Byłem na znachorze

Przez ostatnich kilkanaście dni dość głośno było w mediach o proteście przeciwko wystąpieniu Jerzego Zięby na Uniwersytecie Gdańskim. A właściwie nie tyle na uniwersytecie, co w uniwersyteckiej sali, bo UG nie miał z wydarzeniem nic wspólnego poza tym, że skasował za wynajem. Pisały o tym media (lokalne, ale także ogólnopolskie), pisali blogerzy oraz oczywiście Facebook.

W pierwszym odruchu miałem zamiar coś na ten temat napisać. W moim tekście nie chciałem bronić Zięby, chciałem bronić pewnej wolności, którą ktoś miał zamiar mi odebrać: jakby mało było, że nie mogę sam dla siebie wybrać sposobu, w jakim będzie się mnie leczyć, to teraz jeszcze ktoś ma decydować, na jakie spotkania wolno mi chodzić, a na jakie nie. Dyskutujcie z Ziębą merytorycznie, a nie wyrzucając go z sali, za którą zapłacił. Jeśli o mnie chodzi, to jest wiele rzeczy, które wydają mi się głupotami i naciągactwem. Na przykład usługi różnych wróżbitów Maciejów (200 zł za 15 minut… No, no, chapeau bas…). Dla mnie mogłoby to być nielegalne, ale skoro są ludzie skłonni zapłacić tysiąc złotych za 30 minut konsultacji VIP („Konsultacja VIP realizowana w pierwszej kolejności”), to jakie ja mam prawo im tego zabraniać?

No, ale ponieważ sam bohater afery przyjął ten (czy spontaniczny…?) zmasowany atak bardzo spokojnie (żartobliwie nawet podziękował za wrzawę, bo dzięki niej wzrosła sprzedaż książek), to dałem sobie spokój z tekstem w obronie.

Z Bydgoszczy do Gdańska nasze superszybkie pociągi jadą niecałe 2 godzinki. Przekonałem się, że teraz jest to podróż już o ok. 15 minut krótsza niż za czasów moich studiów (dawno temu, jeszcze w innym ustroju). Skorzystałem z okazji i obejrzałem nowy – dla mnie – budynek mojej byłej Alma Mater. (Za moich czasów był to Wydział Humanistyki, teraz chyba nazywa się inaczej.)

Jak zapewne wiecie, Jerzy Zięba jest bardzo zaangażowany w sprawę medycznej marihuany w Polsce, poświęca jej miejsce praktycznie w każdym swoim wykładzie. Stąd moja z nim znajomość, stąd moja obecność w Gdańsku. Miałem okazję wysłuchać sporego kawałka wykładu, co dla mnie zawsze jest sporą przyjemnością. Szczęśliwie, przed wykładem nie było żadnych ekscesów, czego nie ukrywam nieco się obawiałem, bo w Polsce są ludzie, którzy są skłonni pójść bardzo daleko w nawracaniu na swoją wiarę.

W czasie wykładu były sprzedawane moje książki, w przerwach nawpisywałem się całą furę dedykacji. Ale najważniejsze z tego wyjazdu były rozmowy z chorymi. Odpowiadałem na pytania, radziłem – na ile pozwalała mi wiedza i obowiązujące w Polsce prawo. To niesamowite uczucie, gdy ktoś do ciebie podchodzi i mówi: Mam raka, przechodzę chemię, ale dzięki pańskiej książce zdecydowałem się wspomagać się marihuaną, bez tego pewnie bym tej chemii nie przeżył. I że rak się cofnął o połowę i wszystko idzie w dobrą stronę. Piękny moment, naprawdę. Była masa innych rozmów, mam nadzieję, że rozmówcy uznają, że pożytecznych.

Medialnego podsumowania można posłuchać w audycji Radia Gdańsk. Nie chcę tego materiału komentować, ale dla jednego fragmentu zrobię wyjątek. Od 14:35 profesor Jacek Jassem, wybitny onkolog mówi: „Lekarz musi być odpowiedzialny za swoje słowa. Lekarz musi powiedzieć choremu ‚Ja niestety nie potrafię pana wyleczyć, ale to, co panu proponują, jest oszustwem, niech pan się nie da na to nabrać‚ „. Spróbujmy to dobrze zrozumieć: oficjalna medycyna położyła na panu krzyżyk, ale broń Boże do znachora i szarlatana. Bo jeżeli panu się poprawi, to nie będzie to zgodne z nauką (przynajmniej z naszą nauką), przecież chyba nie chce pan nienaukowego wyleczenia? A tak chociaż umrze pan spokojnie, ze świadomością, że pana nie wykiwali. Moim komentarzem niech będą słowa, które Jerzy Zięba wypowiada w takich sytuacjach dosyć często: Czy to jest jeszcze lekarz?

Zieba

[ Znachor i szaman szaleje, a wypełniona sala, niepomna na przestrogi Pajaca, słucha z wielkim zainteresowaniem. ]

1 komentarz

  1. Do pana Jacka Jassema nie da się napisać, on zresztą nie odpowiada na e’maile, unika wszelkiej dyskusji – zwłaszcza z Jerzym Ziębą. Woli przyjąć postawę kundla obszczekującego zza płotu.
    Nie życzę nikomu oddać się w ręce tego człowieka. Powinien poczytać sobie jak leczył raki lekarz dr Hilary Borchard (ojciec Karola, znanego pisarza marynisty i oficera marynarki). Borchard bez całego współczesnego uzbrojenia LECZYŁ. Robił to, czego pan Jassem nie potrafi – bo 2,5 – 3 % wyleczeń, to jest osiągnięcie współczesnej onkologii. Jassem poza tym KŁAMIE, mówiąc, że on ma 50%. Trzeba by zajrzeć w dokumentację, bo wiemy jak można zrobić te procenty.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.