Skoro legalna, to skąd ją wziąć?

Jakie są realne skutki nowelizacji Ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii (czyli „legalizacji medycznej marihuany”)? W aptekach wciąż jej nie ma i jeszcze długo nie będzie: każdy produkt – a więc każda odmiana marihuany z osobna – musi uzyskać zgodę („zarejestrowanie i dopuszczenie do obrotu”) Prezesa Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych, który ma na decyzję w każdym przypadku do 270 dni. Dziewięć miesięcy! (Coś mi mówi, że gdy już ktoś zgłosi wniosek, ten przewidziany prawem czas zostanie wykorzystany w całości: polscy urzędnicy do najszybszych nie należą…)

Legalizacja nie zamknęła możliwości ubiegania się o sprowadzenie leku w ramach tzw. importu docelowego (pisałem o nim już m. in. tutaj, oficjalna informacja znajduje się na stronie Ministerstwa Zdrowia). Co więcej, legalizacja nie przeszkadza, by ubiegać się o refundację marihuany sprowadzanej w ramach importu docelowego i wciąż można liczyć na odpłatność ryczałtową. (Jak się dowiedziałem w MZ, nowe prawo nie przewiduje refundacji jedynie dla marihuany, którą będzie się kupować na receptę w aptekach.) No, ale dotychczas z dobrodziejstw importu docelowego korzystało trzydzieści kilka osób rocznie i jeżeli coś się tu zmieni, to raczej nie w górę, lecz w dół („bo przecież macie legalizację”…)

Skoro nie import docelowy i nie polska apteka, to może spróbować kombinacji: polska recepta i zagraniczna apteka? W końcu jest już w Unii parę krajów, które sobie z marihuanofobią poradziły lepiej niż my i marihuanowe leki sprzedają w aptekach. Przekonujemy lekarza o dobroczynnym wpływie marihuany w naszej chorobie, dostajemy od niego receptę i jedziemy np. do Holandii, gdzie marihuany w bród. (Oczywiście recepta jest specjalna, tzw. Rpw. I oczywiście lekarz nie napisał ogólnie „marihuana”, lecz jaką konkretnie odmianę nam przepisuje – jako medyk świadomy wie, co znajdziemy w holenderskich aptekach.) Polska recepta nie powinna stanowić problemu, wszak jesteśmy państwem unijnym i możemy korzystać z dobrodziejstw oferowanych przez tzw. recepty transgraniczne. Ale… czy aby na pewno? Czy polski lekarz może legalnie wypisać receptę Rpw, by jego pacjent zrealizował ją w holenderskiej aptece? Niestety, obawiam się, że nie. Bo oto w przywołanym wyżej tekście z portalu NFZ (kto jak kto, ale oni chyba się znają) znajdujemy ten oto złowrogi fragment: „Pamiętaj! Na recepcie transgranicznej nie może być przepisany lek o kategorii dostępności „RpW””. Czyli: takiej specjalnej recepty na marihuanę lekarz wypisać nie ma prawa.

To może jeszcze jedna możliwość: dostać receptę od lekarza holenderskiego. Polakom przecież wolno się leczyć w Holandii i wolno zażywać przepisane tam leki. Jasne, wolno, ale obawiam się, że tylko tam, bo gdzieś słyszałem, że na przewóz przez granicę trzeba by było dodatkowo uzyskać specjalną zgodę. Na pewno przewóz marihuany na cele pozamedyczne jest złamaniem prawa (tutaj artykuł z opinią prawnika), ale obawiam się, że sam fakt zakupu suszu w aptece, a nie w coffeeshopie nie daje automatycznie prawa do wjechania z lekiem do Polski. Może co najwyżej być okolicznością łagodzącą w ewentualnym procesie – czyli sytuacja taka sama, gdyby chorego złapali na uprawie…

Bardzo proszę nie traktować powyższego jako porady prawnej. Gdybyście znali osobę kompetentną i zdobyli jej wypowiedź, napiszcie w komentarzach, pewnie niejednemu choremu taka informacja by się przydała. Thank you from the mountain.

Dobre strony ustawy

O mojej ocenie nowego prawa wprowadzającego w Polsce medyczny użytek marihuany pisałem w czerwcu, a także niedawno (tu i tu). Ustawa jest po prostu zła. Wiceprzewodniczący Komisji Zdrowia poseł Latos też chyba ma wątpliwości, bo od razu zadeklarował przeprowadzenie po 3 miesiącach przeglądu i ew. poprawienie dopiero co znowelizowanej ustawy. Panie pośle, wszystko zależy od tego, jaki jest prawdziwy cel nowego prawa. Jeżeli ustawodawcy chodziło tylko o to, żeby nic się nie zmieniło, a krzykacze stracili argumenty („bo teraz przecież macie legalność”), to żadne poprawianie nie jest potrzebne, ustawa sprawdza się znakomicie. Natomiast jeżeli celem nowelizacji była rzeczywista poprawa losu chorych, to te 3 miesiące są czasem kompletnie straconym, nowelizację nowelizacji należy przeprowadzić JUŻ. Wszystkim zadowolonym, że polska wadza dzielnie rozwiązała kolejny problem, proponuję uważną lekturę tego tekstu.

Ale… Żeby nie było, że oferuję tylko czarnowidztwo i narzekanie, chciałbym zwrócić uwagę na 2 bardzo pozytywne aspekty znowelizowanego prawa. Naprawdę, bez żadnych sarkazmów czy przekąsów, nowa ustawa ma dwie fajne rzeczy, które mam nadzieję ostaną się (oby rychłym) nowelizacjom.

Pierwsza to brak katalogu chorób, w jakich lekarzowi wolno przepisać marihuanę. To zmora w innych krajach, bo zawęża pole manewru i zmusza lekarzy albo do odstąpienia od użycia marihuany, albo do fałszowania dokumentacji medycznej (w zbożnym celu, ale jednak). U nas wystarczy przekonanie lekarza, że marihuana choremu pomoże i już ma prawo do jej przepisania. (Pytanie za milion: jak zachowa się nasza wewnętrzna policja tego środowiska, czyli izby lekarskie? Czy będą gnębić swoich zbyt aktywnych marihuanowo członków? Pożyjemy, zobaczymy.)

Fajna rzecz numer 2: ustawa nie mówi o zielu konopi, mówi o sporządzonych z niego preparatach. A zatem nie ograniczamy się do palonego czy waporyzowanego suszu i zrobionych przez pacjenta własnoręcznie ciasteczek. Jeżeli lekarz uzna, że choremu pomoże np. mocny wyciąg (choćby typu RSO), to wypisuje receptę, a aptekarz wyciąg przygotuje. O ile nie będzie miał konfliktu sumienia :-).

Ile za gram?

Legalizacja medycznej marihuany w Polsce spowodowała w ostatnim czasie wysyp przewidywań na temat jej ceny w aptekach. Przeważa przypuszczenie, że będzie to około 60 zł/g, czyli coś koło dwukrotności ceny czarnorynkowej. Nie wiem, czy autorzy tych przewidywań widzą jakiś związek jednej ceny z drugą, może związku nie ma, a w tym porównaniu chodzi jedynie o pokazanie, że wielu chorych i tak będzie chodzić po lek na róg ulicy, bo tam będzie taniej.

Ja poszedłem innym torem rozumowania. Oparłem się na fakcie, że marihuana z holenderskiego Bedrocanu po sprowadzeniu do Niemiec jest ok. 2 razy droższa niż w Holandii (https://herb.co/2017/07/29/20-weed-germany/, http://www.talkingdrugs.org/medical-cannabis-crisis-in-germany-amid-rising-prices-and-supply-shortage). A w Holandii kosztuje ok. 30 zł/g. Razy dwa daje ok. 60 zł/g. No, chyba że polscy pośrednicy okażą się o wiele bardziej żarłoczni niż niemieccy. Albo że eksporterzy stwierdzą, że nam można wcisnąć ceny o wiele wyższe niż Niemcom.

O tym, co myślę

Tak sobie myślę… Medyczna marihuana to nie tylko nowe opcje terapeutyczne, to też biznes pełną gębą. Zobaczymy, jak u nas zadziała ta nasza nieszczęsna ustawa o MM, ale odnoszę nieprzyjemne wrażenie, że okazji, żeby nas podoić, prędko z rąk nie wypuszczą. A ponieważ sądy u nas w tych sprawach jakby coraz bardziej rozsądne, to Art. 62a pewnie coraz częściej będzie w robocie. (Chociaż… pamiętajmy, kto dostał niedawno ogromną władzę nad sądami i kto głosował przeciw MM… Widać, co myślę?)

A na te refleksje wzięło mi się się z dość ciekawego i chyba nieoczekiwanego powodu. Otóż w 2015 byłem w Pradze na fantastycznie obsadzonej 4-dniowej konferencji naukowej. Wpisowe wynosiło jakieś 50, może 70 euro. Za parę tygodni odbędzie się 2. wydanie tej konferencji, tym razem 3-dniowe, też z ciekawymi postaciami, choć może nie aż tak (i w dużej części tymi samymi co poprzednio). A koszt uczestnictwa? O, tu jest.

Widać, co myślę?

PS. Konferencja w Pradze jednak się nie odbędzie.

Logika w padaczce

Przegłosowane, podpisane, opublikowane. Oficjalnie mamy w Polsce legalną medyczną marihuanę. Czy to zadziała, czy przyjęte rozwiązania są dobre? Dobre dla chorych, znaczy? Moim zdaniem nie, pisałem już o tym wcześniej. W tym tekście chciałbym wspomnieć o jednej rzeczy, która nieco mnie niepokoi: słyszałem głosy, że znowelizowana ustawa wymaga, by zastosowanie marihuany było możliwe dopiero po wykorzystaniu wszystkich innych opcji terapeutycznych. Co prawda nie znajduję tego zapisu w treści ustawy, ale wcale bym się nie zdziwił, gdyby taka miała się okazać niepisana praktyka. Dla chorego oznaczałoby to, że musi (musi) najpierw struć się substancjami, o których z prawdopodobieństwem ok. 30% wie, że mu nie pomogą. Taki właśnie jest odsetek padaczek uznawanych za lekooporne, czyli bardzo słabo albo wcale nie reagujących na żadne farmaceutyki. Po niepowodzeniu z pierwszym lekarze zazwyczaj przepisują drugi, trzeci, piąty… każdy. Mimo że wiedzą – a w każdym razie powinni wiedzieć – że prawdopodobieństwo zadziałania drugiego leku, gdy zawiódł pierwszy, jest rzędu 10%. Po trzecim nieudanym leku prawdopodobieństwo spada do 1%. Ale co tam, dalej przecież poruszamy się po medycynie opartej na dowodach, prawda? A, zapomniałbym o dość częstej praktyce łączenia różnych leków – są to tzw. koktajle. Prawdopodobieństwo ich zadziałania jest niższe od błędu statystycznego, prawdopodobieństwo wystąpienia poważnych skutków ubocznych – przerażająco wysokie. Konkretnie jakie? – nie wiadomo, bo nikt tego nie bada, możliwych kombinacji jest za dużo, a produkty pochodzą od różnych producentów, którzy konkurują między sobą o kasę pacjentów.

Wiem, że zasada, że najpierw farmaceutyki, a potem ewentualnie marihuana, obowiązuje w co najmniej paru krajach, m. in. w Izraelu. Co nie przeszkadza, że jest bez sensu – z punktu widzenia zwykłej codziennej logiki. Gdy chcemy rozbić świnkę-skarbonkę, robimy to przy pomocy młotka, nie walca czy dynamitu. Na ból głowy jest tabletka, nie zastrzyk z morfiny. Logiczne z punktu widzenia zwykłej codziennej logiki jest zaczynanie od rozwiązań najprostszych, najmniej inwazyjnych, robiących najmniej huku, najmniej szkód. Porównanie skuteczności i efektów ubocznych marihuany i leków przeciwpadaczkowych nie pozostawia wątpliwości: nie powinniśmy mówić o stosowaniu marihuany w przypadkach padaczek lekoopornych, powinniśmy mówić o stosowaniu farmaceutyków w przypadkach padaczek marihuanoopornych.

PS
Przypominam, że wielką skuteczność wykazują odmiany marihuany w ogóle pozbawione THC, a w tej mniejszości przypadków, gdy THC jest niezbędne, potrzeba go tak mało, że nie ma mowy o odurzeniu chorego. Niech więc nikt nie mówi o narkotyzowaniu chorych dzieci, bo będzie się tylko ośmieszać…

„Kurs” – postscriptum

Jeszcze wracam do „kursu” dla neurologów. Tym razem z krótkim apelem zwracam się do chorych lub ich rodziców. Biorąc pod uwagę, że już niedługo medyczny użytek marihuany stanie się w Polsce faktem, nie pozwólmy, żeby wywalczona modyfikacja Ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii była martwym przepisem. Po tym, jak ugięli się posłowie i senatorowie, największymi hamulcowymi będą ludzie w białych kitlach. Przeważająca większość z nich.

Pytajcie swoich lekarzy o możliwość leczenia marihuaną. Żądajcie, żeby zainteresowali się tą alternatywą. Powiedzcie im o moim wpisie, w którym są linki do prac naukowych i do wypowiedzi ich zagranicznych kolegów po fachu, którzy dzielą się swoim doświadczeniem. Zmuście ich do tego, żeby wymyślili nową wymówkę. Nie będzie im łatwo powiedzieć „Nie, bo mi się nie chce tym zająć”, „Nie, bo się to nie spodoba sponsorującej mnie firmie farmaceutycznej”, „Nie, bo to nie jest prawdziwa medycyna” czy wreszcie „Nie, bo nie”. Prawda, że wszystkie brzmią gorzej niż ich ulubione „Nie ma badań”? Pokażcie im, że badania są i że jest też wiedza praktyczna. Nie muszą wyważać otwartych drzwi. Ale niech pokażą, że dobro pacjenta, dobro Was i Waszych dzieci, naprawdę się dla nich liczy.

Wreszcie, ale…

Media, zarówno te tradycyjne, jak i społecznościowe, ogłosiły sukces: wkrótce dołączymy do grona państw cywilizowanych i będziemy mieli medyczną marihuanę. Oczywiście, cieszę się ze wszystkimi, bo to jednak ruch do przodu, jednak zdecydowanie nie podzielam wielkiego entuzjazmu. Oto moje refleksje:

– na razie ustawa przeszła przez Sejm. Nie wiem, co się stało, że ośrodki decyzyjne wszystkich partii nakazały głosować na „tak”, ale nakazały. Ale już czytałem wypowiedzi posłów PO, że projekt im się w paru miejscach nie podoba, ale nie chcą już dłużej blokować prac w Sejmie i poprawki zostawiają na debatę w Senacie. Fantastycznie, szkoda tylko, że tej dyskusji nie przeprowadzili przez 8 lat swoich rządów, kiedy ze stuprocentowo koalicyjnym koalicjantem mieli większość w parlamencie, a w pałacu prezydenckim swojego człowieka. Poparcie dla idei MM ze strony pani Kopacz czy pana Arłukowicza brzmi mi teraz trochę obłudnie. No, ale dobrze, każdy ma prawo popełniać błędy i je naprawiać, szkoda, że zazwyczaj robi to wtedy, gdy niewiele już może (p. Kwaśniewski też jest w tej grupie). Poczekajmy zatem na rozwój wypadków w Senacie;

– można założyć, że Senat projektu nie odrzuci (co najwyżej zmodyfikuje), a prezydent podpisze. Co dalej? Przepisy wykonawcze. Te będą zapewne w gestii dwóch ministerstw: zdrowia oraz spraw wewnętrznych, może też sprawiedliwości (gdyby ktoś nie kojarzył: tego pod Ziobrą). Na całym świecie zawsze tak było, że społeczeństwo (bezpośrednio w referendum czy za pośrednictwem parlamentu) decydowało, że chce mieć dostęp do medycznej marihuany, a potem władza wykonawcza sypała piach w tryby. Zawsze. Nie widzę powodu, dla którego ludzie Radziwiłła mieliby iść chorym na rękę i ułatwiać im życie. Widzę natomiast powody, dla których ludzie Radziwiłła mieliby realizować swoje własne cele, które jak raz z interesem chorych są sprzeczne. Jeżeli się okaże, że widzę zbyt czarno, chętnie odszczekam;

– ustawa uchwalona, przepisy wykonawcze wydane (mam nadzieję, ze w ustawie będzie na to jakiś maksymalny – rozsądny – okres). Co dalej? Chory udaje się do apteki po marihuanę z receptą. Zaraz… z receptą? A skąd ją weźmie? Ilu lekarzy ma choćby blade pojęcie o działaniu kannabinoidów? Czy jest ich przynajmniej 1%? Szczerze mówiąc – wątpię. Tego nie wykłada się na żadnej polskiej uczelni medycznej, a na to, żeby poczytać coś po godzinach, polski lekarz nie ma ani czasu, ani sił, ani motywacji. Co z tego, że „teraz już będzie można”? Ani czasu, ani sił, ani motywacji od tego nie przybywa. Będziemy potrzebować wielu lat, żeby sytuacja się zmieniła w jakiś widoczny sposób. Przerabiali to (a właściwie wciąż przerabiają) Czesi. Niestety, ustawa to jeszcze nie wszystko;

– podobno* w ustawie jest zapis, że marihuana ma być „ostatnią deską ratunku”, czyli że będzie ją można przepisać dopiero po wyczerpaniu innych opcji terapeutycznych. Zapis idiotyczny, wymierzony przeciwko chorym, no ale wiadomo, że to nie o interes chorych tu chodzi. Wpadłem kiedyś na pomysł, żeby chory miał prawo nieleczenia się farmaceutykami i przejścia od razu do marihuany, o ile wpłaci jakąś urzędowo ustaloną kwotę „wykupu”, przekazywaną bezpośrednio na fundusz zasilający firmy farmaceutyczne: pieniądze i tak stracone, ale przynajmniej oszczędzi się organizmowi konieczności trucia się chemią;

– wszystkie przeszkody pokonane, pacjent idzie z receptą do apteki. Aptekarz dziś o marihuanie oczywiście nie ma pojęcia, ale szybko może się dokształcić, o wiele szybciej niż lekarz. Ale przecież nie za darmo. Poza tym, przechowując w aptece tak śmiertelnie niebezpieczną substancję (cytat z Radziwiłła), będzie musiał mieć sejf co najmniej tak samo solidny jak dla opioidów, co zrodzi dodatkowe koszty. Nie zapominajmy także o stresie u pracowników apteki. Zatem całkiem uzasadnione będzie, że do ceny hurtowej suszu aptekarz doda ze 100% narzutu. A cena hurtowa niska nie będzie, bo marihuanę będziemy importować z drogich krajów: z Holandii pewnie nie, bo nam za dużo nie dadzą, ale może z Izraela, a może z Kanady (nie wiem, z kim są dogadani ci, co pociągają za sznurki). Wliczając jeszcze koszt transportu (takie ładunki to chyba z uzbrojonymi konwojentami, nie?), mamy dość jasny obraz: zarabiający kilka razy mniej Polak będzie za marihuanę płacił co najmniej 2 razy więcej. Niektórych pewnie będzie stać, tak jak stać ich teraz na Sativex. Ale większość…? Mam nadzieję, że sądy w przyszłości będą brały pod uwagę wyłożone tutaj okoliczności łagodzące…

Jak napisałem, dobrze, że coś się ruszyło. Niestety, nie rozumiem powodów, dlaczego dotąd szło jak po grudzie, a tu nagle tylko Kempa i Ziobro byli przeciw. A zrozumienie powodów jest istotne, bo od nich zależy, czy to bardzo ułomne prawo będzie wkrótce zmienione ku pożytkowi chorych, czy chodzi właśnie o to, żeby zamknąć chorym gębę („przecież macie” – tak robią teraz dygnitarze z MZ z importem docelowym), ale żeby w rzeczywistości niewiele się zmieniło. Czas pokaże…

* Napisałem „podobno”, bo projektu ustawy nie znam. Kiedyś się zapoznawałem, analizowałem, do członków Komisji Zdrowia mejle słałem, ale naiwność mi przeszła – już nie mam złudzeń, że tu chodzi o jakąś merytoryczną dyskusję, o ważenie argumentów. Są po prostu poranne SMS-y z instrukcjami, jak głosować. Dlatego szkoda mi czasu na etapy pośrednie: tekst ustawy przeczytam, gdy już będzie ogłoszony w Dzienniku Ustaw (bo przecież nawet podpisany przez prezydenta jeszcze nie ma mocy prawnej i może się zdarzyć, że będziemy protestować z transparentami „Beata publikuj!„…)

„Kurs” dla neurologów – rozdział ostatni

Sztuczka z przedłużeniem zapisów na „kurs” się nie udała: przez ten dodatkowy miesiąc doszedł jeden chętny. Mało. No trudno, pomysł ewidentnie nie wypalił, jakoś przyjdzie to przeżyć. Zastanawiam się, czy: 1) moja wiadomość w ogóle nie dotarła do neurologów; 2) dotarła, ale: a) nie byli nią zainteresowani; b) byli zainteresowani, ale tego zainteresowania nie wyrazili, bo: b1) bali się ujawnić (choć przecież „kurs” miał być całkowicie anonimowy); b2) uznali, że jednak szkoda czasu, bo i tak w dającej się przewidzieć przyszłości podsyłana przeze mnie wiedza nie przyda się im w praktyce. Gdyby ktoś miał jakieś podejrzenia, niech będzie tak uprzejmy i mi da znać, chętnie poznam te opinie.

A wiedza? Jak pisałem wcześniej, nie jest to wiedza ukryta, poświęcając odrobinę pracy można ją bez większego problemu znaleźć w Sieci. Nie, nie odsyłam zainteresowanych do Googla, poniżej podaję wybrane przeze mnie linki (to tylko część tego, co jest dostępne). I mam wielką nadzieję, że jednak choć kilku neurologów rzuci okiem na ten materiał.

A wszystkich czytających te słowa zachęcam do podawania dalej informacji o niniejszym wpisie, bo wygląda na to, że tylko w ten sposób ma on szansę jakoś się przebić do lekarzy.

Artykuły
1. (Jak to wygląda od strony pacjenta – wyniki sondażu) Parental reporting of response to oral cannabis extracts for treatment of refractory epilepsy: https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/25845492
2. (Jw.) Report of a parent survey of cannabidiol-enriched cannabis use in pediatric treatment-resistant epilepsy: http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC4157067/
3. (Jw.) Report from a Survey of Parents Regarding the Use of Cannabidiol (Medicinal cannabis) in Mexican Children with Refractory Epilepsy: https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC5368357/
4. (Studium przypadku: głos lekarza i matki chorego dziecka) The case for medical marijuana in epilepsy: http://onlinelibrary.wiley.com/doi/10.1111/epi.12610/epdf
5. (Co ustaliła dotąd nauka? – przegląd z 2014…) Cannabidiol: Pharmacology and potential therapeutic rolein epilepsy and other neuropsychiatric disorders: http://onlinelibrary.wiley.com/doi/10.1111/epi.12631/epdf
6. (…z 2015) Cannabinoids: is there a potential treatment role in epilepsy?: https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC4845642/
7. (…i jeszcze jeden z 2015) Phytocannabinoids and epilepsy: https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/25475762
8. (Z doświadczeń dorosłych epileptyków kanadyjskich) Marijuana use in adults admitted to a Canadian epilepsy monitoring unit: https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/27568641
9. (Doświadczenia izraelskie z padaczką dziecięcą) CBD-enriched medical cannabis for intractable pediatric epilepsy – The current Israeli experience: https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/26800377
10. (Podsumowanie 3 badań przedstawionych na posiedzeniu American Epilepsy Society w 2014) Patient use of cannabis in epilepsy: https://www.sciencedaily.com/releases/2014/12/141208144146.htm
11. (Wyniki 3 niedawnych badań sponsorowanych przez producenta Epidiolexu) Pharmaceutical CBD (cannabidiol) shows promise for children with severe epilepsy: https://www.sciencedaily.com/releases/2015/12/151207145856.htm
12. (Próba wyjaśnienia mechanizmu działania kannabinoidów w padaczce) Cannabidiol: Pharmacology and potential therapeutic role in epilepsy and other neuropsychiatric disorders: https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC4707667/
13. (Jw.) The Pharmacological Basis of Cannabis Therapy for Epilepsy: http://jpet.aspetjournals.org/content/357/1/45.long
14. (Jw.) Cerebrospinal fluid levels of the endocannabinoid anandamide are reduced in patients with untreated newly diagnosed temporal lobe epilepsy: http://onlinelibrary.wiley.com/doi/10.1111/j.1528-1167.2009.02334.x/full
15. (Jw.) Downregulation of the CB1 Cannabinoid Receptor and Related Molecular Elements of the Endocannabinoid System in Epileptic Human Hippocampus: http://www.jneurosci.org/content/28/12/2976.long
16. (Do zastanowienia: o wyjątkowej ostrożności neurologów) Fewer specialists support using medical marijuana and CBD in treating epilepsy patients compared with other medical professionals and patients: Result of Epilepsia’s survey: http://onlinelibrary.wiley.com/doi/10.1111/epi.12843/epdf

Wykłady i filmy dokumentalne
A. Medical Marijuana and Impacts on Epilepsy 2014: https://www.youtube.com/watch?v=U1Da-D0iGaM
B. Child Neurology Foundation Webinar: Cannabis in Epilepsy: https://www.youtube.com/watch?v=GzQU9YAWmLs
C. The Science of Cannabis as a Treatment for Epilepsy: https://www.youtube.com/watch?v=oqhJH7hIG4k
D. (kilka wystąpień z konferencji CannMed 2016) http://fast.wistia.net/embed/playlists/tzmtgbalv6?media_0_0%5BautoPlay%5D=false&media_0_0%5BcontrolsVisibleOnLoad%5D=false&popover=true&theme=tab [z rozwijanego menu w prawym górnym rogu proszę wybrać wymienionych poniżej prelegentów]
– 5. Dr. Bonni Goldstein
– 6. Dr. Orrin Devinsky
– 9. Dr. Minh Le
– 4. Dr. John Gaitanis (mówi nie tylko o padaczce)
E. (dwa wystąpienia z UIC Medicinal Cannabis Symposium)
– Bonni Goldstein https://www.youtube.com/watch?v=HuN-zmHeS3c
– Ilan Linder https://www.youtube.com/watch?v=qcm2t8wgRng (referuje tu badania, o których mówi tekst nr 9)
F. (jako podsumowanie: prezentacja Josha Stanleya z Fundacji Realm of Caring) The surprising story of medical marijuana and pediatric epilepsy (https://www.youtube.com/watch?v=ciQ4ErmhO7g).

Tymczasem w Koninie…

Na pierwszy rzut oka wiadomość fajna, na pewno pozytywna, ale niczym się nie wyróżniająca spośród innych. Ale po chwili refleksji…

Punkt konsultacyjny w Koninie powstał z inicjatywy obywateli, w ramach budżetu obywatelskiego! Mogli sobie zażyczyć placu zabaw, mogli wyremontowania dziurawej ulicy, mogli wreszcie kazać wyasfaltować kawałek parku i mieć nowy park-ing. Ale nie, wybrali punkt informujący o leczniczych właściwościach marihuany. Od razu przychodzi na myśl przykład Stanów Zjednoczonych: według prawa federalnego, obowiązującego w całym kraju, marihuana nie ma żadnych właściwości leczniczych i jest nielegalna. Ale w poszczególnych stanach (teraz już w zdecydowanej ich większości) sami obywatele w referendach zdecydowali, że chcą się leczyć tym, co im pomaga i nie interesuje ich, co kombinują jajogłowi w Waszyngtonie.

Jasne, podobieństwo tych dwóch sytuacji jest bardzo ograniczone, ale dla mnie informacja z Konina jest bardzo optymistyczna: Polacy wzięli sprawy w swoje ręce. Tu punkt konsultacyjny, tam inicjatywa obywatelska, jeszcze gdzie indziej pikieta w obronie Marka Bachańskiego czy protest przed siedzibą pewnego ministerstwa na Miodowej. Jak mawiają teraz młodzi: jest moc!

„Kurs” – falstart?

W poprzednim wpisie zaproponowałem polskim neurologom, że pokażę im wiarygodne źródła informacji o stosowaniu marihuany w padaczce dziecięcej. Zakładałem, że zainteresuje to może kilkunastu z ok. 300 polskich neurologów dziecięcych (a może także i „niedziecięcych”).

Niedawno rozmawiałem o tym z dr. Markiem Bachańskim. Stwierdził, że jestem zbytnim optymistą, bo nie ma u nas tak wielu lekarzy, którzy chcieliby wyjść poza swą strefę komfortu. No tak, medyczne zastosowanie marihuany, choć zadziwiająco w padaczce skuteczne, znajduje się zdecydowanie poza strefą komfortu, w jaką lekarze wchodzą na studiach i w której potem coraz bardziej się zadomawiają.

Wyniki mojego „zaciągu” zdają się potwierdzać słowa Bachańskiego: do tej pory zgłosiło się do mnie 5 osób; trzy z nich to matki chorych dzieci, o jednej nie wiem nic, a jedna to lekarz. Kiepsko… W tej sytuacji może sensowne będzie przesunąć rozpoczęcie „kursu” o jeszcze 1 miesiąc i zamiast w Święto Pracy, zacząć w (nomen omen) Dzień Dziecka.

Zastanawia mnie jedna rzecz (pewnie nigdy się tego nie dowiem): czy nie mam (na razie?) chętnych lekarzy dlatego, że nie są chętni, czy może dlatego, że mój przekaz do nich po prostu nie dotarł? Na wypadek gdyby to drugie, proszę wszystkich o rozpowszechnianie tej idei, zwłaszcza wśród neurologów. Może się ruszy.