Żarliwa wiara Slwstra

Kilka osób przesłało mi tego linka z pytaniem: co o tym sądzisz? Cóż, duży ambitny tekst, śmiałe tezy niekoniecznie zgodne z moimi poglądami… Dobrze, napiszę, co o tym sądzę.

Fakt, że autor deklaruje się jako przeciwnik marihuanowej prohibicji, sporo mi upraszcza, pewne polemiki nie będą potrzebne. Również pominę jego mniej merytoryczne argumenty (nonsens, obłęd, brednie, oszołomstwo, szamaństwo, LOL): nie ukrywam, że trudno mi z nimi polemizować. Na szczęście zostaje jeszcze sporo innego tekstu, do którego będę chciał się odnieść.

Jest zastanawiające, że w obszernym tekście poświęconym medycznym (lub, jak woli autor, „medycznym”) właściwościom marihuany ani razu nie użyto terminu układ endokannabinoidowy. Albo Slwstr go nie zna, albo świadomie swoją wiedzę o nim ukrywa. Bo to właśnie istnienie tego układu, znane nauce od ponad 20 lat, wyjaśnia, dlaczego marihuana pomaga chorym na tak wiele chorób. Autor śmieje się z liczby „ponad 200”, podanej przez polskiego internautę. (Na marginesie: to nie on tyle naliczył, lecz amerykański lekarz dr Tod Mikuriya.) Mówiąc szczerze, takie liczenie chorób mnie też trochę śmieszy, choć pewnie z innych powodów. Jasne, że ma ono swoją wartość propagandową, ale nie wydaje mi się niezbędne. Bo jeżeli połączymy choroby pokrewne i wyjdzie nam, że jest ich tylko 100, to co – czy marihuana stanie się przez to mniej warta uwagi? A jeżeli 50? A jeżeli 10? A gdyby to była tylko jedna choroba, z którą nie radzi sobie Święta Farmacja, to czy mielibyśmy moralne prawo marihuanę zlekceważyć? Nie wiem, co o tym sądzi Slwstr, natomiast zdanie chorych na tę właśnie chorobę wydaje mi się, że znam…

Nieznający (lub niezdający sobie sprawy ze znaczenia) układu endokannabinoidowego autor stwierdza, że skoro każdy rak jest odrębną chorobą (a rzeczywiście jest), to jak można oczekiwać, że zwalczy się go jedną substancją. Ten punkt widzenia nazwałbym „farmaceutycznym”. Na każde schorzenie powinna być oddzielna pigułka. Wkrótce firmy farmaceutyczne będą nam oferować oddzielne krople na katar w lewej, a oddzielne na katar w prawej dziurce. A tu okazuje się, że jedna i ta sama substancja może być skuteczna nie tylko na raka (każdego raka), ale też na mnóstwo różnych innych chorób. A dlaczego? A dlatego, że w gruncie rzeczy chorujemy na jedną tylko chorobę w wielu różnych postaciach. Ta choroba to niewydolność układu odpornościowego. Natura wyposażyła nas w cudowny mechanizm zwalczania wszelkich zagrożeń, zarówno wewnętrznych, jak i zewnętrznych, a choroby pojawiają się wtedy, gdy ten mechanizm nie działa jak należy.

Oszołomstwo „medycznej” marihuany jest wynikiem istnienia układu endokannabinoidowego: receptory CB1 we wszystkich komórkach nerwowych i CB2 w komórkach układu odpornościowego i wszystkich ważnych organów powstały w toku ewolucji w jakimś bardzo konkretnym celu. To właśnie one są stymulowane przez przyjmowanie kannabinoidów z zewnątrz (tak, również przez palenie trawki), a to wywołuje bardzo konkretne reakcje w komórkach. A zatem, parafrazując prezydenta, który palił, ale się nie zaciągał: „układ endokannabinoidowy, głupcze” (no offence).

Głównym zarzutem wobec medycznej marihuany, przewijającym się przez cały omawiany artykuł, jest brak badań. W odróżnieniu jednak od prostych w swych wywodach polityków, autor rozwija ten zarzut. Podważa mianowicie większość z ogromnej ilości materiałów, które można znaleźć w PubMed-zie. Pisze, i słuszna jego racja, że jeśli coś zdarzy się w laboratoryjnym szkle, to niekoniecznie musi się powtórzyć wewnątrz żywych organizmów. Pisze również (i z tym też się zgadzam), że jeśli coś zajdzie w organizmie jakiegoś zwierzęcia, to niekoniecznie musi się to powtórzyć u człowieka. (Na marginesie uwaga. Antymarihuanowi naukowcy stosują czasami mniej więcej taką sztuczkę: faszerują szczura czy inną mysz nieprawdopodobną ilością syntetycznych kannabinoidów, a gdy biedak gubi się w labiryncie, triumfalnie ogłaszają, że dowiedli zgubnego wpływu palenia marihuany na ludzki mózg. Uzgodnijmy zatem, czy badania na zwierzętach mają znaczenie, czy nie. Bo albo, albo.) Wracam do laboratorium. Slwstr straszy swojego czytelnika, że drogę od szalki Petriego do półki aptecznej przechodzi raptem 1% badanych substancji. Czy to jednak jest powód, żeby nie próbować? Żeby marihuanę od razu odrzucić jako nierokującą nadziei? Tym bardziej, że wykazała już swoją skuteczność w bardzo wielu eksperymantach na zwierzętach, więc z 1% robi się 10%. Czyż to nie jest potężny bodziec do badań na ludziach? Niby tak, ale… Skoro takich badań nie ma, więc widocznie nie jest. Wyjaśnienie tego paradoksu jest chyba proste: na kosztujące setki milionów dolarów badania stać byłoby tylko 2 podmioty. Jeden z nich jest właśnie jak najżywotniej zainteresowany tym, żeby takich badań nie było, a drugi tym, żeby temu pierwszemu jak najbardziej iść na rękę.

Badań jest, jak wspomniałem, mało, ale Slwstrowi udało się powyszukiwać takie, które jasno wykazują, jak wielkim oszołomstwem jest to oszołomstwo. Kiedyś w wolnej chwili oczywiście rzucę na nie okiem, a teraz uwaga ogólniejsza na temat badań. Świat, w którym na wszystko jest jakieś badanie naukowe, jest światem fajnym, bezpiecznym. Nie dziwię się, że urzekł Slwstra, sam chciałbym w takim żyć. Niestety, iluzja szybko pryska. Gdy się okazuje, że większość oficjalnych badań mających wykazać skuteczność leków prowadzona jest w laboratoriach ich producentów. Gdy statystyki pokazują, że odsetek pozytywnych wyników jest znacząco wyższy w badaniach zlecanych przez firmy farmaceutyczne niż w badaniach finansowanych niezależnie od nich. Gdy wychodzi na jaw, że badania toksyczności leków i żywności są ordynarnie fałszowane. Gdy wybuchają afery z przekupionymi inspektorami nadzoru farmaceutycznego czy sanitarnego albo urzędnikami zatrudnionymi w ministerstwie zdrowia.

Przypominają mi się tu 2 ciekawe przykłady ilustrujące tę nieciekawą rzeczywistość. Oba wspomniane poniżej badania przez długi czas przyczyniały się do kształtowania obrazu marihuany w społeczeństwie i w świecie nauki, i w jakiejś mierze miały również wpływ na poglądy Slwstra. W pierwszym badaniu naukowiec miał przez rok codziennie podawać małpom dym z 30 skrętów, co 3 kwadranse z jednego. Uprościł sobie zadanie i uwinął się w 3 miesiące: co dzień za pomocą maski gazowej wtłaczał zwierzętom kłęby marihuanowego dymu przez 5 minut. Ich regularnie niedotleniane mózgi wykazały oczywiście patologiczne zmiany, co było często cytowanym dowodem na szkodliwy wpływ palenia marihuany na mózg człowieka. Szczegóły tego eksperymentu świat naukowy poznał dopiero po kilkuletniej batalii sądowej, bo naukowiec zazdrośnie strzegł szczegółów dojścia do swojego wiekopomnego odkrycia. (O tym eksperymencie pisze m. in. Jack Herer w rozdziale 15 swojej książki „The Emperor Wears No Clothes„.) Przykład drugi: tunezyjscy naukowcy badali wpływ palenia marihuany na płuca. Wyszło im, że jest on dewastujący. Ale z opisu tego badania wynika, że badanym zadano tylko pytanie o palenie marihuany. Tytoń albo wpływ czynników środowiskowych badaczy nie interesował. (To było w czasach, kiedy rakotwórcze działanie papierosów nie było jeszcze tak powszechnie znane, ale badanie to było często cytowane również długo po tym, jak wpływ ten został ostatecznie dowiedziony.)

A skoro już jesteśmy przy papierosach… Na tym prostym (wydawałoby się) temacie Slwstr się wyłożył całkowicie. Rak płuc jako skutek palenia marihuany jest przecież tak oczywisty, że można pisać o nim w ciemno, prawda? Można – chyba że zna się wyniki przełomowego badania zespołu dr. Tashkina z 2006 roku i paru późniejszych badań, które wyniki te potwierdziły. Tu ostrzegam: do zrozumienia faktu, że dym marihuanowy zawiera więcej szkodliwych substancji, a szkodzi mniej, że ma dużo kancerogenów, a jednak nie powoduje raka, jest potrzebna pewna giętkość umysłu…

Wracam jeszcze do braku badań: wyciąg z marihuany (vel olej konopny) jest nielegalny we wszystkich krajach świata, nawet w tych liberalnych. W związku z powyższym poważnych badań niet. Są, tak lekceważone przez „poprawnych politycznie” naukowców i komentatorów oraz przez Slwstra, dowody „anegdotyczne”. O podwójnie ślepe próby w przypadku tak silnie psychoaktywnego środka byłoby raczej trudno, ale dobrze opisane przez lekarzy case studies też byłyby cenne – dla naukowców, lekarzy i chorych. Tyle że pacjenci na to nie pójdą, bo się boją, że ktoś ich zadenuncjuje (dla ich dobra, rzecz jasna), a policja zapuszkuje i skonfiskuje drogi lek. O, przepraszam: skonfiskuje drogi „destylat warzony w warunkach chałupniczych”. (Czy Slwstr nie zastanawiał się, że oszołomy „leczące się” „medyczną marihuaną” może woleliby móc kupić ten destylat w aptece, z gwarancją jakości? Sytuacja brak badań ↔ nielegalność powoduje jednak, że nie mogą, więc biorą to, co jest.)

Jeszcze parę drobiazgów. Wyliczenia, ileż to by trzeba spalić jointów, żeby się wyleczyć z raka, są tyleż efektowne, co niepotrzebne. Po szczegóły zapraszam do wpisu na innym moim blogu. Uwaga, że uczestnicy jedynego jak dotąd badania glejaka mózgu „i tak zmarli” jest przełomowa, bo jej autor udowodnił wreszcie, że marihuana nie zapewnia nieśmiertelności. O szczegółach tego badania piszę w książce „Marihuana leczy”, tam też zastanawiam się, czy – skoro wszyscy uczestnicy „i tak zmarli” – był to eksperyment nieudany. Jeżeli chodzi o używanie marihuany przez nastolatków, to istotnie może być tak, że jest ona dla nich szkodliwa, też piszę o tym w książce (konkretnie: w Odkłamywaniu). Ale przecież nikt rozsądny nie proponuje, by zezwolić małolatom palić. Komentarz do przywołanego przez Slwstra cytatu świadczy o kompletnym niezrozumieniu przez niego kontekstu (albo o złej woli): „Argument o szkodliwości tego “narkotyku” dla małoletnich przestaje istnieć. Sytuacja obraca się o 180 stopni – zalegalizujmy przetwory z konopi dla dobra naszych dzieci, dla ich życia i zdrowia!”. Bo dodajmy do tego poprzedzające zdanie, przez Slwstra wycięte, i popatrzmy na całość: „Kolejne portale internetowe opisują przypadki dzieci i dorosłych wyleczonych z nieuleczalnych dla medycyny konwencjonalnej chorób. Argument o szkodliwości tego “narkotyku” dla małoletnich przestaje istnieć. Sytuacja obraca się o 180 stopni – zalegalizujmy przetwory z konopi dla dobra naszych dzieci, dla ich życia i zdrowia!”. Myślę, że wszyscy (oprócz Slwstra) rozumieją właściwie sens tego cytatu: w przypadkach lekoopornych chorób powinniśmy porzucić uprzedzenia i korzystać ze wszystkich dostępnych terapii.

„Nie wierzę w leczenie glejaka marihuaną”. Tak, już wiemy, w co wierzy Slwstr: jest wiernym, fanatycznym wręcz wyznawcą Świętej Farmacji. Wierzy w „dowiedzione metody leczenia (chemioterapię)”, do porzucenia których bluźnierczo namawia ludzi Siou. Wierzy w leczniczą moc substancji wyizolowanych z natury (a pewnie jeszcze lepiej zsyntetyzowanych), tępi tęsknoty do substancji naturalnych („irracjonalny lęk przed modyfikacją natury”), odżegnuje się od „niejasnych oddziaływań” naturalnych złożonych substancji – synergia w jego wierze jest herezją, dlatego słowo to nie pojawia się w jego tekście ani razu, choć (a może właśnie dlatego że) synergiczne działanie fitokannabinoidów – łączonych ze sobą i w interakcjach z innymi substancjami – zostało wykazane już wielokrotnie. O religijnym charakterze poglądów Slwstra ostatecznie przekonało mnie zdanie „wiara w cudowną moc marihuany jest jakąś parareligijną fantazją” – jasne, każda religia zwalcza konkurencję (vide np. działania Ogólnopolskiego Komitetu Obrony przed Sektami). Zdanie „W rzeczywistości nie ma żadnych jednoznacznych dowodów, że marihuana lub związki z niej izolowane pomagają w leczeniu epilepsji” można by skonfrontować np. z codziennymi (anegdotycznymi!) doświadczeniami np. Doroty Gudaniec, ale przecież to, co ona mówi, to nie jest prawdziwa prawda, lecz brednie propagowane przez niezidentyfikowane sekty, a właściwie gorzej: przez odszczepieńców, bo przecież Dorota twierdzi, że Maksowi żadne leki nie pomagają. Ma szczęście, że żyje w czasach, kiedy za takie herezje nie biorą już na stos.

Religijny fanatyzm czasami prowadzi Slwstra do przedziwnych wniosków. Choćby do tego: marihuana jako całość nie może leczyć raka, bo przecież natura nie stworzyła tej rośliny po to, żeby nas nią leczyć, jej skład to czysty przypadek. Podobne rozumowanie prowadzi do wniosku, że kwas askorbinowy jest lepszy od witaminy C z zielonej pietruszki, bo przecież natura nie stworzyła pietruszki po to, żebyśmy my z niej brali witaminę; skład pietruszki jest z naszego punktu widzenia przypadkowy.

Przypuszczenie, że u Jakuba Bartola zadziałał nie „magiczny oszołomski olej”, lecz spontaniczna remisja, ma sens. Tak istotnie mogło być, samoistne uzdrowienia przecież się zdarzają. Zastanawia mnie tylko, czy na wieść o tym, że u kogoś po chemioterapii ustąpił rak, wyznawcy Św. Farmacji też przypuszczają, że to mogła być spontaniczna remisja, czy raczej są na 100% pewni, że to dzieło „dowiedzionej metody leczenia”? (Ja przyznam szczerze, że coraz częściej myślę, że jeżeli ma miejsce wyleczenie po chemii, to nie dzięki, lecz pomimo terapii. No, ale ja jestem innego wyznania niż Slwstr.)

Teraz dłuższy cytat: „Dana substancja musi zabijać komórki nowotworowe i nie zabijać komórek zdrowych, o co niełatwo, bo komórki nowotworowe, mimo wszystkich zmian związanych z chorobą, zwykle są nadal dość podobne do zdrowych komórek. To co szkodzi komórkom nowotworowym, zwykle szkodzi też komórkom zdrowym. Dlatego powtarzanie, że to czy tamto wyizolowane z marihuany w badaniach hamowało wzrost komórek tego czy tamtego raka samo w sobie jest mylące. Natychmiast należy pytać: co z kontrolą, co z komórkami zdrowymi? Co z modelem zwierzęcym, co z oddziaływaniem na organizm całego człowieka?” No i wszystko to, drogi Slwstrze, jest do znalezienia w Sieci (albo w mojej książce, jeśli komuś nie chce się grzebać). Jeżeli nie szuka się wybiórczo, jeżeli ktoś chce znaleźć odpowiedź na pytanie, a nie potwierdzenie z góry założonej tezy – to tam to jest. O tym, że chemioterapia niszczy wszystkie komórki po równo, wszyscy wiemy, nie jest to jej bardzo chwalebna cecha. A wszyscy, którzy nie są wyznawcami Św. Farmacji wiedzą też (a przynajmniej są w stanie dopuścić do siebie ideę), że kannabinoidy właśnie działają wybiórczo (znów pozdrowienia od ECS), podobnie zresztą jak witamina C czy D (Jerzy Zięba chyba też jest dla Slwstrowej wiary heretykiem, ale co tam, wspomnę o nim).

I na koniec, bo strasznie się rozpisałem: gdy czytam podobne do Slwstrowego teksty, zawsze zastanawia mnie ich żarliwość. Bo jeżeli pisze to etatowy kapłan Św. Farmacji, to OK, motyw jest jasny. Ale wiem, że piszą tak również wyznawcy niefunkcyjni – i są równie żarliwi. Czy chodzi o udowodnienie „ależ z was matoły, ja wiem najlepiej”? Czy może o misję uszczęśliwiania ludzi na siłę? Bo jeszcze rozumiem po prostu wyrażenie swojej opinii, przedstawienie argumentów. Tylko że tak się składa, że takie artykuły idą ręka w rękę z administracyjnym zakazem, przeciw któremu autorzy zwykle nie protestują. Cokolwiek sądzę o metodzie Ashkara czy Burzyńskiego, o pestkach moreli czy o chemioterapii, zawsze będę zwolennikiem tego, by chory miał prawo do zasięgnięcia informacji, a potem do podjęcia takiej decyzji, jaką uzna za stosowną. Bez ryzyka pójścia do więzienia. Niech wyciąg z marihuany nie nazywa się lekarstwem, niech wtykanie cieciorki w żyłę nie będzie oficjalną terapią – ale niech to chory decyduje, a nie mądrale, których to nie dotyczy. Niech nikt mi niczego nie zakazuje, bo moje życie – moja decyzja. „Czy Pacewicz tak samo broniłby nielegalnych aptekarzy leczących raka innymi podejrzanymi miksturami o nieokreślonym składzie i działaniu?” Czy Slwstr tak bardzo walczyłby z olejem z konopi, gdyby to na nim oficjalna medycyna położyła krzyżyk i wysłała go do domu, żeby tam sobie umarł i nie zajmował innym miejsca w szpitalu?

Walka o utrzymanie nielegalności medycznej marihuany bardzo brzydko mi pachnie. Nie zapominajmy, że jej legalizacja nie oznacza przymusu korzystania. Używa ten, kto jest przekonany, inny może wybrać zwiększenie szansy przeżycia o całe 3% za cenę zatrucia sobie organizmu – wolny wybór. A gdyby ktoś wyleczył się marihuaną, a w rzeczywistości stałoby za tym placebo, to co – będzie mniej zdrowy?

PS

Inny komentarz do artykułu Slwstra znajduje się na portalu Medyczny olej, a wypowiedź Kuby Gajewskiego, jednego z bohaterów artykułu Slwstra, na jego profilu na FB.

PS2

Wyznawcom Św. Farmacji o otwartych umysłach, zdolnych do chwili refleksji, proponuję lekturę 2 artykułów: tego i tego. Ja wiem: brednie i oszołomstwo, ale może warto rzucić okiem, co? Tak dla umocnienia się w wierze…?

Komentarzy: 15

  1. Jest to na tyle interesujący wpis (i bardziej sensowny niż większość, jeśli nie wszystkie, pro-med-marihuanowe komcie zostawione u mnie na blogu), że pozwolę sobie napisać całą notkę jako odpowiedź, co będzie, tak myślę interesującym uzupełnieniem poprzedniej.

    Na początek: doskonale zdaję sobie co to układ endo-kanabinoidowy, po prostu wnikanie w takie szczegóły nie wydawało mi się istotne w kontekście, w którym pisałem.

    • Jako czytelnikowi bardzo podoba mi się jak największa ilość szczegółów podawana w artykułach oraz ich odnośniki. Raczej nie szkodzą one przejrzystości treści, mi osobiście one pomagają.
      Pozdrawiam

  2. A teraz wieść z oddziałów onkologicznych i innych umieralni.

    PACJENTÓW NIE INTERESUJĄ BADANIA TYLKO TO : ” TAMTA PANI TO BIERZE I JEJ POMOGŁO , JA TEŻ TO CHCE ”

    Jak ktoś nie chce leczyć się olejkiem RSO to niech się nie leczy.

  3. @Mokambo
    I dlatego własnie różnego rodzaju osozłomy i szamani cynicznie żerują na ich problemach wciskając im placebo za olbrzymie pieniądze.

  4. Odnoszę wrażenie, że we wpisie autora jest dużo więcej żarliwości niż w tekście slwstra. Żarliwości tak dużej, że autor dyskutuje z tezami, których w tekście slwstra nie ma, np. nie znajduję w tekście Slstra zdania, żeby „marihuanę od razu odrzucić jako nierokującą nadziei”. Jest wręcz odwrotnie, slwster wskazuje, że potrzebne są badania, bo w pewnych schorzeniach może okazać się skuteczna. No i teza powtarzana do znudzenia: wszystkiemu winne koncerny (trują bo fałszują badania i blokują marihuanę – dlaczego miałyby to robić, zamiast na niej zarabiać, autor nie wyjaśnia). Do prostowania wszystkich co najmniej kontrowersyjnych tez potrzebny byłby większy tekst, zatem czekam na artykuł Pochodnych Kofeiny.

    • 1. Istotnie, o temacie medycznych zastosowań marihuany wypowiadam się z żarliwością. Jest ona odwrotnie proporcjonalna do wykazywanej przez polską władzę chęci poważnego zajęcia się tym tematem dla dobra setek tysięcy chorych.

      2. Zdania o odrzuceniu marihuany Slwstr rzeczywiście nie napisał. Ale informacja o tym, że „niecały 1% potencjalnych leków, które wykazywały jakąś aktywność przeciwrakową w badaniach na kulturach komórek lub modelach zwierzęcych okazuje się być użyteczna, gdy zostają przebadane na ludziach” zachęcaniem do dalszych badań raczej nie jest. Ale jeśli uważa on, że warto prowadzić takie badania, to jest nas już dwóch. Z tym, że jeden jakoś niespecjalnie głośno mówi o konieczności natychmiastowego dokonania zmiany naszego prawa, które takie badania skutecznie blokuje, a przy okazji z chorych robi kryminalistów.

      3. Nie rozumiem, jak częstotliwość powtarzania jakiejś tezy (choćby i do znudzenia) ma się do jej prawdziwości… A dlaczego big pharma nie lubi marihuany to naprawdę przedszkole, ale cóż, spróbuję krótko: jeżeli pacjent ma do wyboru drogi toksyczny farmaceutyk albo działającą podobnie nietoksyczną i o wiele tańszą (lub prawie darmową, jeśli wyhodowaną w domu) marihuanę – to co wybierze? Jeżeli niektórzy chorzy na raka zamiast refundowanej chemioterapii wybierają bardzo drogi nierefundowany wyciąg z marihuany, za posiadanie którego mogą iść do więzienia, to może świadczyć o ich opętaniu oszołomstwem, ale istnieją też inne możliwe wyjaśnienia. Firmy farmaceutyczne na uprawie i sprzedaży niepatentowalnej marihuany zarabiałyby ułamek tego, co zarabiają na sprzedaży opatentowanych farmaceutyków, których sprzedaż jest na dodatek stymulowana przez państwo przez refundację albo przez przymus stosowania (szczepionki czy, w niektórych przypadkach, chemioterapia).

      • Oczywiście, że Big Pharma woli tańszy lek. Stosowanie terapeutyczne medycznej marihuany nie będzie możliwe bez oczyszczenia, dokładnego oznaczenia ilości substancji aktywnej, standaryzacji, prawdopodobnie też będzie to lek dostępny z przepisu lekarza. To oznacza konieczność zaangażowania firmy farmaceutycznej w produkcję, rejestracji i refundacji państwowej. A w takim wypadku oczywiście, że Big Pharma chętnie przyjmie lek z taniego surowca oraz z dużym gronem zwolenników. To są żywe pieniądze.

        • No więc właśnie NIE: jeżeli marihuana pochodzi ze sprawdzonego źródła, nie musi być oczyszczana. Nie ma też potrzeby „dokładnego oznaczenia ilości substancji aktywnej” – wystarczy, że pacjent wie, że dostaje konkretną, sprawdzoną odmianę marihuany. Podejście zaprezentowane w tym komentarzu jest słuszne dla farmaceutyków, które w przeważającej większości są dla człowieka toksyczne, czasami niebezpiecznie toksyczne. Nie ma zastosowania dla nietoksycznej marihuany, która nawet przedawkowana nie powoduje poważniejszych skutków ubocznych. Co do konieczności przepisu lekarza – rzecz do dyskusji, początkowo pewnie tak (ale tylko po to, żeby uspokoić narkofobów). Co do refundacji – pełna zgoda, choć z drugiej strony marihuana uprawiana w domu (czy w klubie konopnym) jest na tyle tania, że nie bardzo jest co refundować.

          • EKHM!! Wiedza że dostaje się „konkretną, sprawdzoną odmianę” nie bierze się z powietrza, tylko właśnie z precyzyjnego, dokładnego oznaczenia ilości substancji aktywnej przeprowadzonego w powtarzalnych, kontrolowanych warunkach (Wielka Zła Pharma już zaciera rączki na złotą żyłę zarobku).

            Innymi słowy, argumenty pro-cannabis byłyby traktowane poważniej, gdyby nie były pełne wewnętrznych zaprzeczeń.

          • Nie do końca się zgadzam. Jeżeli pacjent zaopatrzy się w nasiona sprawdzonej stabilnej odmiany marihuany, zawsze będzie otrzymywał rośliny o takich samych proporcjach pomiędzy różnymi kannabinoidami – bo to wynika z uwarunkowań genetycznych rośliny. W różnych warunkach uprawy może wystąpić różna wydajność (czyli ilość suszu z 1 rośliny), ta zależy od konkretnych warunków i umiejętności hodowcy. Sprawdzone (=przewidywalne =charakteryzujące się stałym składem) odmiany nie pochodzą od Big Pharmy, lecz z banków nasion. Gdyby było inaczej, marihuana już dawno wszędzie byłaby legalna i ostro promowana.

        • Kolego, mylisz się całkowicie. Koncerny farmaceutyczne nie chcą stosować marihuany. Dlaczego? Bo wyprze zbyt wiele leków które dzisiaj oferują, że straty przewyższą zyski kilkukrotnie…

  5. „Ja przyznam szczerze, że coraz częściej myślę, że jeżeli ma miejsce wyleczenie po chemii, to nie dzięki, lecz pomimo terapii.”

    Czyli ludziska chorzy na raka uciekać ze szpitali bo tam mordujom!

    Naprawdę, według autora lekarze masowo zabijają swoich pacjentów? Czyste oszołomstwo.

      • Namawiasz ludzi chorych na raka, aby nie leczyli się w szpitalach.

        To co robisz jest etycznie nie do obronienia. Masz krew na rękach człowieku.

  6. Taki już mamy świat, że zarabia się nawet na nieszczęściu innych. Między innymi dlatego, nigdy nie wierzę, że kiedykolwiek nasza cywilizacja wejdzie na taki poziom, aby człowiek nie chorował, to nie w interesie włodarzy tego świata. Człowiek choruje, leczy się, choruje… a kasa leci i każdy zadowolony. Pewnie nawet potrafią na naszej śmierci zarobić. Nie jestem pewny, ale wątpią żeby grabarz był zwolniony z podatku, nagrobki z vatu itd.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.