Logika w padaczce

Przegłosowane, podpisane, opublikowane. Oficjalnie mamy w Polsce legalną medyczną marihuanę. Czy to zadziała, czy przyjęte rozwiązania są dobre? Dobre dla chorych, znaczy? Moim zdaniem nie, pisałem już o tym wcześniej. W tym tekście chciałbym wspomnieć o jednej rzeczy, która nieco mnie niepokoi: słyszałem głosy, że znowelizowana ustawa wymaga, by zastosowanie marihuany było możliwe dopiero po wykorzystaniu wszystkich innych opcji terapeutycznych. Co prawda nie znajduję tego zapisu w treści ustawy, ale wcale bym się nie zdziwił, gdyby taka miała się okazać niepisana praktyka. Dla chorego oznaczałoby to, że musi (musi) najpierw struć się substancjami, o których z prawdopodobieństwem ok. 30% wie, że mu nie pomogą. Taki właśnie jest odsetek padaczek uznawanych za lekooporne, czyli bardzo słabo albo wcale nie reagujących na żadne farmaceutyki. Po niepowodzeniu z pierwszym lekarze zazwyczaj przepisują drugi, trzeci, piąty… każdy. Mimo że wiedzą – a w każdym razie powinni wiedzieć – że prawdopodobieństwo zadziałania drugiego leku, gdy zawiódł pierwszy, jest rzędu 10%. Po trzecim nieudanym leku prawdopodobieństwo spada do 1%. Ale co tam, dalej przecież poruszamy się po medycynie opartej na dowodach, prawda? A, zapomniałbym o dość częstej praktyce łączenia różnych leków – są to tzw. koktajle. Prawdopodobieństwo ich zadziałania jest niższe od błędu statystycznego, prawdopodobieństwo wystąpienia poważnych skutków ubocznych – przerażająco wysokie. Konkretnie jakie? – nie wiadomo, bo nikt tego nie bada, możliwych kombinacji jest za dużo, a produkty pochodzą od różnych producentów, którzy konkurują między sobą o kasę pacjentów.

Wiem, że zasada, że najpierw farmaceutyki, a potem ewentualnie marihuana, obowiązuje w co najmniej paru krajach, m. in. w Izraelu. Co nie przeszkadza, że jest bez sensu – z punktu widzenia zwykłej codziennej logiki. Gdy chcemy rozbić świnkę-skarbonkę, robimy to przy pomocy młotka, nie walca czy dynamitu. Na ból głowy jest tabletka, nie zastrzyk z morfiny. Logiczne z punktu widzenia zwykłej codziennej logiki jest zaczynanie od rozwiązań najprostszych, najmniej inwazyjnych, robiących najmniej huku, najmniej szkód. Porównanie skuteczności i efektów ubocznych marihuany i leków przeciwpadaczkowych nie pozostawia wątpliwości: nie powinniśmy mówić o stosowaniu marihuany w przypadkach padaczek lekoopornych, powinniśmy mówić o stosowaniu farmaceutyków w przypadkach padaczek marihuanoopornych.

PS
Przypominam, że wielką skuteczność wykazują odmiany marihuany w ogóle pozbawione THC, a w tej mniejszości przypadków, gdy THC jest niezbędne, potrzeba go tak mało, że nie ma mowy o odurzeniu chorego. Niech więc nikt nie mówi o narkotyzowaniu chorych dzieci, bo będzie się tylko ośmieszać…

„Kurs” – postscriptum

Jeszcze wracam do „kursu” dla neurologów. Tym razem z krótkim apelem zwracam się do chorych lub ich rodziców. Biorąc pod uwagę, że już niedługo medyczny użytek marihuany stanie się w Polsce faktem, nie pozwólmy, żeby wywalczona modyfikacja Ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii była martwym przepisem. Po tym, jak ugięli się posłowie i senatorowie, największymi hamulcowymi będą ludzie w białych kitlach. Przeważająca większość z nich.

Pytajcie swoich lekarzy o możliwość leczenia marihuaną. Żądajcie, żeby zainteresowali się tą alternatywą. Powiedzcie im o moim wpisie, w którym są linki do prac naukowych i do wypowiedzi ich zagranicznych kolegów po fachu, którzy dzielą się swoim doświadczeniem. Zmuście ich do tego, żeby wymyślili nową wymówkę. Nie będzie im łatwo powiedzieć „Nie, bo mi się nie chce tym zająć”, „Nie, bo się to nie spodoba sponsorującej mnie firmie farmaceutycznej”, „Nie, bo to nie jest prawdziwa medycyna” czy wreszcie „Nie, bo nie”. Prawda, że wszystkie brzmią gorzej niż ich ulubione „Nie ma badań”? Pokażcie im, że badania są i że jest też wiedza praktyczna. Nie muszą wyważać otwartych drzwi. Ale niech pokażą, że dobro pacjenta, dobro Was i Waszych dzieci, naprawdę się dla nich liczy.

Wreszcie, ale…

Media, zarówno te tradycyjne, jak i społecznościowe, ogłosiły sukces: wkrótce dołączymy do grona państw cywilizowanych i będziemy mieli medyczną marihuanę. Oczywiście, cieszę się ze wszystkimi, bo to jednak ruch do przodu, jednak zdecydowanie nie podzielam wielkiego entuzjazmu. Oto moje refleksje:

– na razie ustawa przeszła przez Sejm. Nie wiem, co się stało, że ośrodki decyzyjne wszystkich partii nakazały głosować na „tak”, ale nakazały. Ale już czytałem wypowiedzi posłów PO, że projekt im się w paru miejscach nie podoba, ale nie chcą już dłużej blokować prac w Sejmie i poprawki zostawiają na debatę w Senacie. Fantastycznie, szkoda tylko, że tej dyskusji nie przeprowadzili przez 8 lat swoich rządów, kiedy ze stuprocentowo koalicyjnym koalicjantem mieli większość w parlamencie, a w pałacu prezydenckim swojego człowieka. Poparcie dla idei MM ze strony pani Kopacz czy pana Arłukowicza brzmi mi teraz trochę obłudnie. No, ale dobrze, każdy ma prawo popełniać błędy i je naprawiać, szkoda, że zazwyczaj robi to wtedy, gdy niewiele już może (p. Kwaśniewski też jest w tej grupie). Poczekajmy zatem na rozwój wypadków w Senacie;

– można założyć, że Senat projektu nie odrzuci (co najwyżej zmodyfikuje), a prezydent podpisze. Co dalej? Przepisy wykonawcze. Te będą zapewne w gestii dwóch ministerstw: zdrowia oraz spraw wewnętrznych, może też sprawiedliwości (gdyby ktoś nie kojarzył: tego pod Ziobrą). Na całym świecie zawsze tak było, że społeczeństwo (bezpośrednio w referendum czy za pośrednictwem parlamentu) decydowało, że chce mieć dostęp do medycznej marihuany, a potem władza wykonawcza sypała piach w tryby. Zawsze. Nie widzę powodu, dla którego ludzie Radziwiłła mieliby iść chorym na rękę i ułatwiać im życie. Widzę natomiast powody, dla których ludzie Radziwiłła mieliby realizować swoje własne cele, które jak raz z interesem chorych są sprzeczne. Jeżeli się okaże, że widzę zbyt czarno, chętnie odszczekam;

– ustawa uchwalona, przepisy wykonawcze wydane (mam nadzieję, ze w ustawie będzie na to jakiś maksymalny – rozsądny – okres). Co dalej? Chory udaje się do apteki po marihuanę z receptą. Zaraz… z receptą? A skąd ją weźmie? Ilu lekarzy ma choćby blade pojęcie o działaniu kannabinoidów? Czy jest ich przynajmniej 1%? Szczerze mówiąc – wątpię. Tego nie wykłada się na żadnej polskiej uczelni medycznej, a na to, żeby poczytać coś po godzinach, polski lekarz nie ma ani czasu, ani sił, ani motywacji. Co z tego, że „teraz już będzie można”? Ani czasu, ani sił, ani motywacji od tego nie przybywa. Będziemy potrzebować wielu lat, żeby sytuacja się zmieniła w jakiś widoczny sposób. Przerabiali to (a właściwie wciąż przerabiają) Czesi. Niestety, ustawa to jeszcze nie wszystko;

– podobno* w ustawie jest zapis, że marihuana ma być „ostatnią deską ratunku”, czyli że będzie ją można przepisać dopiero po wyczerpaniu innych opcji terapeutycznych. Zapis idiotyczny, wymierzony przeciwko chorym, no ale wiadomo, że to nie o interes chorych tu chodzi. Wpadłem kiedyś na pomysł, żeby chory miał prawo nieleczenia się farmaceutykami i przejścia od razu do marihuany, o ile wpłaci jakąś urzędowo ustaloną kwotę „wykupu”, przekazywaną bezpośrednio na fundusz zasilający firmy farmaceutyczne: pieniądze i tak stracone, ale przynajmniej oszczędzi się organizmowi konieczności trucia się chemią;

– wszystkie przeszkody pokonane, pacjent idzie z receptą do apteki. Aptekarz dziś o marihuanie oczywiście nie ma pojęcia, ale szybko może się dokształcić, o wiele szybciej niż lekarz. Ale przecież nie za darmo. Poza tym, przechowując w aptece tak śmiertelnie niebezpieczną substancję (cytat z Radziwiłła), będzie musiał mieć sejf co najmniej tak samo solidny jak dla opioidów, co zrodzi dodatkowe koszty. Nie zapominajmy także o stresie u pracowników apteki. Zatem całkiem uzasadnione będzie, że do ceny hurtowej suszu aptekarz doda ze 100% narzutu. A cena hurtowa niska nie będzie, bo marihuanę będziemy importować z drogich krajów: z Holandii pewnie nie, bo nam za dużo nie dadzą, ale może z Izraela, a może z Kanady (nie wiem, z kim są dogadani ci, co pociągają za sznurki). Wliczając jeszcze koszt transportu (takie ładunki to chyba z uzbrojonymi konwojentami, nie?), mamy dość jasny obraz: zarabiający kilka razy mniej Polak będzie za marihuanę płacił co najmniej 2 razy więcej. Niektórych pewnie będzie stać, tak jak stać ich teraz na Sativex. Ale większość…? Mam nadzieję, że sądy w przyszłości będą brały pod uwagę wyłożone tutaj okoliczności łagodzące…

Jak napisałem, dobrze, że coś się ruszyło. Niestety, nie rozumiem powodów, dlaczego dotąd szło jak po grudzie, a tu nagle tylko Kempa i Ziobro byli przeciw. A zrozumienie powodów jest istotne, bo od nich zależy, czy to bardzo ułomne prawo będzie wkrótce zmienione ku pożytkowi chorych, czy chodzi właśnie o to, żeby zamknąć chorym gębę („przecież macie” – tak robią teraz dygnitarze z MZ z importem docelowym), ale żeby w rzeczywistości niewiele się zmieniło. Czas pokaże…

* Napisałem „podobno”, bo projektu ustawy nie znam. Kiedyś się zapoznawałem, analizowałem, do członków Komisji Zdrowia mejle słałem, ale naiwność mi przeszła – już nie mam złudzeń, że tu chodzi o jakąś merytoryczną dyskusję, o ważenie argumentów. Są po prostu poranne SMS-y z instrukcjami, jak głosować. Dlatego szkoda mi czasu na etapy pośrednie: tekst ustawy przeczytam, gdy już będzie ogłoszony w Dzienniku Ustaw (bo przecież nawet podpisany przez prezydenta jeszcze nie ma mocy prawnej i może się zdarzyć, że będziemy protestować z transparentami „Beata publikuj!„…)

„Kurs” dla neurologów – rozdział ostatni

Sztuczka z przedłużeniem zapisów na „kurs” się nie udała: przez ten dodatkowy miesiąc doszedł jeden chętny. Mało. No trudno, pomysł ewidentnie nie wypalił, jakoś przyjdzie to przeżyć. Zastanawiam się, czy: 1) moja wiadomość w ogóle nie dotarła do neurologów; 2) dotarła, ale: a) nie byli nią zainteresowani; b) byli zainteresowani, ale tego zainteresowania nie wyrazili, bo: b1) bali się ujawnić (choć przecież „kurs” miał być całkowicie anonimowy); b2) uznali, że jednak szkoda czasu, bo i tak w dającej się przewidzieć przyszłości podsyłana przeze mnie wiedza nie przyda się im w praktyce. Gdyby ktoś miał jakieś podejrzenia, niech będzie tak uprzejmy i mi da znać, chętnie poznam te opinie.

A wiedza? Jak pisałem wcześniej, nie jest to wiedza ukryta, poświęcając odrobinę pracy można ją bez większego problemu znaleźć w Sieci. Nie, nie odsyłam zainteresowanych do Googla, poniżej podaję wybrane przeze mnie linki (to tylko część tego, co jest dostępne). I mam wielką nadzieję, że jednak choć kilku neurologów rzuci okiem na ten materiał.

A wszystkich czytających te słowa zachęcam do podawania dalej informacji o niniejszym wpisie, bo wygląda na to, że tylko w ten sposób ma on szansę jakoś się przebić do lekarzy.

Artykuły
1. (Jak to wygląda od strony pacjenta – wyniki sondażu) Parental reporting of response to oral cannabis extracts for treatment of refractory epilepsy: https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/25845492
2. (Jw.) Report of a parent survey of cannabidiol-enriched cannabis use in pediatric treatment-resistant epilepsy: http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC4157067/
3. (Jw.) Report from a Survey of Parents Regarding the Use of Cannabidiol (Medicinal cannabis) in Mexican Children with Refractory Epilepsy: https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC5368357/
4. (Studium przypadku: głos lekarza i matki chorego dziecka) The case for medical marijuana in epilepsy: http://onlinelibrary.wiley.com/doi/10.1111/epi.12610/epdf
5. (Co ustaliła dotąd nauka? – przegląd z 2014…) Cannabidiol: Pharmacology and potential therapeutic rolein epilepsy and other neuropsychiatric disorders: http://onlinelibrary.wiley.com/doi/10.1111/epi.12631/epdf
6. (…z 2015) Cannabinoids: is there a potential treatment role in epilepsy?: https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC4845642/
7. (…i jeszcze jeden z 2015) Phytocannabinoids and epilepsy: https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/25475762
8. (Z doświadczeń dorosłych epileptyków kanadyjskich) Marijuana use in adults admitted to a Canadian epilepsy monitoring unit: https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/27568641
9. (Doświadczenia izraelskie z padaczką dziecięcą) CBD-enriched medical cannabis for intractable pediatric epilepsy – The current Israeli experience: https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/26800377
10. (Podsumowanie 3 badań przedstawionych na posiedzeniu American Epilepsy Society w 2014) Patient use of cannabis in epilepsy: https://www.sciencedaily.com/releases/2014/12/141208144146.htm
11. (Wyniki 3 niedawnych badań sponsorowanych przez producenta Epidiolexu) Pharmaceutical CBD (cannabidiol) shows promise for children with severe epilepsy: https://www.sciencedaily.com/releases/2015/12/151207145856.htm
12. (Próba wyjaśnienia mechanizmu działania kannabinoidów w padaczce) Cannabidiol: Pharmacology and potential therapeutic role in epilepsy and other neuropsychiatric disorders: https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC4707667/
13. (Jw.) The Pharmacological Basis of Cannabis Therapy for Epilepsy: http://jpet.aspetjournals.org/content/357/1/45.long
14. (Jw.) Cerebrospinal fluid levels of the endocannabinoid anandamide are reduced in patients with untreated newly diagnosed temporal lobe epilepsy: http://onlinelibrary.wiley.com/doi/10.1111/j.1528-1167.2009.02334.x/full
15. (Jw.) Downregulation of the CB1 Cannabinoid Receptor and Related Molecular Elements of the Endocannabinoid System in Epileptic Human Hippocampus: http://www.jneurosci.org/content/28/12/2976.long
16. (Do zastanowienia: o wyjątkowej ostrożności neurologów) Fewer specialists support using medical marijuana and CBD in treating epilepsy patients compared with other medical professionals and patients: Result of Epilepsia’s survey: http://onlinelibrary.wiley.com/doi/10.1111/epi.12843/epdf

Wykłady i filmy dokumentalne
A. Medical Marijuana and Impacts on Epilepsy 2014: https://www.youtube.com/watch?v=U1Da-D0iGaM
B. Child Neurology Foundation Webinar: Cannabis in Epilepsy: https://www.youtube.com/watch?v=GzQU9YAWmLs
C. The Science of Cannabis as a Treatment for Epilepsy: https://www.youtube.com/watch?v=oqhJH7hIG4k
D. (kilka wystąpień z konferencji CannMed 2016) http://fast.wistia.net/embed/playlists/tzmtgbalv6?media_0_0%5BautoPlay%5D=false&media_0_0%5BcontrolsVisibleOnLoad%5D=false&popover=true&theme=tab [z rozwijanego menu w prawym górnym rogu proszę wybrać wymienionych poniżej prelegentów]
– 5. Dr. Bonni Goldstein
– 6. Dr. Orrin Devinsky
– 9. Dr. Minh Le
– 4. Dr. John Gaitanis (mówi nie tylko o padaczce)
E. (dwa wystąpienia z UIC Medicinal Cannabis Symposium)
– Bonni Goldstein https://www.youtube.com/watch?v=HuN-zmHeS3c
– Ilan Linder https://www.youtube.com/watch?v=qcm2t8wgRng (referuje tu badania, o których mówi tekst nr 9)
F. (jako podsumowanie: prezentacja Josha Stanleya z Fundacji Realm of Caring) The surprising story of medical marijuana and pediatric epilepsy (https://www.youtube.com/watch?v=ciQ4ErmhO7g).

Tymczasem w Koninie…

Na pierwszy rzut oka wiadomość fajna, na pewno pozytywna, ale niczym się nie wyróżniająca spośród innych. Ale po chwili refleksji…

Punkt konsultacyjny w Koninie powstał z inicjatywy obywateli, w ramach budżetu obywatelskiego! Mogli sobie zażyczyć placu zabaw, mogli wyremontowania dziurawej ulicy, mogli wreszcie kazać wyasfaltować kawałek parku i mieć nowy park-ing. Ale nie, wybrali punkt informujący o leczniczych właściwościach marihuany. Od razu przychodzi na myśl przykład Stanów Zjednoczonych: według prawa federalnego, obowiązującego w całym kraju, marihuana nie ma żadnych właściwości leczniczych i jest nielegalna. Ale w poszczególnych stanach (teraz już w zdecydowanej ich większości) sami obywatele w referendach zdecydowali, że chcą się leczyć tym, co im pomaga i nie interesuje ich, co kombinują jajogłowi w Waszyngtonie.

Jasne, podobieństwo tych dwóch sytuacji jest bardzo ograniczone, ale dla mnie informacja z Konina jest bardzo optymistyczna: Polacy wzięli sprawy w swoje ręce. Tu punkt konsultacyjny, tam inicjatywa obywatelska, jeszcze gdzie indziej pikieta w obronie Marka Bachańskiego czy protest przed siedzibą pewnego ministerstwa na Miodowej. Jak mawiają teraz młodzi: jest moc!

„Kurs” – falstart?

W poprzednim wpisie zaproponowałem polskim neurologom, że pokażę im wiarygodne źródła informacji o stosowaniu marihuany w padaczce dziecięcej. Zakładałem, że zainteresuje to może kilkunastu z ok. 300 polskich neurologów dziecięcych (a może także i „niedziecięcych”).

Niedawno rozmawiałem o tym z dr. Markiem Bachańskim. Stwierdził, że jestem zbytnim optymistą, bo nie ma u nas tak wielu lekarzy, którzy chcieliby wyjść poza swą strefę komfortu. No tak, medyczne zastosowanie marihuany, choć zadziwiająco w padaczce skuteczne, znajduje się zdecydowanie poza strefą komfortu, w jaką lekarze wchodzą na studiach i w której potem coraz bardziej się zadomawiają.

Wyniki mojego „zaciągu” zdają się potwierdzać słowa Bachańskiego: do tej pory zgłosiło się do mnie 5 osób; trzy z nich to matki chorych dzieci, o jednej nie wiem nic, a jedna to lekarz. Kiepsko… W tej sytuacji może sensowne będzie przesunąć rozpoczęcie „kursu” o jeszcze 1 miesiąc i zamiast w Święto Pracy, zacząć w (nomen omen) Dzień Dziecka.

Zastanawia mnie jedna rzecz (pewnie nigdy się tego nie dowiem): czy nie mam (na razie?) chętnych lekarzy dlatego, że nie są chętni, czy może dlatego, że mój przekaz do nich po prostu nie dotarł? Na wypadek gdyby to drugie, proszę wszystkich o rozpowszechnianie tej idei, zwłaszcza wśród neurologów. Może się ruszy.

Kannabinoidy w padaczce

(do lekarzy neurologów i innych osób zainteresowanych zastosowaniami marihuany w terapii padaczki)

Szanowni Państwo!

Wbrew temu, co możemy usłyszeć z różnych źródeł, które chcielibyśmy uważać za wiarygodne (wliczając w to, niestety, również Ministerstwo Zdrowia czy kilka działających w Polsce towarzystw neurologicznych), nie jest prawdą, że nie ma badań dotyczących terapeutycznego użytku kannabinoidów w zwalczaniu objawów padaczki. Tekstów na ten temat jest już w literaturze fachowej sporo.

Również jeśli chodzi o doświadczenia praktyczne zdobyte przez lekarzy, którzy leczą epileptyków marihuaną, dorobek jest większy niż się wydaje na Miodowej.

Nie ma żadnego powodu, dla którego polscy chorzy nie mogliby korzystać z tego, co oferuje medyczna marihuana. ŻADNEGO. Najlepiej by było, żeby robili to legalnie i pod kontrolą świadomego lekarza. Problem w tym, że takich lekarzy praktycznie w Polsce nie ma (jeśli kiedyś liczyliśmy, że jeden doktor Bachański uczyni wiosnę, to się przeliczyliśmy…) Bo gdzie mają się nasi lekarze dowiedzieć o działaniu marihuany? Przecież nie na zabetonowanych na pewne rodzaje wiedzy uczelniach medycznych, nie na szkoleniach organizowanych przez producentów farmaceutyków dla sprzedawców farmaceutyków. Na szczęście wiek XXI oferuje też inne możliwości.

Chciałbym Państwa zaprosić na internetowy „kurs”. Cudzysłów bierze się stąd, że będzie to raczej wskazanie Państwu źródeł specjalistycznej wiedzy na omawiany tu temat. Są one ogólnodostępne, ale nie zawsze łatwe do odnalezienia w przepastnych czeluściach Sieci. Wykładowcami na „kursie” będą naukowcy i lekarze praktycy, językiem wykładowym będzie angielski.

Zainteresowanych zapraszam po nieco więcej informacji do załączonego pliku. Wszystkich proszę o rozpowszechnianie tego pomysłu, bo będzie on miał praktyczny sens tylko wtedy, gdy uczestników „kursu” będzie więcej niż 2 czy 3. Na kanały oficjalne chyba nie ma co liczyć (choć będę próbował), więc zostają kanały nieformalne. Lekarzy proszę, by powiadamiali swoich kolegów po fachu, pacjentów – żeby powiadamiali swoich lekarzy.

Pierwsza lekcja „kursu” – w Święto Pracy.

Pozdrawiam
Bogdan Jot
autor książki „Marihuana leczy”
kurs@marihuanaleczy.pl

plik: http://marihuanaleczy.pl/kurs.rtf

Wspomnienia z Kurozwęk

Wspomnienia są dwa, i oba konopne, choć nie marihuanowe (w Kurozwękach marihuana też jest nielegalna…).

Na zeszłorocznych (2016) dniach konopnych poznałem dwa fajne produkty, o których za chwilę, bo przedtem wiążące się z nimi wspomnienie z imprezy rok wcześniejszej.

Wtedy pierwszy raz napiłem się napoju konopnego Hempy produkowanego przez Dobre Konopie. A właściwie to napojów, bo jest ich trzy. Fajne, orzeźwiające, niezbyt słodkie (zaleta!). Potem jeszcze parę razy miałem okazję ich spróbować i wrażenia wciąż były pozytywne. Nawet mojej mamie smakowały. Polecam.

Inne spotkanie w Kurozwękach 2015 – naturalne mydła Herbs & Hydro. Przeróżne kolory, przeróżne aromaty, a wśród nich, uwaga!, mydło konopne. Kupiłem parę kostek w różnych smakach, starczyły mi na długo. Nie dlatego, że mało się myję, ale pewnie mają mało substancji powodującej mydlenie się i nie zużywają się tak szybko.

Następna wizyta w Kurozwękach i… kolejny napój i kolejne mydła!

Do picia tym razem ciekawy napój konopny La Planta. Bardzo dobry. W odróżnieniu od poprzednich, ten ma smak tylko konopny. Wyczuwalny, ale bardzo delikatny. Też godny polecenia (widziałem, że innym też smakował). Do dostania na pewno na różnych imprezach konopnych, może też gdzie indziej.

No i drugi produkt: mydło. Znajomi z poprzednich Dni mieli nowość: mydła w płynie. Wśród nich oczywiście konopne. Jeżeli jego aromat komuś nie przypadnie do gustu, to polecam inne: ja wypróbowałem intrygującą w zapachu Perłę i tajemniczy Propolis. A jest dużo więcej.

PS
Ten wpis 
nie jest sponsorowany.

Może oni jednak mają rację…?

1.
Nie tak dawno wysłałem do członków sejmowej Komisji Zdrowia dość obszerny list w sprawie medycznej marihuany. Zawierał on m. in. ten fragment:

Trochę rozbawiła mnie wypowiedź, że przecież jak będzie mokry rok, to będzie niższy plon i kto skontroluje, czy różnicy ktoś nie wyprowadził na czarny rynek. Naprawdę nasze państwo jest tak kiepsko zorganizowane, że taki problem jest dla nas nie do przeskoczenia? Naprawdę tak się uważa w Sejmie?

Zaraz do niego wrócę.

2.
Właśnie dowiedziałem się czegoś, co postawiło mi włosy na głowie. Otóż, w osadnikach komunalnych oczyszczalni ścieków powstaje sporo szlamu. Jest on wykorzystywany do użyźniania nieużytków, np. lasów. Choć jest bardzo żyzny, zdecydowanie nie nadaje się do upraw roślin spożywczych, bo jest w nim od groma bakterii, pasożytów i innego świństwa. Tajemnicą poliszynela jest jednak, że przed oczyszczalniami ustawiają się kolejki chętnych na szlam – wygląda, że bardzo im leży na sercu wzrost lasów. Przez łańcuszek podstawionych firm szlam trafia do licznych szklarni, pod rzodkiewki, kapustę, czy co tam akurat dany miłośnik lasów uprawia. To ponoć bardzo powszechny proceder.

3.
Więc się zastanawiam: a może jednak ci posłowie wiedzą, co robią? Może znają masę takich historii i mają rację, gdy są przekonani, że Polak potrafi, że nie ma w Polsce takiej kontroli, której nie przekona odpowiedniej grubości koperta? W końcu nie bez powodu jesteśmy uważani za jeden z najbardziej skorumpowanych krajów Unii…

Ja wiem, że nawet gdyby uprawiana na potrzeby medyczne marihuana rzeczywiście przeciekała na czarny rynek, nie stanowiłoby to problemu dla zdrowia publicznego, a wręcz przeciwnie. Ale posłowie o marihuanie wiedzą niewiele, więc zdają się na osobę, która – ich zdaniem – stosowną wiedzę posiada. A skoro minister Radziwiłł mówi, że marihuana jest śmiertelnie niebezpieczna, to może postawa posłów w sprawie medycznej marihuany ma jakąś racjonalną podstawę? Chyba chciałbym móc w to wierzyć…

Po posiedzeniu Komisji – list do członków Komisji Zdrowia

Szanowne Panie Posłanki, szanowni Panowie Posłowie!

Przez dłuższą chwilę zastanawiałem się, czy jest sens pisać ten list. Po pierwsze, wszystkie decyzje w sprawie marihuany, jak się wydaje, już zapadły, a cała reszta, czyli czekające nas czytania i głosowania, to jedynie część sejmowego rytuału, który jest niezbędny, choć do samej sprawy nic nie wnosi. Po drugie, wcale nie mam pewności, czy ten tekst dotrze do adresatów, czy może raczej, decyzją czujnych asystentów, trafi do kosza. Ale z drugiej strony nie chciałbym, żeby kiedyś ktoś z Państwa powiedział „szkoda, że wcześniej tego nie wiedziałam/-łem”. Więc jednak napiszę…

1. Ministerstwo Zdrowia zastanawia się, czy będzie w Polsce duże zapotrzebowanie na medyczną marihuanę. Swoje wątpliwościach opiera na niewielkiej liczbie wniosków o import docelowy. To marna podstawa do rozważań i w MZ nie mogą o tym nie wiedzieć. Stygmatyzacja tego leku, dodatkowe obowiązki sprawozdawcze związane z jego stosowaniem (odbierane, przynajmniej przez niektórych lekarzy, jako ostrzeżenie – wiem, bo to właśnie od lekarzy się o tym dowiedziałem), wciąż żywe wspomnienie zawodowych losów dr. Bachańskiego, jawna niechęć niektórych konsultantów wojewódzkich i ich stanowcza zapowiedź, że żadnego wniosku nie podpiszą… wszystko to stwarza mało komfortową sytuację, w której lekarz, nawet przekonany do celowości spróbowania tej terapii, trzy razy się zastanowi przed wystawieniem wniosku. Zalegalizowanie medycznych zastosowań marihuany oczywiście diametralnie zmieniłoby tę sytuację.

A jakie może być realne zapotrzebowanie na marihuanę ze strony polskich chorych? Mówię o tym w moim wpisie blogowym, serdecznie zapraszam do rzucenia okiem: http://marihuanaleczy.pl/skala-problemu/

2. Ciekawa i kuriozalna jest argumentacja Ministerstwa Zdrowia, że lekarze nie chcą przepisywać chorym marihuany, bo jest to jedynie leczenie objawowe, a nie przyczynowe i że istnieją dla marihuany sprawdzone alternatywy farmaceutyczne. Tak wypowiada się osoba posiadająca dyplom lekarza medycyny… Chciałbym zapytać: Panie Ministrze, jakie ma Pan sprawdzone alternatywy farmaceutyczne w przypadku padaczki lekoopornej? Mógłby Pan wyjaśnić mnie, nielekarzowi, co oznacza słowo „lekooporny”? – bo chyba jednak nie rozumiem. A przy okazji prosiłbym też o orientacyjną informację, jaka część specyfików sprzedawanych w aptekach służy do leczenia przyczynowego: 90%? 50%? … 10%?

3. Ministerstwo nie wie, jakie będzie zgłaszane przez chorych zapotrzebowanie na lek. Oczywiście, wątpliwość słuszna, będziemy mogli się tego dowiedzieć dopiero po poznaniu odpowiedzi na parę ważnych pytań: kiedy polscy lekarze przestaną się bać marihuany? jaka będzie faktyczna dostępność leku w aptekach? (bo jeśli taka, jak na import docelowy, to sukcesu nie wróżę), no i najważniejsze: jaka będzie cena? bo mocno się obawiam, że sporo powyżej czarnorynkowej – z oczywistymi tego implikacjami…).

Pomysł, żeby marihuanę importować, jest, moim zdaniem, bardzo słuszny: przy dobrych układach pierwsze partie suszu mogłyby dotrzeć do Polski właściwie natychmiast po wejściu w życie nowelizacji prawa, podczas gdy na plon z upraw krajowych trzeba czekać wiele miesięcy. Ale moim zdaniem import powinien być z góry określony w ustawie jako rozwiązanie przejściowe na pierwszy okres (dwa lata? trzy?) obowiązywania nowych regulacji. A potem oczywiście uprawy krajowe, które, powtórzę, powinny od razu być wpisane jako rozwiązanie docelowe.

Trochę rozbawiła mnie wypowiedź, że przecież jak będzie mokry rok, to będzie niższy plon i kto skontroluje, czy różnicy ktoś nie wyprowadził na czarny rynek. Naprawdę nasze państwo jest tak kiepsko zorganizowane, że taki problem jest dla nas nie do przeskoczenia? Naprawdę tak się uważa w Sejmie?

4. Na przekonanie lekarzy będzie potrzebna dłuższa chwila, nie mam co do tego wątpliwości. Jednym z najsmutniejszych powodów tego stanu rzeczy jest to, że na przeszkodzie stanie oficjalna medycyna. Już staje. Niedawno odbyła się we Wrocławiu nasza konferencja, jej częścią był panel dyskusyjny poświęcony stosowaniu kannabinoidów w padaczce dziecięcej. Wśród panelistów było 2 zagranicznych profesorów neurologii dziecięcej posiadających spore doświadczenie praktyczne na tym polu. Zaprosiliśmy trzy polskie towarzystwa neurologiczne (w tym jedno posiadające w nazwie epilepsję i jedno – neurologię dziecięcą), ale z naszego zaproszenia nie skorzystało żadne z nich. Ponadto informację o konferencji chcieliśmy zamieścić na kilku internetowych portalach dla lekarzy oraz w oficjalnym organie Naczelnej Rady Lekarskiej – „Gazecie Lekarskiej”. Bez skutku: zainteresowanie tematem było zerowe…

5. W czasie obrad Komisji kilka razy wspomniano o zasadzie „primum non nocere”, którą muszą kierować się lekarze. Przypominali o niej sami obecni na sali lekarze. Chciałbym ich zapytać: a co w sytuacji, kiedy wiadomo, że nierobienie niczego przynosi zdecydowanie większą szkodę niż podjęcie działania niesprawdzonego w oficjalnych procedurach, ale wykazującego w praktyce sporą skuteczność i znikomą szkodliwość? Co wtedy – czy w takiej sytuacji lekarz nie powinien móc zdecydować, że nie będzie szkodzić przez zaniechanie działania?

6. W wypowiedziach posłów i przedstawicieli zaproszonych instytucji często przewijały się terminy „surowiec farmaceutyczny”, „środek do produkcji leków”, „przetwory z konopi”. Proszę jednak pamiętać, że wszędzie, gdzie zalegalizowano medyczny użytek marihuany, najbardziej powszechną formą dostarczaną pacjentom (przepraszam, doprecyzuję: zdecydowanie najbardziej powszechną formą) jest susz. Pracownik NIL zapytał: „Jak ten susz aplikować dzieciom?”. Proszę Państwa, rodzice od dawna wiedzą jak. Proszę mi wierzyć, że w znalezieniu właściwej dawki, najlepszej drogi podawania leku czy odpowiedniej częstotliwości jego zażywania żaden aptekarz nie będzie tak skuteczny jak rodzice (albo dorośli chorzy). Niektórym pacjentom lepiej służą czopki z masła kakaowego, innym z oleju kokosowego; u jednych trochę za dużo THC powoduje niepożądane reakcje, u innych przynosi rewelacyjne rezultaty; jednym wystarcza dawka x, inni potrzebują dwa albo i trzy razy więcej. Jeżeli w aptekach bez problemu będzie można otrzymać odpowiedni preparat dobrze dopasowany do indywidualnych potrzeb, to w porządku. Ale powiem szczerze, że mam co do tego spore wątpliwości.

W przesłanym Państwu kiedyś nagraniu wspominałem, że odmienność marihuany od leków farmaceutycznych polega między innymi na tym, że bardzo rośnie rola pacjenta, która nie polega już na wykonywaniu poleceń lekarza, lecz na współtworzeniu procesu terapeutycznego, a nawet na odgrywaniu w nim wiodącej roli. Myślę, że między innymi stąd bierze się niechęć wielu lekarzy, przyzwyczajonych do innej zależności.

7. Pytanie techniczne (i to rzeczywiście jest pytanie, nie znam na nie odpowiedzi): przedstawiciel BAS stwierdził, że „wskazana byłaby notyfikacja” pozostałych krajów Unii. Pytanie jest następujące: czy rząd RP otrzymał taką notyfikację od rzędu Niemiec? (Niemcy niedawno mocno zmienili swoje prawo i umożliwili chorym o wiele szerszy dostęp do medycznej marihuany). Albo od rządu Republiki Czeskiej, gdzie zmiany w prawie miały miejsce w 2013?

8. Uwaga końcowa: mówiąc o negocjacjach nad treścią ustawy, p. poseł Raczak stwierdził w pewnym momencie: „Proszę docenić drugą stronę”. No właśnie: nie mamy problemu, który trzeba załatwić ku pożytkowi chorych. Mamy jedną stronę i drugą stronę…

Z poważaniem
Bogdan Jot