Jeszcze o medycznej

Pod poprzednim wpisem wkrótce po jego opublikowaniu pojawił się ciekawy komentarz, na który chciałbym, w charakterze PS, poniżej odpowiedzieć. Oto komentarz i moja odpowiedź:

Medyczna marihuana. Czyli taka, której nie można zażywać hedonistycznie. A co z chorobami, na które pomaga tylko marycha z THC lub z jego przewagą? Pewnie jestem niedouczony, ale o ile pamiętam, właśnie taka dobrze pomaga na astmę. Czy pacjent będzie miał zakazane odczuwać przyjemność (nie mylić z satysfakcją z postępów w leczeniu)? Dzielenie marihuany na leczniczą i tą drugą chyba nie jest dobrym pomysłem. Weźmy bowiem taki alkohol. Bez wyjątku zażywany jest hedonistycznie, niemedycznie. No to może trzeba zdelegalizować alkohol niemedyczny, od którego medyczny różni się tym, że pity z umiarem nie szkodzi nawet w największych ilościach.

Marihuana medyczna nie jest żadnym specjalnym rodzajem zioła; to marihuana zażywana w celach medycznych. Każda odmiana marihuany może być medyczną lub nią nie być. Na pewno medyczną MOŻNA się odurzać. (Sądząc po zawartości THC i CBD w odmianach sprzedawanych w aptekach w Holandii, niektóre odmiany „kopią” całkiem mocno). Powtórzę: różnica między medyczną i niemedyczną nie leży we właściwościach, lecz w celu używania.

Według znanych mi relacji znaczna część pacjentów zażywających marihuanę nigdy nie doświadcza efektów psychoaktywnych, nawet jeśli mają mocne odmiany. Częściowo jest to związane z tym, że dawki u nich mogą być na to zbyt małe, częściowo z tym, że nastawienie psychiczne pacjentów powoduje osłabienie działania oszałamiającego THC (o ile pamiętam, robiono badania porównujące reakcję organizmów użytkowników medycznych i przyjemnościowych – wykazały one, że rzadziej odurzają się ci, którzy nie chcą się odurzyć).

A wszyscy pozostali (czyli ci, którzy „haj” jednak odczuwają)? Jedno z dwojga: albo im się podoba (bo np. wprowadza do ich życia – poza bezpośrednimi korzyściami terapeutycznymi – tak potrzebny relaks i zapomnienie o kłopotach; wielu lekarzy podkreśla zdecydowanie korzystne znaczenie tego „skutku ubocznego”); albo im się nie spodoba – i wtedy najzwyczajniej w świecie marihuany nie będą używać.

Medyczna marihuana to nie jest marihuana pozbawiona THC, bo – tu się zgadzam, nie ma nad czym dyskutować – dla wielu chorych to THC jest główną substancją terapeutyczną. A to, że coraz bardziej odkrywamy lecznicze właściwości kannabidiolu (CBD)… Świetnie, należy się cieszyć, że przybył nam nowy środek leczniczy, naturalny, skuteczny i według dotychczasowych badań nietoksyczny.

Na zakończenie: dla mnie termin „medyczna marihuana” oznacza nie substancję, lecz pewien system, w skład którego wchodzi sama substancja, ale także przepisy regulujące jej używanie czy sposób zdobywania przez lekarzy i pacjentów wiedzy na jej temat. Zgodnie z tą definicją, choć zioła u nas nie brakuje, medycznej marihuany wciąż nie ma.

I jeszcze na marginesie może to: porównania marihuany z alkoholem są dobre, ale też są zarazem złe. Dlaczego złe? Bo właściwości prozdrowotne alkoholu są, przy właściwościach prozdrowotnych marihuany, żadne, a jego szkodliwość, przy szkodliwości marihuany, ogromna. A dobre? Bo większość Polaków wciąż nie wie dokładnie, co to jest marihuana i dlatego należy im dać jakiś punkt odniesienia, stworzyć możliwość prostego porównania z czymś, co znają praktycznie od urodzenia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.