Epileptolodzy o marihuanie

W Sieci dostępny jest dokument pt. „Stanowisko Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Epileptologii w sprawie leczenia padaczki produktami na bazie marihuany”. Nie ma daty, ale jest stosunkowo świeży (myślę, że ma około roku). Gdyby ktoś chciał przeczytać go w całości, link do dokumentu jest tutaj. Poniżej parę moich uwag do wybranych fragmentów.

Większość badań wskazujących na korzystny efekt marihuany medycznej pochodzi z badań obserwacyjnych, ale tylko pojedyncze spełniają kryteria podwójnie ślepej próby kontrowanej  (tak w oryginale)  placebo.

Z tego zdania można wyciągnąć 2 wnioski:

1. wg PTE wartość mają jedynie takie badania, w których naukowcy jednej części badanych (dla przypomnienia: ludziom chorym!) świadomie, z pełną premedytacją podają coś, co nie zawiera ani trochę substancji czynnej. Jeżeli zadziała efekt placebo, to fajnie (fajnie dla chorych, nie dla badania), a jeżeli nie, no to trudno, będziemy obserwować, jak się męczą.

2. nie mają natomiast dla PTE większej wartości badania, w których jeden naukowiec po prostu stwierdza: temu pomogło, inny mówi: tamtemu pomogło, jeszcze inny: pomogło tamtym dwóm. Banalne stwierdzenie, że zaobserwowano pozytywne działanie nie jest zbytnio godne uwagi.

Obecnie skuteczność medycznej marihuany w leczeniu padaczki jest co najwyżej słabo udokumentowana.

Chętnie bym się dowiedział, w jaki sposób określa się, kiedy skuteczność jest już udokumentowana wystarczająco. Liczbą badań? Łączną liczbą badanych (z wliczeniem grup kontrolnych czy bez?) Czy może arbitralną decyzją prezes Towarzystwa, że tak – już jest?

Polskie Towarzystwo Epileptologii (PTE) w opublikowanych w 2014 roku Zaleceniach Polskiego Towarzystwa Epileptologii dotyczących leczenia napadów padaczkowych u dorosłych (Jędrzejczak i wsp., 2014), które zostały przygotowane w oparciu o najnowsze doniesienia naukowe, nie uwzględniło możliwości leczenia produktami leczniczymi na bazie pochodnych Canabis sativa (marihuany).

Ta decyzja jakoś dziwnie mnie nie dziwi…

Dopóki nie ma danych opartych na dowodach ta opcja mogłaby być rozważana tylko w przypadkach braku skuteczności terapii standardowej i nie powinna dotyczyć pacjentów, którzy nie stosują się do zaleceń i chcą ominąć standardową terapię.

1. W Polsce na lekooporną padaczkę choruje na pewno grubo ponad 10 tysięcy dzieci i kilka razy więcej dorosłych. Lekooporną – czyli taką, w której terapia standardowa okazała się nieskuteczna. Czy należy zatem rozumieć, że PTE w powyższym akapicie zaleciło rozważenie użytku marihuany w terapii tych osób? Niskie ukłony w imieniu wszystkich chorych, choć ja wolałbym, żeby to zalecenie miało mniej zawoalowaną formę. I nie bardzo rozumiem, dlaczego we wspomnianych wyżej rekomendacjach marihuana jednak nie została uwzględniona. Czyżby kilkadziesiąt tysięcy osób było grupą na tyle małą, że PTE po prostu jej nie zauważyło? To oznaczałoby, że PTE zajmuje się jedynie tą grupą chorych (ok. 2/3), u której istnieje uzasadnienie stosowania farmaceutyków.

2. Pacjentów, którzy nie stosują się do zaleceń i chcą ominąć standardową terapię zdecydowanie należy dyscyplinować. Czy weterynarz konsultuje z koniem szczegóły terapii? Pacjent nie jest od sugerowania sposobu leczenia, pacjent ma położyć uszy po sobie i łykać takie tabletki, jakie mu zostaną zapisane. A że mu nie smakują albo nie lubi ich efektów ubocznych? To niech się nie leczy, przymusu nie ma.

Doniesienia medialne, które rzadko wskazują na niepowodzenia leczenia, nie powinny być podstawą decyzji medycznych. Dopóki nie będzie wiarygodnych badań i wystandaryzowanych produktów, marihuana medyczna powinna być stosowana z niezwykłą ostrożnością.

Mała Oleńka Janowicz, chora na lekooporną padaczkę, dzięki determinacji swojej mamy miała zgodę na sprowadzanie dla niej marihuany w ramach importu docelowego. Jednak procedura uzyskiwania zezwolenia, a potem sprowadzania leku z Holandii, jest bardzo przewlekła i Ola, gdy już skończył się zapas ratującej jej życie marihuany, a jeszcze nie dotarła nowa, zmarła w wyniku bezdechu spowodowanego kolejnym napadem. Czy taka ostrożność jest zdaniem PTE wystarczająca? (Na marginesie: też się zastanawiam, czy media zainteresują się tym przypadkiem niepowodzenia. Powinny, ale przecież w Polsce „mamy możliwość leczenia się marihuaną”, więc o czym tu pisać…?)

Badania tego typu pozwolą po pierwsze ustalić grupę chorych, u których preparaty te mogą przynieść najwyższe korzyści terapeutyczne, po drugie wskazać na sposób dawkowania i profil farmakokinetyczny leku oraz ocenić potencjalnie niekorzystne krótko- i długoterminowe skutki działania tych preparatów.

Tak, to bardzo ważne. Ale proszę mi powiedzieć: czy PTE dysponuje już dokumentami (badaniami) oceniającymi potencjalnie niekorzystne krótko- i długoterminowe skutki braku jakiegokolwiek skutecznego leku u chorych na lekooporną padaczkę? Czy może te skutki są dla Towarzystwa tematem mniej interesującym?

Tylko farmaceutycznie opracowana formuła CBD, która będzie spełniała wymogi FDA, będzie możliwa do podawania pacjentom.

O, to ciekawe stwierdzenie: o ile nie jest tajemnicą, że polskie prawo jest w dużej części stanowione w Brukseli, a wiele naszych ustaw to jedynie tłumaczenia ustaw unijnych, to nie wiedziałem, że regulacje dotyczące stosowanych w Polsce leków pochodzą z Waszyngtonu. Nie wiem, skąd wzmianka o FDA w tym dokumencie. Zapatrzenie w twardą waszyngtońską politykę antymarihuanową? Nadzieja, że FDA będzie dłużej opierać się naciskom pacjentów niż EMA (Europejska Agencja Leków)?

 

Omawiany tu dokument jest dla mnie bardzo smutny. Zabrakło mi w nim jednego elementu, który powinien być najważniejszy: pacjentów. To znaczy – nie, oczywiście, oni tu są. Jako przedmiot badań. Jednak ja jako potencjalny pacjent zdecydowanie wolałbym, żeby lekarz traktował mnie podmiotowo. Co najmniej jako partnera w terapii, a może nawet (czy nie za bardzo fantazjuję?) jako osobę ważniejszą w tym dwuosobowym układzie. Chciałbym, by lekarz traktował mnie bardziej jak krawiec traktuje klienta niż jak weterynarz konia.

Dzieci, u których występuje kilkadziesiąt napadów dziennie, albo sto, a czasem dwieście, nie mają zbyt wiele czasu, bo bez czegokolwiek, co ograniczy ich napady, stoją z rozwojem. Dorośli też nie mają lekko: choroba nie tylko jest uciążliwa, choroba często nie pozwala im normalnie funkcjonować (choćby pracować, by zarobić na jedzenie czy na leki), a w skrajnych przypadkach może zabić. Niekorzystne skutki działania kannabinoidów (i to w dodatku „potencjalne”), mające tak fundamentalne znaczenie dla autorów dokumentu PTE, dla chorych są mniej istotne. Nie, nie dlatego, że nie zależy im na zdrowiu, lecz dlatego, że skutki braku leczenia są na tyle dolegliwe, że chcieliby móc zaryzykować. I chcieliby móc liczyć na pomoc swojego lekarza. Doniesienia o wyjątkowej nietoksyczności CBD i toksyczności THC znacząco niższej niż większości farmaceutyków wydają się przekonywać coraz więcej chorych. PTE przekonane nie jest. Dlaczego? To wydaje się jasne, ale dla wszelkiej pewności zajrzałem do statutu Towarzystwa. Interesujący mnie punkt brzmi: „Członkiem zwyczajnym może być lekarz lub specjalista zajmujący się naukową lub oświatowo-medyczno-społeczną problematyką padaczki i który opłaca składki„. No tak, traktowany przedmiotowo chory się nie dostanie. Ale to przecież jest towarzystwo naukowe, nie? Otóż nie: „Celem PTE jest popieranie każdej inicjatywy mającej na celu pomoc chorym z padaczką„. Czyli: popieranie inicjatyw na rzecz chorych z padaczką jest dla chorych z padaczką niedostępne. Do związku weterynarzy koni nie przyjmują.

Ale… czy ja aby nie przesadzam? Przecież cała ta ostrożność może mieć na celu tylko i wyłącznie dobro pacjenta, ochronę przed niesprawdzonymi specyfikami, które mogą wyrządzić więcej szkody niż pożytku… Mówiąc szczerze, nie bardzo w to wierzę. Ale dobrze, spróbujmy: od pewnego czasu prowadzony jest w CZD eksperyment, w którym epileptycznym dzieciom podaje się Sativex, wyciąg z marihuany zawierający THC i CBD. W dołączonej do leku ulotce producent ostrzega przed stosowaniem preparatu u nieletnich (!) oraz u osób chorych na padaczkę (!). Pytanie: czy PTE występowało kiedykolwiek przeciwko temu badaniu, mogącemu ewidentnie pogorszyć stan zdrowia małych pacjentów Centrum? (Ostrzeżenie dotyczy „potencjalnie niekorzystnych skutków działania”, czyż nie?) Jeśli występowało, to będę skłonny zrewidować moje opinie wyrażone w tym tekście. Przynajmniej częściowo. Ale coś mi mówi, że nie będę musiał…
ostrzezenie_SativexPS.
Ten tekst wysyłam mejlem do PTE (office@epilepsy.org.pl), ale, szczerze mówiąc, odpowiedzi się nie spodziewam. Gdyby nadeszła, oczywiście ją opublikuję.

„Wprowadzenie do Medycznej Marihuany”

Półtora roku temu byłem w Pradze na dużej, czterodniowej konferencji poświęconej medycznej marihuanie. Rozdawano tam fajną, rzeczową broszurkę napisaną przez młodego holenderskiego naukowca Arno Hazekampa (który zresztą był jednym z prelegentów w czasie konferencji). Dziś Arno pracuje w firmie Bedrocan – to oficjalny dostawca marihuany do holenderskich aptek.

Broszurkę zachowałem na pamiątkę, niestety, jest po czesku. Pomyślałem sobie, że fajnie byłoby, gdyby coś takiego ukazało się po polsku. No i ukazało się. Trochę trwało, ale jest. Nie w formie drukowanej broszurki, ale w pdf-ie jest dokładnie tyle samo wiedzy… Ponieważ mam swój udział w powstaniu polskiej wersji, wiem, że spokojnie można tę lekturę polecać wszystkim zainteresowanym.

Więc polecam. Lekarzom, pacjentom, opiekunom, pasjonatom: można go ściągnąć stąd (plik ma ok. 4,5 MB).

Może dlatego – polemiki

Otrzymałem komentarz od autorki tekstu, którego dotyczył mój poprzedni polemiczny wpis. Komentarz można przeczytać w całości tutaj. (Zaznaczam, że tam jest całość, bo tutaj znowu zamierzam zastosować demagogiczną metodę odnoszenia się do niektórych tylko fragmentów. Dlaczego jest ona demagogiczna i zła, dalibóg nie wiem, dla mnie jest oczywiste, że fragmentów, które np. nie są interesujące albo nie są polemiczne, nie ruszam, bo i po co.)

Co do metod naturalnych i Hashimoto – spotkałam się ze strasznym kłamstwem, dotyczącym zastępowania leczenia przeciwnowotworowego niejakim olejem RSO – to o wiele bardziej groźne niż zaostrzenie objawów powoli rozwijającej się niedoczynności tarczycy. Odwołałam się do Hashimoto bo to choroba, z której producenci suplementów uczynili prawdziwe monstrum, nieźle na tym zarabiając, i faszerując ludzi kolejnymi absurdami.

Zarówno w omawianym poprzednio artykule, jak i w tej odpowiedzi, widzę u Pani manierę skakania ad libitum po różnych tematach, powiązanych ze sobą luźno albo i wcale. (Czy na tym ma polegać moja demagogia – że chcę się trzymać ściśle tematu?)

Mój komentarz dotyczył choroby Hashimoto i terapii hormonalnej. Przypomnę: „nigdy nie spotkałem się z poważnym postulatem zamienienia terapii hormonalnej terapią marihuanową”. Co ma z tym wspólnego leczenie (lub „leczenie”, jak Pani woli) raka przy pomocy „niejakiego RSO”? Nasza rozmowa (przynajmniej ja ją tak demagogicznie widzę) jest o medycznej marihuanie, nie o „nieźle zarabiających producentach suplementów”.

Ale absolutnie nie uciekam od tematu raka i RSO. To prawda, że nie ma na ten temat tak drogich Pani sercu badań naukowych, które by potwierdzały jego właściwości przeciwnowotworowe (choć dotychczasowe badania in vitro i in vivobardzo obiecujące). A proszę mi powiedzieć: skąd mają brać się takie badania, jeśli na pewno nie sfinansuje ich Big Pharma ani latające jej koło tyłka rządy. A na dodatek, dla wszelkiej pewności, RSO jest nielegalny nawet tam, gdzie legalna jest medyczna marihuana. (Dopiero niedawno rząd kanadyjski zrobił wyłom i zalegalizował ekstrakty, a tą samą drogą ma też pójść nowelizujący właśnie prawo rząd niemiecki.) Ale mam dla Pani niedobrą wiadomość: nie ma również badań, które by pokazywały nieskuteczność bądź szkodliwość takiej terapii. No i teraz, Pani Doktor, nadszedł nieprzyjemny dla polskiego lekarza moment zdeklarowania się: czy opowiada się Pani za pacjentem i jego prawem do spróbowania każdego lekarstwa, czy też jednak uważa Pani, że ważniejsze są opracowane przez urzędnika procedury, a pacjent ma się im podporządkować.

(Proszę zauważyć, że w tej dyskusji nie wyciągam, mimo dużej pokusy, argumentu 3% skuteczności legalnej terapii przeciwnowotworowej.)

Leki znoszą objawy. A marihuana leczy? Wydaje mi się, że nie jest LEPSZA, co oznacza nie że jest bezużyteczna, ale do cudu który uwolni cywilizację od wszystkich bolączek, bezboleśnie, i bezproblemowo niestety jej daleko.

Świetny chwyt polemiczny: podać nieistniejący argument adwersarza, a potem go przekonująco zbić. Dlaczego nieistniejący? – proszę mi powiedzieć, kto z poważnych dyskutantów twierdzi, że marihuana jest cudownym lekiem? Ja nikogo nie znam, a wydawało mi się, że z tych poważnych to znam u nas wszystkich. No, ale może się mylę, niecierpliwie czekam na wskazanie palcem.

Prokurator jest po to aby bronić pacjentów, a nie kryć lekarzy – zgadzam się. Ale nie powinien też służyć do wyłudzania odszkodowań – a zaczynamy doganiać stany.

Nie wiem, jakie jest Pani zdanie o Jerzym Ziębie. Większość polskich lekarzy ma go za znachora i szkodzącego (ale nie wiem: pacjentom czy lekarzom) szarlatana. Proponuje on taką zmianę prawa, by lekarz mógł, w porozumieniu z pacjentem, stosować w leczeniu dowolną terapię, by nie był ograniczony procedurami. Zgoda pacjenta zwalniałaby lekarza od odpowiedzialności bez względu na wynik terapii.

Nie wiem czy to przypadek Pana mamy, ale często jest tak, że pacjent zmienia lekarzy, i nadal bierze leki od „starego, gorszego” specjalisty, i te które dostaje on „nowego”, mimo że różnią się tylko nazwą. Mimo bardzo ograniczonej praktyki widziałam już kilka przypadków tzw. „polipragmazji jatrogennej”, rekordzista brał 30 pigułek i gdyby nie możliwość komputerowej weryfikacji wydanych recept (Hiszpania) – nigdy byśmy do tego nie doszli.

OK, ale nie odpowiada to na moje pytanie: dlaczego lekarzom nie przeszkadzają interakcje pomiędzy rozlicznymi farmaceutykami (w każdym razie nie na tyle, żeby się jakoś szczególnie ograniczać w ich przepisywaniu), a nagle jest to problem w przypadku całkowicie naturalnej substancji, która oczywiście może reagować z chemią, ale przynajmniej nie zwiększają sumy ogólnego zatrucia organizmu. (A, i czasami zmniejszają zapotrzebowanie na farmaceutyki – co z oczywistych względów nie wszystkim się podoba.)

Usunęłam fragment o dzieciach z ADHD które matki (na zachodzie, do nas chyba to jeszcze nie dotarło) faszerują od młodego wieku THC. To, że THC ma wpływ na rozwijający się mózg jest już dzisiaj pewne.

Czy z taką samą żarliwością występuje Pani przeciwko stosowaniu chemioterapii u dzieciaków? Czy może uważa Pani, że chemioterapia jest dla dzieci obojętna? Proszę pamiętać, że nie rozmawiamy tu o zapaleniu sobie skręta z dzieckiem w sobotni wieczór, lecz o dramatycznych przypadkach ciężkich chorób dziecięcych. Zapewne słyszała Pani o Maxie Gudańcu: przez 5 lat stał w rozwoju umysłowym, dosłownie stał, bo napady padaczki resetowały mu umysł w rytmie kilkaset razy na dobę. Pomogła mu dopiero medyczna marihuana zawierająca, o zgrozo!, szkodliwy dla dzieci THC. Co by Pani poradziła jego rodzicom: żeby poczekali z marihuaną, aż Max osiągnie pełnoletniość i dopiero wtedy zaczął uczyć się siadać?

Nie słyszałem o modzie „faszerowania dzieci THC”. Słyszałem o przypadkach bardzo podobnych do opisanego wyżej, gdzie THC (w bardzo niewielkich dawkach) sprawił, że odblokował się rozwój tych dzieciaków. Istotnie, THC rzeczywiście miał wpływ na ich rozwijający się mózg. W Polsce odpowiedni ludzie (w tym lekarze) stoją na straży, żeby nie miał.

Dodam jeszcze, że lekarz nie wypisze marihuany, póki nie będzie miał pewności, że to lek który ktoś przetestował, gwarantując jego bezpieczeństwo.

Skoro uważa Pani, że przepisując jakikolwiek farmaceutyk lekarz ma jakąkolwiek pewność, to znaczy, że nie czytała Pani żadnej z poleconych poprzednio dwóch książek. Jeszcze raz zachęcam (choć uprzedzam, że lektura może przewrócić Pani poukładany świat składający się z dobrych sprawdzonych lekarstw).

Słyszałam o 2 przypadkach pogorszenia padaczki (w jednym z nich – dramatycznie), oraz o przypadku wystąpienia objawów przypominających obrzęk mózgu po podaniu (ustalenie czy te objawy – !nie obrzęk, objawy!) były przyczyną MM było niemożliwe do ustalenia ze względu na chorobę podstawową.

Nie bardzo rozumiem: czy te (niepewne na dodatek!) przypadki są dla Pani argumentem przeciw MM? Bo mocno mi to przypomina scare tactics prohibicjonistów: niby związku wykazać nie można, ale, wicie, rozumiecie, no coś tam chyba było.

(A na marginesie: czy to dramatyczne pogorszenie padaczki nie miało aby miejsca w CZD, gdzie – wbrew wyraźnym ostrzeżeniom producenta – prowadzono na małych pacjentach eksperyment z wykorzystaniem Sativexu? Bardzo bym się nie zdziwił…)

Nie wątpię, że prokurator znajdzie jednak związek przyczynowo-skutkowy, albo odwoła się do wspomnianej kwestii wytycznych.

W tej chwili pewnie tak, dlatego jak najszybciej jest potrzebna zmiana prawa.

Wytyczne nie są złe – EBM nie jest doskonała, ale wyobraża sobie Pan aby każdy leczył wedle własnego uznania? Np. bo producent leku zachwalał produkt?

Fakt, dać lekarzowi prawo samodzielnego podejmowania decyzji to ryzykowny pomysł. Tylko po kiego grzyba studia lekarskie trwają całe 6 lat (+ jeszcze praktyki i inne pieszczoty). Podejrzewam, że czytania wytycznych ze zrozumieniem można skutecznie wyuczyć w rok.

Czytałam Pana książkę. Dużo jest tam wiki-science

Nie, „Wiki-science” nie ma tam wcale. Wikipedią posiłkowałem się przy podawaniu pewnych dość powszechnie znanych faktów (żeby nie używać słów „mówi się, że”) czy definicji chorób (zakładam, że te nie są kontrowersyjne). „Science” pochodzi z badań naukowych znalezionych np. przy pomocy PubMedu.

niektóre fragmenty były całkiem dobrze napisane, jednak nie jest to poziom oksfordzkiego „Handbook of cannabis”.

Z pokorą spuszczam głowę. Przed załamaniem nerwowym ochroni mnie jednak fakt, że moim zamiarem nie było napisanie dzieła na takim poziomie. Chciałem napisać książkę popularnonaukową (a nawet popularno-popularnonaukową), która w oparciu o poważne źródła, ale w sposób przystępny również dla osób niemających żadnego przygotowania fachowego, będzie wprowadzeniem do tematu medycznej marihuany. Parę osób mówiło mi, że mi się to udało. (Proszę sobie wyobrazić, że mówili tak również lekarze.)

Niestety, to jak podchodzi Pan do marihuany dalekie jest od (modne ostatnio wyrażenia) „holistycznego podejścia”.

Nie wiem, co Pani rozumie przez podejście holistyczne. Czy holistycznie podchodzą do pacjentów polscy lekarze? (Ponownie przywołam znachora Ziębę: na jednym z wykładów opowiadał, że grono trzęsące polską onkologią zdecydowało o nowym, holistycznym podejściu do raka: zamiast, jak dotąd, stosować albo chemię, albo radio, albo skalpel, teraz ma się do tematu podchodzić holistycznie i stosować wszystkie trzy metody jednocześnie. No, powiało wielkim światem.)

Marihuana promowana nachalnie jako lek, który uleczy wszystkie nasze bolączki to kłamstwo, i za jakiś czas to lekarze będą musieli ją odkłamywać właśnie lekarze.

Czy „nachalne promowanie” to zarzut pod moim adresem? Jeśli tak, to prosiłbym o konkrety (fragment z książki, artykuł, wpis na blogu), żebym mógł się zorientować, o co konkretnie jestem oskarżony. A jeśli chodzi o odkłamywanie marihuany przez lekarzy… ło matko, tego się właśnie boję. Skoro Pani jest lekarzem, to wie Pani świetnie, czego o MM dowiadują się studenci w trakcie 6 lat studiów. Tym z Czytelników, którzy lekarzami nie są wyjaśniam: niczego. Zero. Null. Nothing. Nada. Szanowni polscy lekarze: nie odkłamujcie nam marihuany! Jeżeli chcecie nam pomagać, to zdobądźcie stosowną wiedzę i bądźcie naszymi sprzymierzeńcami w walce z chorobą. A jeżeli nie, to wesprzyjcie nasze prawo do leczenia się tak, jak my uważamy. Nasze życie jest nasze, nie Wasze ani państwowe. I pamiętajcie: Was też może dopaść. Albo kogoś z Waszych bliskich. I gdy zawiedzie Was Święta Farmacja, może być za późno na walkę o legalizację. A Ustawa o przeciwdziałaniu narkomanii nie przewiduje nadzwyczajnego łagodzenia kary dla lekarzy.

PS

No to jeszcze zrzut z ekranu pokazujący kawałek bloga Lady Perfect. I komentarz (żartobliwy, nie złośliwy): nie ma to jak dobry algorytm… 🙂

dlatego2

PS2

Właśnie się dowiedziałem, że dalszego ciągu rozmowy nie będzie. Pani doktor naszkicowała mój profil psychologiczny i uznała, że szkoda jej czasu. Aj, dlaczego mnie to nie dziwi?

…ja już skończyłam. Żal mi czasu na dyskusję będąca próbą zaspokojenia Pańskiego ego. Pan z definicji nie znosi osob, które mają inne zdanie o MM i inną wizję. A muszę Pana rozczarować – inaczej patrzy na MM biolog, farmaceuta, lekarz, producent… I dealer. Zawszę bedą ludzie o odmiennych opiniach i warto ich słuchać. Ale nie zawsze warto wdawać sie w dyskusje. Bez odbioru.

Może dlatego?

Na pewnym blogu pojawił się wpis pt. „Dlaczego lekarze nie chcą przepisywać medycznej marihuany?” Jego autorką jest lekarka. Pozwolę sobie na parę słów komentarza.

Bo marihuana medyczna znosi nie jeden, a całą kompilację objawów. Ale nie leczy przyczyny, rozumiecie? A to duża różnica.

Jak rozumiem, nie jest to zarzut wobec MM, lecz jedynie (bardzo słuszne, moim zdaniem) stwierdzenie pewnego faktu. Bo dokładnie to samo dotyczy także innego rodzaju leków: farmaceutyków. Bo czy leki leczą padaczkę, nawet te postaci nielekooporne? Czy leki leczą stres pourazowy? No nie. Może za jakiś czas, za parę miliardów dolarów, ale na razie nie.

Dlaczego lekarze nie chcą przepisywać medycznej marihuany na chorobę Hashimoto? Litości – nie w roli jedynej formy leczenia. Hormonów nie ma a naprawdę ich nam potrzeba, natomiast Mary Jane ich nie wyczaruje.

Tu powiem szczerze: nie rozumiem argumentu, bo nigdy nie spotkałem się z poważnym postulatem zamienienia terapii hormonalnej terapią marihuanową. W podlinkowanym filmie nie ma mowy o marihuanie, więc jest on zupełnie ni pri cziom. Równie dobrze można zapytać: dlaczego lekarze nie chcą przepisywać medycznej marihuany na odrost utraconej kończyny? Widocznie na to akurat nie działa.

Dlaczego lekarze nie chcą przepisywać medycznej marihuany? Otóż dlatego, że leczenie marihuaną to najczęściej eksperyment, ostatnia deska ratunku, bo nie ma dostatecznej ilości dowodów, aby umieścić ją w wytycznych.

Podejście typowe dla lekarzy: coś ma właściwości lecznicze dlatego, że zostało umieszczone w wytycznych. Zapewniam Panią Doktor, że dla pacjenta, któremu marihuana może przynieść ulgę (a o czym on wie, bo nielegalnie próbował), to, czy ona jest w wytycznych, czy jej nie ma, to najmniejszy z problemów.

…do naszych drzwi coraz częściej puka nie przedstawiciel firmy farmaceutycznej, tylko prokurator. A ten pyta – po co pan to dawał? No po co? Kto mówił, że to pomaga? No?

Tu całkowicie się zgadzam, jest społeczną aberracją, gdy praktykowane przez lekarza leczenie podlega kontroli prokuratorskiej.

Kiedy ktoś leczy, idzie z tym odpowiedzialność – dlatego lepiej trzymać się „sprawdzonych” sposobów.

W Polsce trzymanie się narzuconych procedur jest lepsze niż polisa ubezpieczeniowa – jakby co, to swojaki z komisji odpowiedzialności nie skrzywdzą. A że czasem pacjent zejdzie (choć działanie nieproceduralne mogłoby być może pomóc), to już Naczelnej Izby Lekarskiej nie obchodzi. A jeśli chodzi o „sprawdzone” sposoby (duży plus za cudzysłów), to polecam lekturę tej książki. A potem (albo przedtem) jeszcze tej.

Ale marihuana – też nie jest bez wad. Udowodniono, że przyspiesza rozwój objawów schizofrenii

Sugerowałbym lekturę poświęconego temu tematowi rozdziałowi z „Odkłamywania marihuany„. Zawarte tam rozważania troszkę podważają ten powszechny pogląd.

Zazwyczaj pacjent musi przyjmować już kilka leków. Jeśli dajesz mu coś, co działa w sposób nieznany, a w zasadzie jest mieszaniną ok. 100 kannabinoidów, oraz kilkuset terpenów i innych substancji, a żadnej z nich nie znamy… Nietrudno o interakcje. I np. kannabidiol zwiększa stężenie licznych leków we krwi – od leków na „zgagę”, po przeciwpadaczkowe, przeciwbólowe, przeciwdepresyjne i inne… Które mogą osiągnąć toksyczne wartości. Lekarze nie chcą ryzykować wystąpienia takich interakcji, i skutków zatrucia lekami, i dla mnie jest to oczywiste.

Tak, dla lekarzy to jest oczywiste – ale tylko w stosunku do marihuany. Bo już farmaceutyki to inna historia. Moja mama naliczyła u siebie 16 różnych pigułek. Ktoś jej musiał je przepisać, nie? Jakoś o interakcje się nie martwili.

Igranie z układem endokannabinoidowym… może być bardzo niebezpieczne. O tym przekonali się producenci leku rimonabant, który miał być cudownym środkiem na odchudzanie.

Stawianie znaku równości pomiędzy rymonabantem i marihuaną może wskazywać na kiepskie zrozumienie istoty układu endokannabinoidowego (albo na co innego, ale nie będę spekulował). Z jednej strony syntetyk mający jeden jedyny cel zablokowania działania receptorów CB1, z drugiej mający bardzo szerokie działanie zbiór naturalnych kannabinoidów, terpenoidów, flawonoidów…

 

Tytuł omawianego tu wpisu to „Dlaczego lekarze nie chcą przepisywać medycznej marihuany?”. Nie jest on precyzyjny, proponuję drobną modyfikację: „Dlaczego lekarze w Polsce nie chcą przepisywać medycznej marihuany?”. Są kraje, gdzie lekarze nie mają z przepisywaniem marihuany problemu. Czyżby nie znali argumentów wysuwanych przez naszą blogerkę-lekarkę…? Ten wpis został przez kogoś na Facebooku określony jako „głos rozsądku”. Moim zdaniem to nie jest głos rozsądku. To jest głos polskiego lekarza. Niestety, w Polsce głos lekarza czasami bardzo rozmija się z głosem pacjenta.

PS

Poniżej alternatywna odpowiedź na tytułowe pytanie.

dlatego

Spotkanie w Oławie

10 kwietnia 2016 w Oławie odbyło się nieformalne spotkanie paru osób. Wynikiem kilkugodzinnej dyskusji jest niniejszy dokument traktujący

                               O MEDYCZNEJ MARIHUANIE

DLACZEGO?
W Polsce marihuany do celów leczniczych używają nielegalnie tysiące, a prawdopodobnie dziesiątki tysięcy ludzi. Część z nich ma dostęp do w miarę ugruntowanej wiedzy, pochodzącej czy to od osób posiadających już jakieś doświadczenie, czy to od znających temat lekarzy (głównie zagranicznych, a jeśli polskich, to głęboko zakonspirowanych). Jednak przeważająca część pacjentów jest skazana na znajdowane w internecie informacje, którym bardzo często brak choćby podstaw rzeczowości. W tej sytuacji używanie marihuany, choć samo w sobie nie jest obarczone większym ryzykiem dla zdrowia, może się przyczynić do pogorszenia stanu zdrowia zainteresowanego. Stąd pomysł, by w jednym dokumencie zebrać garść podstawowych informacji i zasad, które mogłyby pomóc chorym w ich zmaganiach z chorobą i z wciąż mało znanym lekarstwem.

KTO?
Jesteśmy grupą osób przekonanych o dużej skuteczności działania marihuany w różnych chorobach i mających już pewne doświadczenia praktyczne. Są wśród nas lekarze, opiekunowie chorych, aktywiści i propagatorzy marihuanowej wiedzy. Lista osób (w kolejności alfabetycznej): Marek Bachański, Hubert Bartol, Jacek Cieżkowicz, Jakub Gajewski, Dorota Gudaniec, Marek Gudaniec, Bogdan Jot, Arkadiusz Uznański. Chcemy podzielić się naszą wiedzą i doświadczeniem i pomóc tym chorym, którzy wierzą, że marihuana może być dla nich skutecznym lekiem, ale nie mają na jej temat żadnych wiadomości.

WSKAZÓWKI
Kannabinoidy (substancje typowe dla konopi) działają na organizm w sposób bardzo zindywidualizowany, bardziej niż farmaceutyki, dlatego nie ma możliwości opracowania zasad używania marihuany / RSO, które byłyby uniwersalne, odpowiednie dla każdego chorego. Z drugiej strony toksyczność marihuany jest nieporównanie niższa niż toksyczność leków produkowanych przez firmy farmaceutyczne, a więc i ryzyko związane z używaniem marihuany jest nieporównanie niższe. Wynika stąd, że nie ma ani możliwości, ani potrzeby precyzyjnego określania dawek dla wszystkich pacjentów. Poniższe wskazówki nie są zatem pomyślane jako dokładna „instrukcja obsługi”, lecz jako orientacyjny punkt wyjścia i sposób na znalezienie odpowiedniej dla siebie drogi.

1. metody podawania
Medyczną marihuanę można zażywać na wiele sposobów: drogą wziewną (palenie/waporyzacja), doustnie (zjadanie odpowiednio przygotowanych przetworów), doodbytniczo/dopochwowo (czopki), naskórnie (maści, oleje), podjęzykowo (krople, spraye).
Wybór odpowiedniej drogi zależy przede wszystkim od choroby. Jeśli problem jest zlokalizowany w konkretnym miejscu ciała, najlepszą drogą podawania marihuany wydaje się ta, która wprowadza ją najbliżej chorego miejsca. Np. przy raku mózgu najkrótsza droga to podawanie podjęzykowe lub wmasowywanie oleju w dziąsła; przy raku odbytu lub prostaty – czopki doodbytnicze; rak wątroby – podawanie doustne (przez przewód pokarmowy); rak płuc – wdychanie oparów.
Wydaje się, że dobrym pomysłem jest łączenie różnych dróg podawania, a ta najkrótsza powinna być jedną z nich. Łączenie może być szczególnie korzystne wtedy, gdy drogą najkrótszą można podać ograniczoną ilość kannabinoidów (np. wziewnie albo podjęzykowo). Wielu pacjentów łączy np. przyjmowanie czopków ze zjadaniem oleju RSO i waporyzacją.

2. marihuana a RSO
Kwestią często sprawiającą chorym trudność jest odróżnienie oleju RSO od marihuany. Marihuana to susz odpowiednich odmian konopi, zwykle bogatych w THC (standardowo 10-20% THC w suchej masie). RSO to wyciąg zrobiony z takiej marihuany, zawierający o wiele więcej THC (dobrej jakości olej RSO powinien mieć nie mniej niż ok. 70% THC). W większości chorób tak duża koncentracja nie jest niezbędna, RSO jest zażywany głównie przez chorych na nowotwory.
Z racji o wiele większej mocy RSO, przy jego dawkowaniu należy zachować szczególną ostrożność, zwłaszcza na początku terapii, gdy organizm nie jest jeszcze przyzwyczajony do dużej ilości kannabinoidów.

3. THC a CBD
To dwa kannabinoidy występujące w marihuanie w największej ilości. Oba mają właściwości terapeutyczne, choć w odmienny sposób oddziałują na organizm.
THC (tetrahydrokannabinol) jest psychoaktywny (czyli odpowiada za uczucie oszołomienia po spożyciu marihuany), ma też istotne działanie prozdrowotne, w tym np. antynowotworowe, rozluźniające (przeciwspastyczne), antydepresyjne (w niezbyt dużych dawkach).
CBD (kannabidiol) nie jest psychoaktywny, a wręcz ogranicza psychoaktywność THC (choć nie jego działanie prozdrowotne). Wspomaga działanie układu odpornościowego, jest zalecany jako suplement diety. W niektórych rodzajach raka (np. piersi) działa przeciwnowotworowo. Wykazuje działanie przeciwpadaczkowe, nawet w przypadkach padaczek lekoopornych – choć pewna część epileptyków potrzebuje niewielkiego dodatku THC.
Nie ma jednoznacznych wskazań dotyczących optymalnego stosunku THC:CBD w lekarstwie. Zależy on od konkretnej choroby i konkretnego pacjenta. Wydaje się, że dobrym punktem wyjścia jest proporcja 1:1 w leku głównym i ewentualne dodatkowe zażywanie CBD dla wzmocnienia układu odpornościowego i większego ograniczenia „haju” (przy stosunku 1:1 „haj” jest wciąż dość prawdopodobny).
Dobrym pomysłem może być rozpoczęcie kuracji kannabinoidowej od podawania samego CBD przez 1, 2, 3 tygodnie (w ilości 300 mg / dzień albo więcej). Jeśli ze względów medycznych niezbędne jest szybkie rozpoczęcie podawania THC, powinna to być mieszanka z CBD ( 1:1 lub więcej CBD).

4. ustalenie odpowiedniej dawki
Dla wielu osób wadą medycznej marihuany, a dla wielu jej zaletą jest to, że chory może samodzielnie ustalić optymalną dla siebie dawkę. Trzeba pamiętać, że różne choroby potrzebują bardzo różnych ilości kannabinoidów: podczas gdy przy uporczywej migrenie może nawet na kilka dni wystarczyć, że chory 2-3 razy zaciągnie się skrętem, kuracja antyrakowa może wymagać dawek rzędu 1 g THC dziennie.
Ogólne zasady są następujące:
a) jeżeli z chorobą wiążą się konkretne odczuwalne objawy (ból, napady, skurcze mięśni), należy przyjmować najmniejszą skuteczną dawkę. Trzeba przy tym pamiętać, że może ona podlegać sporym wahaniom w zależności od wielu czynników takich jak stan pacjenta w danym dniu, postęp choroby, wpływ innych substancji (leków czy nawet pożywienia), jakość leku;
b) jeżeli choroba postępuje bezobjawowo (jak wiele nowotworów, zwłaszcza we wcześniejszych stadiach), przyjmuje się maksymalną dawkę tolerowaną przez organizm, zaczynając jednak od dawki bardzo małej i stopniowo ją zwiększając.
Należy zawsze mieć na uwadze, że jeżeli lek nie pochodzi ze stałego sprawdzonego źródła, każda nowa dostawa może oznaczać inną jakość i w konsekwencji konieczność nowego określenia dawki.

5. częstotliwość przyjmowania
Biorąc pod uwagę, że proces metabolizowania (i magazynowania w tkance tłuszczowej) kannabinoidów trwa kilka godzin, dla utrzymania odpowiedniego ich poziomu w organizmie najlepsze byłoby przyjmowanie leku 4 razy na dobę w mniej więcej równych odstępach, czyli co ok. 6 godzin. To jednak oznacza, że osoby śpiące 8 godzin musiałyby przerywać sen. Dlatego częstotliwość można ograniczyć do 3 razy, zwiększając nieco dawkę przyjmowaną przed snem.
Duże znaczenie wydaje się mieć regularność przyjmowania, znane są przypadki „protestowania” organizmu już przy opóźnieniach wynoszących 1-2 godziny.
Dość często spotyka się opinie, że przy długotrwałym przyjmowaniu marihuany (czy to w postaci suszu, czy RSO) dobrze jest robić okresowo krótkie przerwy mające na celu przywrócenie pierwotnej wrażliwości receptorów. Może to być kilka dni (do tygodnia) przerwy po każdych 3 miesiącach przyjmowania. Po zakończeniu takiej przerwy trzeba pamiętać o ponownym przyzwyczajeniu organizmu do kannabinoidów (czyli o rozpoczynaniu przyjmowania od zmniejszonej dawki).

6. problemy mogące wystąpić w trakcie kuracji
To, że marihuana nie jest dla ludzi toksyczna, nie oznacza, że z jej używaniem nie mogą być związane problemy czy dyskomfort u pacjentów. Zwykle nie są to problemy nie do przezwyciężenia, ale pacjent powinien być świadom możliwości ich wystąpienia, bo bywa, że brak tej świadomości jest przyczyną zakończenia terapii („coś poszło nie tak”, „u mnie źle działa”).

   a) efekt psychoaktywny („haj”), zwłaszcza prawdopodobny przy zażywaniu RSO i marihuany w dużych dawkach
Ten efekt uboczny nie przez wszystkich i nie w każdych warunkach musi to być uznany za niepożądany. U wielu pacjentów „haj” oznacza parę godzin relaksu, odprężenia, lepszego nastroju. Są jednak osoby, które boją się (i wolałyby uniknąć) takich doznań. Mogą to osiągnąć przez rozpoczynanie od bardzo niewielkich dawek i bardzo powolne ich zwiększanie. Również dobrym sposobem jest używanie CBD równolegle z THC (CBD przeciwdziała efektom psychoaktywnym powodowanym przez THC.)
Podanie zbyt dużej dawki THC może w nieprzyzwyczajonym organizmie wywołać uczucie nieokreślonego lęku, atak paniki, a w skrajnych przypadkach nawet myśli samobójcze. Nie jest to przyjemne i lepiej tego unikać, ale ważne, żeby pacjent wiedział, że taka reakcja jest normalna, że nie pozostawia długotrwałych skutków i że samoczynnie przechodzi po kilku godzinach. Dobrze jest, żeby pacjent nie był wtedy sam, obecność kogoś życzliwego pomaga w najtrudniejszych momentach. Poprawę samopoczucia można uzyskać już zwykłą rozmową czy innym odwróceniem uwagi, można też podać coś słodkiego (bardziej niż tradycyjne słodycze polecany jest miód lub gorzka czekolada).

   b) długotrwała (kilkunastogodzinna) śpiączka
Zapadnięcie przez chorego w wielogodzinny sen jest dość często spotykane, szczególnie po dużych dawkach. Nie jest to powód do obaw – sen sam w sobie ma właściwości terapeutyczne i regeneracyjne. Niektórzy opiekunowie pozwalają choremu spać aż do samodzielnego obudzenia się. Inni budzą go, żeby załatwił potrzeby fizjologiczne, wziął kolejną dawkę lekarstwa, uzupełnił płyny i coś zjadł. Później często chory znowu zasypia.

   c) nieprzyjemny smak lekarstwa
Wyciągi z konopi mają charakterystyczny aromat i bardzo gorzki smak, który dla niektórych chorych jest niemożliwy do zaakceptowania. Dotyczy to zwłaszcza podawania podjęzykowego, kiedy pewne ilości leku roznoszą się ze śliną po całej jamie ustnej, drażniąc kubki smakowe. Można próbować ten smak zamaskować, np. rozpuszczając wyciąg w niewielkiej ilości naturalnego oleju kokosowego. Jeżeli te starania nie przyniosą rezultatu i pacjent wciąż źle reaguje na smak wyciągu, należy zmienić drogę podawania, aby uniknąć całkowicie negatywnego nastawienia pacjenta do leku.

   d) niemożliwość utrzymania czopka
Kannabinoidy wchłaniają się przez błonę śluzową odbytu / pochwy dość szybko (od kilkunastu minut do pół godziny). Jednak u niektórych pacjentów przyjmujących lek w postaci czopków mogą pojawić się problemy z wystarczająco długim utrzymaniu czopka w organizmie. Może mieć to postać występującej krótko po aplikacji biegunki albo upławów przy podawaniu dopochwowym. Czasami pojawia się krwawienie z odbytu. W takich przypadkach można próbować różnych sposobów rozwiązania problemu: aplikacja czopka krótko po wypróżnieniu; zwiększenie głębokości; używanie twardszych czopków (zaraz po wyjęciu z lodówki); zmiana nośnika substancji czynnej (np. z oleju kokosowego na masło kakaowe); pozostanie w bezruchu zaraz po aplikacji.

UWAGI KOŃCOWE
1. W Polsce posiadanie marihuany jest nielegalne. Nie została ona jeszcze także dopuszczona do użytku medycznego poza przypadkami tzw. importu docelowego (http://maxepiimm.blogspot.com/2015/03/import-docelowy-procedura.html, http://marihuanaleczy.pl/import-docelowy/). Ale nielegalność, jak wspomniano na wstępie, nie powstrzymuje tysięcy chorych od sięgania po marihuanę. Autorzy tego tekstu nie są zwolennikami łamania prawa i nikogo do tego nie namawiają. Ale uważamy, że skoro ludzie i tak łamią prawo, powinni mieć choćby minimum wiedzy, która pozwoli im zmaksymalizować efekt terapeutyczny i zminimalizować ryzyko. Nie ulega jednak dyskusji, że najlepszym rozwiązaniem byłoby to, żeby chorzy mogli leczyć się marihuaną oficjalnie, legalnie i przy współudziale znającego temat lekarza. Wszyscy współautorzy tego tekstu są o tym przekonani i dlatego w taki czy inny sposób zaangażowali się w walkę o legalizację w naszym kraju marihuany do celów medycznych.

2. Mimo że marihuana wiele razy wykazała swą skuteczność w leczeniu / łagodzeniu wielu chorób, chorzy muszą cały czas być świadomi, że nie jest to panaceum, które pomaga zawsze, wszystkim i na wszystko. Może się zdarzyć, że w pewnych konkretnych przypadkach nie pomoże wcale lub że efekt jej działania będzie mniejszy od oczekiwanego. Nie jest to oczywiście powód, by całkowicie ją dyskwalifikować jako środek terapeutyczny.

DODATEK 1
Dopóki nie zostaną przeprowadzone oficjalne, uznawalne przez środowisko medyczne badania naukowe spełniające wszystkie wymagania formalne, chcemy przeprowadzać „badania obywatelskie” przez gromadzenie doświadczeń jak największej liczby pacjentów. W tym celu prosimy o pobranie przykładowego dzienniczka pacjenta [podziękowania dla Łukasza L.], dokonanie w nim odpowiednich zmian dostosowujących go do własnego przypadku i wypełnianie w trakcie trwania kuracji. Wypełnione dzienniczki (po zakończeniu całej kuracji lub jakiegoś jej etapu) prosimy przesyłać do Fundacji Krok po kroku na specjalnie przeznaczony do tego adres dziennik@fundacjakpk.org.pl.
{Załącznik 1: http://marihuanaleczy.pl/DZIENNIK_LECZENIA.xlsx}

DODATEK 2
W drugim załączniku znajduje się arkusz kalkulacyjny pomocny w obliczeniach dawek przy podawaniu czopków, past i olejów.
Ilości podane w tabelce są orientacyjne. Może się zdarzyć, że niektórzy pacjenci będą bardzo dobrze tolerowali lek i wtedy można zwiększyć podawaną ilość, dla innych zaś te ilości mogą być za duże i wtedy można je zmniejszyć (ewentualnie uzupełniając dzienną dawkę w inny sposób). {Załącznik 2: http://marihuanaleczy.pl/CBD-KalkulatorDawkowania.xlsx}

DODATEK 3
Wobec dużego zainteresowania pacjentów olejami CBD, do niniejszego dokumentu załączona jest informacja producenta oleju marki Dr. Hemp.
{Załącznik 3: http://marihuanaleczy.pl/CBD_problemy.pdf}

{Ten tekst w formacie .docx: http://marihuanaleczy.pl/o_MM.docx}

Jednak arogancja władzy

W moim ostatnim wpisie o CZD był pewien optymizm. Ostrożny, ale był. Optymizm, że nowa władza zaprowadzi nowe porządki. Od tamtego czasu minęło dwa i pół miesiąca – to sporo więcej niż czas przewidziany prawem na odpowiedź obywatelowi, nikt nie może mi więc zarzucić braku cierpliwości.

Może przypomnę: wiceminister zdrowia poprosił dyrekcję CZD, żeby jednak udzieliła mi odpowiedzi na trzy pytania (zadane jeszcze w październiku zeszłego roku), a w przypadku wątpliwości – żeby odwiedziła go w celu skonsultowania sprawy. A pytania były bardzo merytoryczne i neutralne, żadne tam podchwytliwości czy złośliwości typu „Czy prawdą jest, że wywalenie z pracy dr. Bachańskiego miało bezpośredni związek z działalnością prof. Jóźwiaka, męża pani wicedyrektor CZD?”.

Odpowiedź nie dotarła do dziś, ani z CZD, ani z MZ. Możliwości widzę dwie:

1) dyrekcja CZD olała wiceministra. To nieprzyjemna możliwość, bo oznaczałaby, że urzędnik państwowy pełniący w naszym, podatników, imieniu nadzór nad naszymi, podatników, pieniędzmi, nie ma wpływu na instytucję z tych pieniędzy finansowaną. Innymi słowy: że pani Syczewska et consortes uwłaszczyli się na społecznym majątku i rządzą nim bez kontroli. (Jasne, może być tak, że dyrekcja CZD reaguje na polecenia z MZ w sprawach ważnych, a olewa tylko mniej ważne. Ale to wątła pociecha, bo to szef, a nie podwładny, ma oceniać, co jest ważne. A skoro wiceminister prosił, żeby mi odpowiedzieć, to widocznie uznał, że to jest jakoś ważne.)

2) CZD z zaproszenia wiceministra skorzystało, ale rada w radę ustalili, że jednak nie ma sensu przejmować się jakimś upierdliwym obywatelem.

WNIOSEK KOŃCOWY: żadna dobra zmiana, arogancja władzy trzyma się dobrze.

PS

Kopię tego tekstu wysyłam do Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Nie żebym miał nadzieję, że to cokolwiek zmieni, bo odnoszę wrażenie, że to pięćset jest plus i gospodarka jest plus, a obywatel wciąż jest minus, zwłaszcza jeśli natrętny. Ale nie chciałbym, żeby pani premier, gdybym się jej przy jakiejś okazji na tę sytuację poskarżył, powiedziała: „Ale dlaczego mnie się o takich rzeczach nie informuje?”. No to właśnie niniejszym informuję.

Tymczasem w Spliffie…

1. O tym, że w specjalnym numerze Spliffa zostanie zamieszczony mój artykuł, wiedziałem od dłuższego czasu. Rzeczywiście ukazał się. I muszę podzielić się jednym wyjaśnieniem. Ten tekst to omówienie aktualnego stanu medycznej marihuany w Polsce. Ale… aktualnego w momencie pisania! Tekst wysłałem do Spliffa jeszcze przed Świętami 2015. Niestety, z nieznanych mi powodów ten numer poświęcony MM ukazał się dopiero niedawno, kwartał po napisaniu artykułu. Oczywiście, cały czas się pod moimi słowami podpisuję, choć teraz jest to tekst częściowo już historyczny, bo przez te trzy miesiące jednak sporo się działo. Choćby dalszy ciąg „sprawy Bachańskiego”, mydląca oczy refundacja czy, przede wszystkim, wielka nadzieja i (przynajmniej chwilowe) rozczarowanie związane z projektem zmiany prawa dla umożliwienia autentycznego używania marihuany w leczeniu. Ale jako tekst historyczny (stan na koniec 2015) – może być 🙂

2. Nie wiedziałem, że w tym samym numerze Spliffa znajdzie się też recenzja obu moich książek. Ogromne zaskoczenie to może nie jest, bo kiedyś, dawno temu, rozmowa o takiej możliwości się odbyła, ale nigdy nie zeszło na konkrety. A tu proszę, jest. Niektóre fragmenty takie, że skromność nie przepuści mi ich przez klawiaturę, musicie przeczytać sami. Ale jest też krytyka. Na przykład dostało się okładkom. Cóż, biorąc pod uwagę, że parę osób w rozmowie ze mną chwaliło projekt obu okładek, zostańmy może przy koncyliacyjnym wniosku, że to kwestia gustu i że autor recenzji po prostu ma inny…

Cały nowy numer specjalny Spliffa jest tutaj. Niestety, nie ma (jeszcze?) pdf-a do ściągnięcia. Może będzie za jakiś czas, na razie trzeba czytać on-line. Materiały, o których mówię w tym wpisie, są zamieszczone pod koniec numeru. Ale wszystkie osoby zainteresowane tą tematyką oczywiście gorąco zachęcam do lektury całości, bo warto. Jest na przykład deklaracja Koalicji Medycznej Marihuany (nie słyszeliście o takim tworze? – to tym bardziej trzeba przeczytać); dwa artykuły Jakuba Gajewskiego o RSO, wywiad z Dorotą Gudaniec i z Adamem Wierzbą i inne naprawdę ciekawe rzeczy.

Refleksje po refundacji

Polecam ten artykuł jako informację o tym, jak obecnie mają się sprawy.

I pozwalam sobie na mały komentarz do jednego fragmentu:

„To to nie jest refundowane?” – pyta zdumiony. „Nie, nie jest” – odpowiadam. No i tydzień później był komunikat o refundacji.

Fragment ten wprawił mnie w (kontrolowaną) wściekłość. W jaki my żyjemy kraju? Oczywiście, bardzo fajnie, że niektóre zakupy będą refundowane. Poprawi się raptem kilkunastu pacjentom (bo o takiej skali zjawiska w tej chwili mówimy), ale dobre i to.

Problem polega na tym, że mamy w kraju (w służbie zdrowia, ale przecież nie tylko) setki, a zapewne tysiące rzeczy, które – jak refundacja – powinny zaistnieć, ale nie istnieją, bo biurokratyczna machina zupełnie nie jest zaprojektowana do rozwiązywania takich problemów, nie jest nastawiona na dobro obywateli. Jeżeli komuś uda się dotrzeć przed oblicze prezesa i przekonać go, to jest jeden telefon i nagle się okazuje, że nierozwiązalny dotąd problem po tygodniu zostaje rozwiązany. Tylko że przed oblicze prezesa dostaje się, ile? – 1%, 2%, 5% wszystkich słusznych spraw i tylko na tyle telefonów można liczyć. A cała reszta!?

Jaki dobry pomnik

No proszę, jacy byliśmy niesprawiedliwi, jak wieszaliśmy psy na CZD! A to właśnie Centrum załatwiło nam refundację. Tak przynajmniej wynika z rozmowy z wiceministrem zdrowia zamieszczonej tutaj.

Jeszcze jedna rzecz się ostatecznie wyjaśniła. O tym, że Sativex nie podlega refundacji, to już wiedzieliśmy wcześniej. A teraz mamy doprecyzowanie, że nie każdy import docelowy marihuany będzie refundowany, jedynie ten dla chorych na padaczkę lekooporną. A jeśli chodzi o pozostałych kilkaset tysięcy pacjentów, którzy na medycznej marihuanie mogliby skorzystać, to w MZ ciągle nie ma badań. Czyli zmieniło się bardzo niewiele. Jedynie tych kilku-kilkunastu pacjentów, którym uda się przebrnąć przez procedurę importu docelowego i mają „szczęście” (czy wszyscy dostrzegli cudzysłów?) chorować na lekooporną padaczkę, trochę zaoszczędzą. Ale tylko trochę, bo, jak stwierdził wiceminister, terapia jest stosunkowo niedroga. Jasne, gdyby była droga, toby nie refundowali. Ot, logika.

PS

O CZD jeszcze wkrótce napiszę, mam tam pewien niezamknięty rachunek, ale CZD nie zając, a ja na razie muszę skończyć pilną robotę.

Niefajne rzeczy

Nie jest fajnie, gdy się dzieją niefajne rzeczy. Zwłaszcza jeśli to we własnym środowisku, wśród znajomych. Niestety, czasami się dzieją.

Wielu z Was zna zapewne markę Dobre Konopie, od kilku już lat sprzedającą produkty konopne, np. owocowe napoje z ekstraktem z konopi czy olejki CBD. Są jednym z liderów na rynku.

No i zdarzyło się, że paru pracowników firmy postanowiło uszczknąć coś dla siebie z tego liderowania i pójść „na swoje”. OK, powie ktoś, nic nadzwyczajnego, często się tak zdarza. Zgoda, tylko że ci ludzie nie byli zainteresowani pracowitym budowaniem pozycji dla swojej nowo utworzonej firmy. Postanowili skubnąć swego pracodawcę. Nie będę w chodził w zbytnie szczegóły, więc w skrócie: stworzyli pozory, że nowa marka zastąpiła starą i że dotychczasowi klienci robią interesy wciąż z tym samym przedsiębiorstwem. W ten sposób pozbawiali pracodawcę pewnej części sprzedaży.

Sprawa oczywiście wyszła na jaw i Dobre Konopie, ze wszystkimi dowodami świata w rękach, spokojnie mogłyby puścić idących na skróty biznesmenów z torbami. Ale nie chcą. Zadowalają się opublikowaniem oświadczenia, w którym zostaje wyjaśniona cała sytuacja. Bo w Dobrych Konopiach dobre są nie tylko konopie…

10177305_1707218392853435_1171171133923521804_n