Recenzja: Wojciech Wanat „Narkotyki i narkomania. Odlot donikąd”

Wydawca pisze o autorze, że „Tworzył i realizował programy z dziedziny profilaktyki uzależnień. Ma gruntowną wiedzę teoretyczną oraz praktyczną znajomość zagadnienia. Zakończył cykl terapeutyczny w Ośrodku Monar w Głoskowie„. Szkoda, że nie zostało dopowiedziane, czy w cyklu tym brał udział jako pacjent czy może np. jako początkujący terapeuta. Ale nie jest to aż tak istotne, dla mnie ważniejsza jest ta gruntowna wiedza.

Przytaczane tutaj fragmenty pochodzą z 1. wydania książki (Iskry 2006)

 

Człowiek potrafi zracjonalizować każdą swoją decyzję, czyli uzasadnić każdy swój wybór. Do tego celu można użyć dwóch mechanizmów: palę marihuanę, bo jest mniej szkodliwa niż alkohol (nie jest) albo wiem, że sobie szkodzę, ale wolę żyć krócej, lecz bardziej szczęśliwie (to dlaczego procent uśmiechniętych palaczy marihuany jest znacząco niższy niż wśród abstynentów?)   {s. 16}

Nie wiem już, komu wierzyć. Parę lat temu za publiczne stwierdzenie, że alkohol jest gorszy, profesor David Nutt przestał być szefem komisji doradzającej rządowi brytyjskiemu w sprawie dragów. A zupełnie niedawno prezydent Obama też stwierdził, że alkohol jest gorszy. No, ale może Obama nie ma „gruntownej wiedzy teoretycznej”. Tylko co z Nuttem? – on w teorii jest oblatany, co tu dużo mówić. Ale może jest słabszy z praktycznej znajomości zagadnienia – i dlatego stracił stołek?

Autor książki ma zwyczaj niepodawania źródeł swoich informacji. Rozumiem, że to nie jest książka naukowa, ja jednak chętnie bym sobie poczytał o szczegółach badania (ankietowego? obserwacyjnego?) sprawdzającego procentowość uśmiechnięcia. Bo podejrzewam, że wyniki mogły być zmanipulowane przez łaskotanie abstynentów.

Prawdę mówiąc, nie ufam ludziom, którzy zażywają narkotyki i potwierdzają opinię o ich nieszkodliwości. Dla mnie najbardziej wiarygodne są osoby, które biorą lub brały i stwierdzają, że narkotyki to nie jest to. Oni wiedzą lepiej.   {s. 16}

A ja nie ufam ludziom, którzy byli w Egipcie i mówią, że tam jest fajnie. Dla mnie najbardziej wiarygodne są osoby, które tam były i stwierdzają, że jest do dupy.

I zastanawiam się jeszcze, czy autor książki ufa na przykład tym dwóm ludziom:

– Lester Grinspoon: psychiatra z Harvardu, chciał napisać dla studentów książkę o szkodliwości używania marihuany, ale nie znalazł w literaturze poważnych argumentów „przeciw”, a za to mnóstwo „za” i w ten sposób stał się jedną z najbardziej rozpoznawanych twarzy ruchu medycznej marihuany i ruchu legalizacyjnego

– Donald Tashkin: pulmonolog, w latach 90 napisał sporo artykułów naukowych przedstawiających szkodliwość dymu marihuanowego; gdy zlecono mu przeprowadzenie dużego badania dotyczącego wpływu palenia marihuany na powstawanie raka płuc, był przekonany, że wyniki będą dla marihuany druzgocące. Okazało się, że nie tylko dym ze skrętów nie zwiększa ryzyka złapania raka płuc, ale nawet może je zmniejszać (!)

To co, ufamy tym ludziom?

Z czasem marihuana przestaje zaspokajać potrzeby. Wtedy próbuje się czegoś mocniejszego: psychodelików, amfetaminy, czasem kokainy lub heroiny (…)   {s. 46}

Ten fragment potwierdza, że autor istotnie ma gruntowną wiedzę teoretyczną: to jest gateway theory w najczystszej postaci. W cywilizowanych rejonach wszechświata już obalona, ale…

Kiedy słuchałem, jak Bob Marley twierdził, że gdyby rządom zależało na szczęściu ludzi, to zalegalizowałyby marihuanę, zastanawiałem się, dlaczego nie heroinę.   {s. 64}

Jeżeli ktoś nie rozumie różnicy pomiędzy marihuaną a heroiną, to zdecydowanie nie powinien przedstawiać się jako osoba „mająca gruntowną wiedzę teoretyczną”.

Oczywiście prawie nikt nie łączy częstego pojawiania się infekcji, osłabienia czy słabszego rozwijania się nastolatków z narkotykami, szczególnie tymi miękkimi.   {s. 67}

Infekcje od marychy? Osłabienie? Niestety, brak źródła znów uniemożliwia zweryfikowanie tych stwierdzeń. (Infekcje od zanieczyszczonej marihuany – to może tak, ale na tej samej zasadzie cokolwiek może być trujące, jeśli wsypiemy tam trucizny.)

Starano się obliczyć, jak wielu ludzi w dostatecznie dużej populacji uzależnia się od jakiegoś narkotyku w tym samym czasie, kiedy w nałóg alkoholowy wpada jedna osoba. Okazało się, że od marihuany około czterdziestu (…)   {s. 93}

Tu brak źródła był tak dotkliwy (przez absurdalność tego stwierdzenia), że aż spróbowałem wydobyć z autora jakąś informację. Odpowiedział: „…potencjał uzależnienia był badany ankietowo a nie medycznie, co musi budzić wątpliwości”. Czy ktoś może wie, jak jest zgrubienie od „wątpliwości”? Ale duże zgrubienie, takie bardziej słoniowe?

Jeśli przeoczyliście wpis o porównaniu różnych substancji (m. in. alkoholu i marychy) to jest on tutaj.

Gdyby wziąć to wszystko na serio, można dojść do wniosku, że marihuana to delikatne i właściwie lecznicze zioło.   {s. 94}

Na szczęście nie bierzemy tego wszystkiego na serio i nie dochodzimy do wniosku, że marihuana to właściwie lecznicze zioło. Trochę tylko nie rozumiemy, co oni tam kombinują z tą medyczną marihuaną w 21 stanach USA, w Kanadzie, Holandii, Niemczech, Izraelu, Czechach, a nawet Rumunii… Zwłaszcza w Rumunii nie rozumiemy.

W Stanach dla haszyszu przyjęła się meksykańska nazwa: marihuana.   {s. 95}

Nie, proszę pana autora, meksykańska nazwa marihuana przyjęła się dla marihuany. Czyli konopi, czyli kannabisu (po angielsku hemp albo bardziej naukowo cannabis). Haszysz to jednak coś innego. Aha, i nie „przyjęła się”, lecz „została wprowadzona” – w drugiej połowie lat 30. przez propagandystów dowodzonych przez Harry’ego Anslingera. Było to potrzebne do przegłosowania antymarihuanowego prawa (gdyby pod głosowanie poddano zakaz uprawy konopi, zaraz by kongresmeni popędzili Anslingerowi kota, a tak przegłosowali nieznaną marihuanę bez problemów, a gdy się zorientowali co i jak, już było po herbacie).

…składników psychoaktywnych, czyli tak zwanych kannabinoli   {s. 96}

Nie będę się czepiał, aczkolwiek warto wiedzieć, że składniki aktywne z marihuany poprawnie nazywają się kannabinoidy i wszystkie są aktywne, ale nie wszystkie psychoaktywne. Kannabinol (CBN) jest jednym z nich.

Na pewno jednak możliwe jest uzależnienie psychiczne, które to znacznie trudniej zdiagnozować (u wielu palaczy nie udaje się tego zrobić do końca życia), bowiem dość późno sam uzależniony zaczyna odczuwać dyskomfort związany z braniem. (…) Nawet niezbyt długie i niezbyt intensywne palenie marihuany może prowadzić do poważnych zmian w psychice.   {s. 96}

Za odkrycie uzależnienia, którego nie udaje się wykryć do końca życia uzależnionego, bezwzględnie należy się Nobel. (Cholera, dlaczego przypomina mi się sowiecka schizofrenia bezobjawowa…?)

A największy dyskomfort odczuwa się wtedy, gdy biorący bierze, a akurat pojawia się policjant z egzemplarzem Ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii. On też (ten dyskomfort) jest przyczyną najpoważniejszych zmian w psychice. (W Holandii chyba się ich nie notuje aż tyle.)

Warto zdać sobie sprawę z faktu, że bardzo często rozprowadzana marihuana jest domieszkowana innymi narkotykami: rzadko heroiną i kokainą ze względu na ich wysoką cenę, często lotnymi rozpuszczalnikami i klejami, co z kolei jest niebezpieczne z powodu ich ogromnego wpływu na organizm, a przede wszystkim na mózg człowieka.   {s. 97}

Ostrzeżenie jak najbardziej słuszne. I tylko chciałoby się zapytać: jaką winę ponosi tu sama marihuana? W coffee shopach raczej nie dodają butaprenu. Będę musiał poszperać w Internecie, jakie jest zużycie butaprenu w Urugwaju.

Prowadzone są także badania nad kannabinoidami, czyli występującymi w mózgu człowieka substancjami podobnymi w swej budowie do kannabinoli. Odnalezienie receptorów, z którymi się one łączą i określenie skutków ich działania znacznie przybliżyłyby nas do zrozumienia mechanizmu działania kannabinoli.   {s. 97}

Zostawiam na boku kolejne pomieszanie terminologiczne. Czepnę się natomiast, i to mocno, tego, że posiadacz gruntownej wiedzy teoretycznej nie wie, że receptory znaleziono w ludzkim mózgu już ćwierć wieku temu: w 1990.

W dłuższej perspektywie marihuana powoduje osłabienie pamięci i może w znaczącym stopniu obniżyć ogólny potencjał intelektualny.   {s. 97}

Co to ja…? Miałem tutaj chyba coś skomentować… Nie pamiętam. I nie rozumiem, po co ja to w ogóle piszę… O, już sobie przypomniałem, chciałem napisać, że udowodniono osłabienie pamięci jedynie krótkotrwałej (zresztą: co tu udowadniać, sami palacze to przyznają), natomiast pamięć długotrwała (czyli ta istotna w naszym codziennym i cotygodniowym i comiesięcznym funkcjonowaniu) badaniom takim się opiera.

Nie byłem nigdy w Holandii, ale podejrzewam, że gdyby Holendrzy zaobserwowali u siebie znaczne obniżenie ogólnego potencjału intelektualnego, już by marychę przepędzili. A tu proszę: liberalizacja od dwóch pokoleń, a skutków nie widać, choć wypatruje ich z utęsknieniem niejeden marihuanowy prohibicjonista.

W wielu źródłach został opisany syndrom motywacyjny pojawiający się u osób przez dłuższy czas palących marihuanę.   {s. 97}

Ach, żeby. W źródłach zazwyczaj piszą o syndromie amotywacyjnym. Gdyby był motywacyjny, toby nie pisali, bo o pozytywach nie piszą.

W dymie z marihuany znajduje się ponad dwa tysiące składników działających na układ nerwowy. W samej marihuanie jest ich jeszcze kilka, a za najsilniejszy uważa się tetrahydrokannabinol (THC). Wszystkie mają różnoraki wpływ na funkcjonowanie organizmu. Marihuana jako jedyny narkotyk zmienia materiał genetyczny – u samych palaczy może wywołać nowotwór, a u ich potomstwa w drugim i trzecim pokoleniu może być przyczyną różnego rodzaju zaburzeń, na przykład zespołu Downa.   {s. 99}

Przeczytałem lub przejrzałem setki (naprawdę: wiele setek) prac naukowych i artykułów prasowych – i o takim działaniu marychy nie słyszałem. Znów zapytałem autora: podobno wiedza ta pochodzi z warsztatu jednej pani terapeutki. Napisałem i do niej, ale mi nie odpisała. Albo nie dostała mojej wiadomości (choć adres raczej dobry, dała mi go jej koleżanka z sekretariatu), albo nie ma zwyczaju odpowiadać na pytania ludzi znikąd, albo nie ma pod ręką informacji o źródle, albo czegoś takiego nigdy nie mówiła, albo mówiła, ale teraz się tego wstydzi. Nie naciskałem na nią, sprawa pewnie trafi do mojego Archiwum X.

Substancje te [=kannabinole (czyli poprawnie kannabinoidy)] bardzo dobrze rozpuszczają się w tłuszczach, za to bardzo słabo w wodzie. W związku z tym na dłuższy czas zatrzymują się w komórkach tłuszczowych i komórkach glejowych w mózgu. W tych drugich znajdowano je nawet po trzydziestu latach abstynencji. Kannabinole są wykrywalne w moczu nawet po siedemdziesięciu dniach abstynencji, a u osób, które przyjmują je często, ich zawartość w organizmie znacząco, nierzadko wielokrotnie, rośnie.   {s. 99}

To wszystko może być prawda (choć o trzydziestu latach nigdy nie słyszałem), ale brakuje mi dopowiedzenia: i co z tego? Bo odpowiedź jest: z tego nic. W moczu wykrywa się metabolity pozbawione działania psychoaktywnego, co więc komu przeszkadza, że tam są. No dobrze, przeszkadzać może samemu zainteresowanemu, bo jeśli starzy zmuszą go do nasikania do słoika i potem popracują narkotestem, to sprawa się wyda. Więc (kombinuje młodzian) może lepiej zamiast mniej szkodliwej, ale zdradliwej marychy zażyję kokę albo amfę i po 2 dniach nie będzie śladu.

Oczywiście po marihuanie nie ma się tak przykrych dolegliwości jak po wypiciu większych ilości alkoholu. Głowa nie boli, ręce się nie trzęsą, ale człowiek, który poprzedniego dnia wypalił faję, jest w złym stanie psychicznym. Rano, nawet po okazjonalnym paleniu marihuany, człowiek staje się „pusty”. Praktycznie na nic nie ma ochoty, trudniej mu zebrać myśli. Stara się jakoś przetrwać dzień, ale najchętniej zostałby w łóżku i gapił się w sufit.   {s. 100}

Mam niewiele kontaktów z młodymi ludźmi: oni naprawdę wierzą w takie historie?! Cholera, może jednak rzeczywiście są tak bezkrytyczni, skoro inny gość opowiadał im o wyskakiwaniu po maryśce przez okno…?
A teraz będzie kilka słów całkiem poważnie.

Na początku moje wrażenie o książce było bardzo pozytywne: tekst napisany lekko, bez zadęcia, taka pogawędka. Niestety, im dalej w las, tym więcej (zaprezentowanych powyżej) błędów podających w wątpliwość fachowość autora, tym więcej stwierdzeń, które podważają wiarygodność całej książki. Kiedyś czytelnik mógł autorowi albo wierzyć, albo nie. Teraz poszukiwaną informację można zdobyć jednym kliknięciem. A w przypadku marihuany bardzo wielu młodych ludzi ma już także (niestety!) własne doświadczenia. Dlatego zapewne niejeden z młodych czytelników podczas lektury zapyta: Kto temu gościowi opowiadał o marihuanie? – bo doświadczeń własnych to on chyba nie ma. A jeżeli ma, to ściemnia.

Podsumowanie: zapowiadało się fajnie, wyszło jak zawsze.

 

PS. (dopisek po wymianie korespondencji mejlowej z autorem książki)

Powyższy wpis autor określił tak: „Recenzja? Kilka uwag do fragmentu książki, to raczej lepsze określenie”. Zgadzam się, istotnie słowo recenzja jest może nieco na wyrost, bo odnoszę się tylko do wybranych fragmentów książki.

Komentarzy: 2

  1. Porządna recenzja. Też mnie śmieszy jak ktoś stawia heroinę na równi z marihuaną… Nie będę się wypowiadać czy jestem za czy przeciw, ale zastanawiam się czy autor książki naprawdę zgłębił temat 😉 pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.