Import niecelowy?

Z różnych stron (w tym z takich, które ja uznaję za dobrze poinformowane) doszły do mnie słuchy, że Ministerstwo Zdrowia zawiesiło wydawanie zgód na import docelowy leków marihuanowych. Ponoć ma się na ten temat wypowiedzieć „komisja bioetyczna”. Przez dłuższą chwilę zastanawiałem się, nad czym ta komisja będzie konkretnie radzić. Może nad tym, czy etyczne jest ulżenie cierpieniu ciężko chorym dzieciom, dla których wszechmocna farmacja nie ma żadnej realnej alternatywy? A może nad tym, czy 18 dotąd wydanych zgód* to przypadkiem nie jest za dużo jak na prawie 40-milionowy kraj?

Moje przypuszczenie jest takie: wadza myślała, że ten cały import docelowy będzie dla kilku–kilkunastu pacjentów i że przy takiej liczbie obywatele się nie zorientują. Ale nagle o tym zaczęto mówić i pisać (w tym w mediach głównego nurtu) i wadza przestraszyła się, że zaraza rozleje się zbyt szerokim nurtem. Zadaniem komisji bioetycznej jest ukręcić sprawie łeb (no i słusznie, bo co to za pomysł, żeby dzieciom – i to w dodatku ciężko chorym – podawać narkotyki). Obym się mylił, ale takie właśnie mam przeczucie. (W przypadku Sali Kolumnowej mnie nie zawiodło…) Jedyna szansa w tym, że nurt jest już zbyt szeroki i żadna komisja go nie powstrzyma.

Ta sytuacja jako żywo przypomina mi pewne wydarzenia w USA z 2. połowy XX wieku. Zaczęło się w 1976 roku, kiedy chory na ciężką jaskrę Robert Randall po batalii sądowej wywalczył sobie prawo do leczniczego palenia marihuany – dostarczanej zresztą przez amerykański rząd w ramach tzw. programu Compassionate IND. Dopóki do programu włączano 1 osobę na kilka lat (zawsze po wielkich bojach), władze USA tolerowały tę sytuację. Ale wybuch epidemii AIDS w połowie lat 80. spowodował, że nagle pojawiły się tysiące kwalifikujących się pacjentów, a w perspektywie – konieczność dostarczania marihuany (która, jak wiadomo, nie ma żadnych uznanych właściwości leczniczych) całym rzeszom chorych. Wiadomości jak nic rozprzestrzeniłyby się po całym ludnym kraju, więc program w 1992 roku po prostu zamknięto. Oto logika władzy: z dobrodziejstw programu zdrowotnego mogłoby chcieć skorzystać zbyt dużo pacjentów (!), więc program się zamyka.

Obym się mylił, że są tu podobieństwa z importem docelowym. A nawet gdyby podobieństwa były, to liczę, że ostatnio pokazaliśmy (my, Polacy), że wieloletni letarg chyba mamy za sobą i nie można nas już traktować jak bezkształtną bezmózgą bezwładną masę.

Bo nie można, prawda?

* Po dość długim oczekiwaniu dostałem z Departamentu Polityki Lekowej i Farmacji MZ odpowiedź na moje pytanie i mogę zainteresowanym powiedzieć, że do końca maja wydano 13 zgód na Bediol (łącznie 42 opakowania) i 5 zgód na Bedrocan (64 opakowania). Nie dostałem jeszcze odpowiedzi na równie ciekawe pytanie: ile wniosków zostało rozpatrzonych negatywnie? Jeśli się tego dowiem, chętnie się podzielę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.