.pl)

Szanowna Pani Dyrektor!

Uczestnicząc w niedawnej konferencji poświęconej medycznym zastosowaniom marihuany, z ogromnym zdziwieniem dowiedziałem się, że oczekiwane przez wszystkich wystąpienie dr. Marka Bachańskiego nie dojdzie do skutku, gdyż od swoich przełożonych z CZD dostał on zakaz publicznego wypowiadania się na temat stosowanych przez siebie terapii z wykorzystaniem marihuany.

Najzwyczajniej w świecie nie jestem w stanie w to uwierzyć. Czy możliwe jest, żeby ktoś z kierownictwa zasłużonej placówki, mającej w nazwie zdrowie dzieci, utrudniał propagowanie pionierskiej w Polsce, całkowicie legalnej metody leczenia? Metody doskonale sprawdzającej się w przypadku dziewięciorga (o ile się nie mylę) dzieci, a mogącej przynieść ulgę tysiącom innych małych pacjentów z lekoopornymi postaciami padaczki?

Bardzo chciałbym wierzyć, że doszło tu do jakiegoś nieporozumienia. Z wielką chęcią wyjaśniłbym je innym, równie jak ja wzburzonym osobom, z którymi kontaktuję się za pomocą mojego bloga i serwisów społecznościowych.

Licząc na rychłą odpowiedź, pozostaję

z poważaniem

Bogdan Jot
autor bloga MarihuanaLeczy.pl

PS (z 26 VI)

CZD

Mój komentarz:

Dr Bachański nie dopełnił jakiegoś obowiązku służbowego – OK, nie mam podstaw podawać tego w wątpliwość. W konsekwencji dostał zakaz wypowiadania się. Czy była to kara dla niego, czy raczej dla tylu ludzi, którzy czekali w siedzibie Agory (i przed komputerami) na jego wystąpienie?

I jeszcze jedno: dotąd wiedziałem tylko o zakazie publicznego wypowiadania się, a tymczasem w wyjaśnieniu p. dyrektor czytam, że miało miejsce „wstrzymanie […] prowadzonej terapii”. Czyli co: oprócz uczestników konferencji za niedoróbkę służbową lekarza ukarane zostały także chore dzieci?! Dla ich dobra?! (Wnoszę z tego, że dyrekcja CZD uważa dr. Bachańskiego za lekarza nieodpowiedzialnego, który musi być bardzo dokładnie kontrolowany, bo inaczej, puszczony samopas, gotów jest narobić nie wiadomo jakich szkód.)

Po prostu nie mieści mi się to w głowie.

Dość ciuciubabki wiceministrów!

Poglądy na medyczną marihuanę głoszone przez wiceministra zdrowia Igora Radziewicza-Winnickiego mogliśmy poznać nie tak dawno z jego wypowiedzi opublikowanych w prasie. Są to poglądy zbieżne z tym, co mówi inny wiceminister zdrowia (napisałem o tym w poprzednim wpisie). Nie mogłoby być inaczej, obaj prezentują oficjalną linię partii. Spróbowaliby zaprezentować inną…

Na właśnie zakończonej konferencji w Warszawie wiceminister Radziewicz-Winnicki nie zaskoczył nas. Zarówno w swoich wystąpieniach na sali obrad, jak i w wywiadzie radiowym udzielonym na korytarzu, utrzymywał, że marihuana nie może być w Polsce zatwierdzona jako lek, bo brakuje niezbędnych badań potwierdzających jej skuteczność i bezpieczeństwo. Na uwagę dziennikarza, że w wielu innych krajach jednak marihuana została zatwierdzona, stwierdził, że nie może komentować decyzji władz innych krajów.

Z tych urzędniczych wypowiedzi można wnosić, że:

– albo Polacy mają znacząco inne organizmy niż Czesi, Holendrzy, Kanadyjczycy, Izraelczycy czy Rumuni (żeby wymienić tylko kilka nacji, które już u siebie wprowadziły medyczne stosowanie marihuany),

– albo rząd Polski o wiele bardziej dba o zdrowie obywateli niż rządy wymienionych wyżej krajów (w co jednak trudno uwierzyć komukolwiek, kto ma styczność z polską służbą zdrowia…).

Pisałem niedawno, że tak cenione przez wiceministra Radziewicza-Winnickiego badania właśnie powinny się rozpoczynać w 3 polskich klinikach. Pisałem też o moich obawach z nimi związanych, a wypowiedzi wiceministra tylko mnie w tych obawach utwierdziły. Badania będą obejmować tylko jedną chorobę, a wręcz tylko niektóre jej rodzaje (napisał do mnie zrozpaczony człowiek chory na taką padaczkę, która do badania w Bydgoszczy go nie kwalifikuje); badaniu zostanie poddany wpływ na przebieg choroby jedynie jednego kannabinoidu: CBD; badane grupy będą niezbyt liczne. Wszystkie te okoliczności spowodują, że po kilku-kilkunastu miesiącach, gdy już zostaną opracowane wyniki, pan wiceminister wciąż będzie mógł powiedzieć: my byśmy chcieli, my jesteśmy za, ale wciąż nie ma wystarczających badań. W ten sposób rząd może grać w ciuciubabkę z chorymi przez długie, długie lata. Rzecz w tym, że to jest jednak inna ciuciubabka niż ta, w jaką grają z nami wiceministrowie od szybkich pociągów czy od niskich podatków. Tu chodzi o nasze zdrowie i życie.

Szczęśliwie wydaje się, że powoli zaczynamy sobie zdawać z tego sprawę. My: obywatele (chorzy i potencjalnie chorzy), lekarze, nawet politycy. Inne kraje sobie z tym poradziły, damy radę i my.

PS1

Zainteresowanych wystąpieniem bohatera tego wpisu na konferencji zachęcam do obejrzenia relacji na YT (od 1:10.40)

PS2

Na koniec chciałbym wkleić miłe zdjęcie, ale nie wiem, czy zdjęcie wiceministra byłoby tu na miejscu… Może w takim razie obrazek z kuluarów konferencji: na stoliku wśród innych fajnych rzeczy sprzedawanych przez dystrybutora produktów z konopi znajdują się również znane mi skądś książki :-)

sprzedaja

O przenikliwości pewnego wiceministra

W naszym środowisku sporo komentarzy wywołała niedawna wypowiedź p. Sławomira Neumanna, zatrudnionego przez społeczeństwo w charakterze wiceministra zdrowia. Postanowiłem skomentować i ja.

Dlaczego na liście tych specyfików nie ma oleju konopnego? Jeśli jakakolwiek firma farmaceutyczna uznałaby, że olej jest lekiem, który daje efekt medyczny, to wprowadziłaby go na rynek. Nikt tego nie zrobił.

Wiceminister zdrowia wyraził ciekawe przekonanie, że jeżeli czymś nie zainteresują się firmy farmaceutyczne, to to coś jest nic niewarte. Oczywiście, taka interpretacja jest sensowna, tych firm nie interesuje byle co. Jednak nie jest to jedyne możliwe wytłumaczenie braku zainteresowania big pharmy marihuaną. (Mówię o zainteresowaniu konstruktywnym, bo w zwalczaniu ruchów działających na rzecz legalizacji medycznej marihuany sektor ten jest aktywny nad wyraz.) Chciałbym poddać Waszej ocenie inne wytłumaczenie – sądzę, że nie mniej sensowne.

Wprowadzenie jakiejś substancji do obrotu jako leku wymaga przejścia długiej i bardzo kosztownej (setki milionów dolarów) procedury, składającej się między innymi z odpowiedniej jakości badań klinicznych.Firmy farmaceutyczne na te procedury decydują się wtedy, gdy wiedzą, że taka inwestycja im się opłaci, bo przez wiele lat będą mogły mieć wyłączność na sprzedaż danej substancji (patent). Tymczasem olej konopny (mówiąc precyzyjniej: skoncentrowany wyciąg z marihuany) może zostać wyprodukowany w bardzo prosty sposób w domu. Jeżeli dodamy do tego fakt, że sam surowiec (marihuana) też może być przez pacjenta łatwo uzyskany (dom, działka), staje się jasne, że wielomilionowa inwestycja nie ma dla firm farmaceutycznych żadnego sensu: oficjalnie zostałaby udowodniona skuteczność czegoś, po co pacjenci nie musieliby chodzić do apteki, bo mogliby to zrobić sobie sami za ułamek ceny aptecznej. Co więcej, dopuszczony już do obrotu wyciąg z marihuany konkurowałby z wieloma innymi produktami oferowanymi przez firmy farmaceutyczne. A zatem: zainteresowanie się przez te firmy wyciągiem byłoby typowym strzałem w stopę. (Ktoś powie: ale przecież nie wszyscy pacjenci mogliby lub chcieli bawić się w uprawę, a potem w robienie wyciągu. To prawda, wielu chorych wolałoby kupić dobry sprawdzony wyciąg w aptece. Rzecz w tym jednak, że oni chcieliby go kupić za rozsądną cenę, a firmy farmaceutyczne są przyzwyczajone do tego, że w sytuacji, gdy chroni je patent (=brak konkurencji), mogą każdy swój lek sprzedawać po cenach wielokrotnie przewyższających koszt wytworzenia. W przypadku wyciągu z marihuany nie mogłyby tego robić, bo zawsze istniałaby groźba pójścia pacjentów do kogo innego lub rozpoczęcia produkcji własnej.)

Zastanawia mnie jedno: czy p. Neumann nie zdaje sobie sprawy z powyższego (a przecież nie jest to wiedza tajemna, wiedzą to wszyscy bliżej interesujący się tematem medycznej marihuany), czy sprawę sobie zdaje, ale świadomie wprowadza opinię publiczną w błąd. Cóż, w jednym i drugim przypadku dyskwalifikuje go to, moim zdaniem, jako wiceministra. Pamiętajmy jesienią, jakie siły polityczne wyniosły go na to wysokie stanowisko.

Aha, i jeszcze jedna genialna myśl wiceministra:

za wywołaniem tematu stosowania marihuany w medycynie stoi „część środowisk, które chcą zliberalizować” przepisy ustawy antynarkotykowej.

Przenikliwość tego spostrzeżenia wzbudza zazdrość: ustawa antynarkotykowa nie pozwala chorym leczyć się marihuaną, więc chcą oni jej zmiany. Ciekawi mnie, czy tak przenikliwy urzędnik nigdy nie zadał sobie pytania, dlaczego Ustawa o przeciwdziałaniu narkomanii w ogóle zajmuje się medycznym używaniem czegokolwiek. Pewnie sobie nie zadał, bo gdyby to zrobił, toby nie opowiadał farmazonów.

Argumentu „o medycznej marihuanie nie ma potrzeby rozmawiać, bo przecież jest import docelowy i prowadzi się terapie w CZD” nawet nie chce mi się dziś poruszać. Może innym razem.

Nieudana wizyta

Postanowiłem odwiedzić doktora X. Nie, nie jestem chory: doktor X. ma taki specjalny długopis, którym może złożyć drugi z trzech podpisów na wiadomym wniosku.

Parę dni temu starałem się pogadać przez telefon, ale pani pracowicie łączyła i łączyła, a nikt nie odbierał. Ale pani powiedziała: jak ma pacjentów, to nie odbierze. Dziś też zrobiliśmy próbę (nikt nie odbierał), więc zdecydowałem się pójść. Pani mi powiedziała, na którym piętrze i w którym gabinecie, potwierdziła, że do 12:00 – to zasuwam, daleko nie mam.

Jestem chwilę przed 12:00, żeby się wślizgnąć za ostatnim pacjentem. Na drzwiach gabinetu informacja: doktor X., w środy do 11:00. No, choleraż! Schodzę do rejestracji zasięgnąć języka, może doktor X. jest jeszcze na terenie szpitala. A rejestratorka na to: doktor X. na urlopie do lipca. No, choleraż numer dwa!

Zadzwoniłem jeszcze raz. Gdybym był zamiejscowym chorym nieumówionym na wizytę, który w desperacji przyjechał z nadzieją, że jednak go przyjmą, tobym do pani telefonicznej poleciał Stonogą. Ale że nie byłem i cała sytuacja kosztowała mnie niepotrzebny (choć miły o tej porze roku) półgodzinny spacer, to tylko zgłosiłem wniosek racjonalizatorski, żeby osoby udzielające takich informacji przez telefon jednak znały aktualne godziny przyjęć oraz plany urlopowe lekarzy. Wniosek został przyjęty ze zrozumieniem.

Szkoda, chciałem być pierwszy, a zanim doktor X. wróci z urlopu, to w międzyczasie na pewno ktoś już poda informację, czy składane aktualnie wnioski są, czy nie są, opatrywane drugim i trzecim podpisem (oby były). I refleksja: czy u nas naprawdę nie może być normalnie? Czy moje wymagania, żeby telefoniczna informacja była zawsze na bieżąco, są tak bardzo kosmiczne? Wydaje mi się, że w innych krajach to jest norma. A może nie, może tak jest tylko w moim wyidealizowanym świecie…?

Z wizytą u posła Latosa

Widać zmiany: J. Kaczyński jako jeden z niewielu polityków odpisuje Dorocie i informuje o przekazaniu tematu posłowi Latosowi; poseł Jaki składa błyskawiczny projekt zmiany Uopn; poseł Kempa atakuje wiceministra zdrowia o medyczną marihuanę… Ale jeśli ktoś myśli, że jest już z górki, mam nieco chłodniejsze wiadomości.

Wczoraj udało mi się przez 10 minut porozmawiać z posłem Latosem (dla przypomnienia – szefem sejmowej Komisji Zdrowia). Potwierdził moje przypuszczenia, że w tej kadencji nie zmieni się nic. Nic, zero, nothing, nada. Przede wszystkim dlatego, że do wyborów zostało mało czasu, a na dodatek w międzyczasie będą w Sejmie wakacje. Poza tym trzeba mieć na uwadze, że proces legislacyjny ma swoje prawa i potrwać musi. (Co prawda słyszałem o przypadkach uchwalania ustaw w ekspresowym tempie na nocnych posiedzeniach, ale to przecież nie w tej sprawie.)

Nowy Sejm tematem się zapewne zajmie, ale raczej nie w swoim pierwszym roku działania. Gdyby PiS grał od jesieni pierwsze skrzypce, to temat jednak nie jest dla tej partii priorytetowy, a poza tym nie byłoby to najlepsze wizerunkowo, bo opozycja mogłaby powiedzieć: patrzcie, od czego zaczynają nowe porządki w kraju! (Smutne to, że los chorych jest mniej ważny niż wizerunek partii, ale cóż poradzić, taka jest nasza rzeczywistość i chyba nawet nas to bardzo nie dziwi. Ale chociaż chcą się sprawą zająć, bo według aktualnie rządzących żadnej sprawy przecież nie ma, według Ministerstwa Zdrowia wszystko gro i bucy.)

Są dwie rzeczy, które PiS-owi przeszkadzają i nie pozwalają podejść do tematu z większym entuzjazmem. Niestety, podczas mojej dzisiejszej rozmowy czasu było tylko tyle, żeby o nich posłuchać, na dyskusję i przedstawienie p. Latosowi mojego poglądu – już nie. Ale może nie była to ostatnia z nim rozmowa…

Pierwsza z tych 2 „uwierających” PiS rzeczy to brak długookresowych badań potwierdzających skuteczność / nieszkodliwość marihuany, zwłaszcza w dłuższym okresie. Cóż, jest to argument bardzo często podnoszony zarówno przez prohibicjonistów, jak i osoby neutralne. Przewija się przez jeden z rozdziałów „Odkłamywania”, a myślę, że wkrótce doczeka się wpisu na blogu.

Rzecz druga to to, że w ostatnim czasie promocją medycznej marihuany zajmuje się ugrupowanie, które do niedawna główny nacisk kładło na legalizację marihuany do zastosowań dowolnych. Czyli wychodzi na to, że znowu mamy prymat wizerunku nad istotą sprawy (nieważne co się mówi, ważne kto to mówi). Też do dłuższej dyskusji. Zarówno z p. Latosem, jak i w szerszym gronie.

Wysłuchanie

Byłem dziś w Sejmie na tym wydarzeniu. Prowadziła je p. wicemarszałek Nowicka, która medycznej marihuanie jest przychylna i, jak się wydaje, przychyliłaby nam nieba, a nawet dała klucz do Sali Kolumnowej, gdyby tego nie zakazał był szef.

salaWysłuchanie miało miejsce w wypełnionej sali nr 102. A właściwie – w salce nr 102, używanej chyba dla mało ważnych wydarzeń. Bo we wspomnianej Sali Kolumnowej w tym samym czasie odbywała się o wiele ważniejsza (choć o kiepskiej frekwencji, co widać na załączonym obrazku) konferencja na temat czegoś tam w Internecie.

Wystąpienia dyskutantów w salce nr 102 były przewidywalne, ale ciekawe, z pewnymi nowymi akcentami dla smakoszy. Jeśli kogoś to interesuje, to jest oficjalny zapis służb sejmowych. W czasie wysłuchania filmowali też niezmordowani chłopcy z Wolnych Konopi, zapewne umieszczą swój film w Sieci (dam znać).

Najciekawsza miała być dyskusja, ale zdarzyło się to, co zdarza się zwykle: mówiąc słowami klasyka mało casu, kruca bomba, mało casu. Pani marszałek ograniczyła czas wypowiedzi i liczbę dyskutantów. Nie udało mi się dać głosu, za późno podniosłem rękę, limit był już wyczerpany. Ale głównym powodem było to, że przez większość czasu poświęconego na dyskusję mówiła wadza: przedstawiciele prokuratury, Ministerstwa Zdrowia, GIF-u. Bardzo to było ciekawe z poznawczego punktu widzenia (w skrócie: zadowolona wadza dalej uważa, że medycznej marihuanie jest w Polsce świetnie). Tyle tylko, że ja chyba źle zrozumiałem znaczenie terminu wysłuchanie obywatelskie: myślałem, że to obywateli będzie się słuchać, a okazało się, że jest na odwrót, że to obywatele mają wysłuchać tego, co im ma do powiedzenia wadza. Ale nic to, mimo starań bydgoszczanina Sikorskiego byłem w Sali Kolumnowej (choć prelegent był inny), a także zrobiłem sobie selfie z salą posiedzeń plenarnych, gdzie uchwalono tyle złego prawa, a niedawno dokonano cudownej przemiany łodygi w zioło.

Badanie w Bydgoszczy – PS

Po przeczytaniu jednego z moich poprzednich wpisów napisała do mnie osoba z Bydgoszczy chora na lekooporną padaczkę. Z próby zostania królikiem doświadczalnym w szpitalu Biziela nic nie wyszło, bo zdaje się, że tam poszukują jedynie takich chorych dorosłych (>16), którzy na padaczkę cierpią od dzieciństwa. Faktycznie, w rozmowie ze mną lekarz kierujący badaniem wspominał o zespole Westa, ale widocznie nie zrozumiałem, że jemu chodzi tylko o takich chorych, nie głównie.

Piszę to ku przestrodze dla tych, którzy chcieliby jeszcze przystąpić do badania, ale nie są chorzy na padaczkę od wczesnego dzieciństwa. Spróbować warto, ale trzeba się liczyć z odmową. Chociaż… O badaniu bydgoskim napisała nasza Gazeta Pomorska, a z tekstu wynika, że przyjmowani będą nie tylko dorośli. No nie wiem, widocznie – jak to się zwykło ostatnio mawiać – sytuacja jest dynamiczna i co jakiś czas założenia się zmieniają. Tym bardziej warto próbować.

PS

A dla wszystkich, którzy do badania nie zostaną zakwalifikowani, mam prosty pomysł: w badaniu u Biziela będzie używany tylko kannabidiol, który przecież nie jest w Polsce nielegalny i można go sobie prywatnie kupić i testować w domu (trzeba tylko przedtem sprawdzić w Sieci wiarygodność dostawcy, bo niestety wraz z zapotrzebowaniem pojawili się oszuści). Na początek wszystkim zainteresowanym proponuję, żeby zajrzeli do tej grupy na FB.

Import niecelowy?

Z różnych stron (w tym z takich, które ja uznaję za dobrze poinformowane) doszły do mnie słuchy, że Ministerstwo Zdrowia zawiesiło wydawanie zgód na import docelowy leków marihuanowych. Ponoć ma się na ten temat wypowiedzieć „komisja bioetyczna”. Przez dłuższą chwilę zastanawiałem się, nad czym ta komisja będzie konkretnie radzić. Może nad tym, czy etyczne jest ulżenie cierpieniu ciężko chorym dzieciom, dla których wszechmocna farmacja nie ma żadnej realnej alternatywy? A może nad tym, czy 18 dotąd wydanych zgód* to przypadkiem nie jest za dużo jak na prawie 40-milionowy kraj?

Moje przypuszczenie jest takie: wadza myślała, że ten cały import docelowy będzie dla kilku–kilkunastu pacjentów i że przy takiej liczbie obywatele się nie zorientują. Ale nagle o tym zaczęto mówić i pisać (w tym w mediach głównego nurtu) i wadza przestraszyła się, że zaraza rozleje się zbyt szerokim nurtem. Zadaniem komisji bioetycznej jest ukręcić sprawie łeb (no i słusznie, bo co to za pomysł, żeby dzieciom – i to w dodatku ciężko chorym – podawać narkotyki). Obym się mylił, ale takie właśnie mam przeczucie. (W przypadku Sali Kolumnowej mnie nie zawiodło…) Jedyna szansa w tym, że nurt jest już zbyt szeroki i żadna komisja go nie powstrzyma.

Ta sytuacja jako żywo przypomina mi pewne wydarzenia w USA z 2. połowy XX wieku. Zaczęło się w 1976 roku, kiedy chory na ciężką jaskrę Robert Randall po batalii sądowej wywalczył sobie prawo do leczniczego palenia marihuany – dostarczanej zresztą przez amerykański rząd w ramach tzw. programu Compassionate IND. Dopóki do programu włączano 1 osobę na kilka lat (zawsze po wielkich bojach), władze USA tolerowały tę sytuację. Ale wybuch epidemii AIDS w połowie lat 80. spowodował, że nagle pojawiły się tysiące kwalifikujących się pacjentów, a w perspektywie – konieczność dostarczania marihuany (która, jak wiadomo, nie ma żadnych uznanych właściwości leczniczych) całym rzeszom chorych. Wiadomości jak nic rozprzestrzeniłyby się po całym ludnym kraju, więc program w 1992 roku po prostu zamknięto. Oto logika władzy: z dobrodziejstw programu zdrowotnego mogłoby chcieć skorzystać zbyt dużo pacjentów (!), więc program się zamyka.

Obym się mylił, że są tu podobieństwa z importem docelowym. A nawet gdyby podobieństwa były, to liczę, że ostatnio pokazaliśmy (my, Polacy), że wieloletni letarg chyba mamy za sobą i nie można nas już traktować jak bezkształtną bezmózgą bezwładną masę.

Bo nie można, prawda?

* Po dość długim oczekiwaniu dostałem z Departamentu Polityki Lekowej i Farmacji MZ odpowiedź na moje pytanie i mogę zainteresowanym powiedzieć, że do końca maja wydano 13 zgód na Bediol (łącznie 42 opakowania) i 5 zgód na Bedrocan (64 opakowania). Nie dostałem jeszcze odpowiedzi na równie ciekawe pytanie: ile wniosków zostało rozpatrzonych negatywnie? Jeśli się tego dowiem, chętnie się podzielę.

Propozycja

Ten człowiek nigdy nie powinien zostać skazany. Nasze prawo powinno być zmienione jak najszybciej. Z rozwagą, ale jak najszybciej.

Ale skoro w obecnym stanie prawnym skazany być musi, to ja bym miał taką propozycję: niech odpracuje swoje grzywny pracami społecznymi w postaci iluś tam godzin wykładów (nie wiem: dla rodziców, dla nauczycieli, dla młodzieży, dla chorych w szpitalach?) dotyczących leczniczych właściwości konopi. Albo marihuany, do wyboru. I jeden dodatkowy stanowczy warunek: te wykłady musiałyby mieć mocne oparcie w aktualnym stanie wiedzy, żadnego polegania na powszechnych przekonaniach. Jak uważacie: ile godzin wykładów zarządziłby sąd dla odpracowania tych 5 tysięcy złotych?