Wreszcie ustawa o MM? (moje uwagi)

Niedawno Dorota Gudaniec opublikowała na swoim blogu treść propozycji zmian w Ustawie o przeciwdziałaniu narkomanii. Czyli: wprowadzenie do Polski medycznej marihuany! Należy rozumieć, że upublicznienie tego tekstu otwiera nad nim dyskusję, oby rzeczową i celową, czyli żeby argumenty – jeśli okażą się słuszne – zostały wzięte pod uwagę. Poniżej mój głos. Co prawda tekst ustawy o zmianie ustawy znałem jeszcze zanim stał się publiczny, jednak miałem bardzo mało czasu na przeanalizowanie go i przekazanie uwag autorowi. A jest niestety tak, że o ile niektórzy ludzie są błyskotliwi i widzą wszystko od razu, to ja potrzebuję dwóch, trzech, a czasem i więcej podejść. (Chyba nie bardzo bym się sprawdził jako poseł w obecnym Sejmie przy jego tempie pracy… 🙂 )

Chciałbym się tu podzielić opinią, jakie dwie rzeczy w projekcie bardzo mi się podobają oraz jakie trzy podobają mi się o wiele mniej.

Pierwszym plusem jest dla mnie to, że nie przewiduje się katalogu chorób, w których dopuszczalne byłoby stosowanie marihuany. W większości krajów (i amerykańskich stanów), gdzie MM została zalegalizowana, takie katalogi istnieją. Uważam, że są one niesprawiedliwe dla tych chorych, których choroba w katalogu się nie znalazła. Niektórzy z Was znają, przynajmniej ze słyszenia, Tomka Nadolskiego. Choruje on na bardzo rzadką chorobę Fabry’ego – jaka jest szansa, żeby przypadłości, na które cierpi kilkadziesiąt czy wręcz kilkanaście osób w całym kraju znalazły się na liście? Skoro i tak oddajemy decyzję o zastosowaniu marihuany w ręce lekarza, niech nie będzie on skrępowany „katalogiem”. Byli tego świadomi np. prawodawcy w Kalifornii: tam co prawda akt prawny wymienia choroby, w których można stosować leczniczo marihuanę, ale przewidziano też „boczne wejście”: sformułowanie „oraz wszystkie inne choroby, jeśli lekarz uzna, że choremu marihuana może pomóc” (cytat z pamięci).

Plus drugi: ta propozycja nie tylko daje prawną możliwość medycznego używania marihuany, lecz również tworzy system informacyjny, którego celem jest „pozyskiwanie danych epidemiologicznych na temat używania przetworów z konopi w celach medycznych oraz informacji na temat ich skuteczności oraz bezpieczeństwa stosowania w terapii„. System napędzany informacjami uzyskanymi od lekarzy prowadzących konopne terapie (a zatem w pewnym sensie „samonapędzający się”), który w stosunkowo niedługim czasie powinien zaowocować powstaniem bazy wiarygodnych danych na temat skutków leczenia marihuaną – bardzo ważną w sytuacji, gdy ta wiedza nie ma jak na razie wstępu na nasze uczelnie medyczne.

Minus pierwszy, dla mnie najważniejszy: Art. 30b ust. 1 projektu przewiduje, że medyczną marihuanę będzie można stosować „w celu łagodzenia objawów działań niepożądanych stosowanych produktów leczniczych dopuszczonych do obrotu lub jako alternatywy terapeutycznej dla produktów leczniczych dopuszczonych do obrotu, których skuteczność w indywidualnych przypadkach nie jest wystarczająca„. W tłumaczeniu na polski: żeby móc skorzystać z dobrodziejstw MM, pacjent będzie zobowiązany najpierw struć się farmaceutykami. To postanowienie wzbudza mój stanowczy sprzeciw. Logiczną rzeczą jest przecież, że kurację (jakąkolwiek) zaczyna się od środków łagodnych i dopiero wtedy, gdy okażą się nieskuteczne, przechodzi do silniejszych. Złamania nogi nie leczymy przez amputację, złamaną kość najpierw się nastawia i czeka na zrośnięcie. Na ból głowy najpierw używamy łagodnego środka przeciwbólowego (a niektórzy nawet maści tygrysiej), choć morfina zapewne zadziałałaby szybciej i skuteczniej. A jeśli tak, to dlaczego zgodnie z nowym prawem zawsze będziemy musieli zaczynać kurację od trujących farmaceutyków i dopiero ich nieskuteczność będzie oznaczała zezwolenie na użycie nieporównanie mniej toksycznej alternatywy? Nie ma w tym żadnej logiki, przynajmniej z punktu widzenia pacjenta – a to chyba on powinien być najważniejszy, prawda…?

Minus nr 2: Art. 30d ust. 5 mówi, że jednym z warunków wydania zgody na uprawę jest, by zainteresowany podmiot (w tym także pacjent, który chce uprawiać sobie lek w domu) „zawarł umowę z jednostką naukową w przedmiocie zagwarantowania kontroli norm produkcyjnych i jakościowych surowców i przetworów uzyskiwanych na cele terapii„. Oznacza to, że jakość uzyskanej marihuany będzie musiała zostać potwierdzona stosownymi badaniami laboratoryjnymi. Nie wiem jeszcze, jakimi konkretnie, myślę, że określą to dopiero przepisy wykonawcze do ustawy (zakładam, że będzie to, jako minimum, zawartość THC i CBD, a także stwierdzenie nieobecności pleśni, pestycydów, metali ciężkich…) Takie potwierdzenie będzie, jak rozumiem, wymagane dla każdej partii marihuany. Problem polega na tym, że do wykonania wiarygodnych badań tego typu wymagane są skomplikowane (a przez to drogie) chromatografy cieczowe (HPLC). W miarę przybywania marihuanowych pacjentów będzie oczywiście przybywało też laboratoriów gotowych zainwestować kilkadziesiąt tysięcy w sprzęt i w niezbędne do analizy wzorce głównych kannabinoidów, ale będą one chciały z tej inwestycji coś mieć. Dla pacjenta oznacza to automatycznie dodatkowy koszt. Ile? Trudno mi powiedzieć, wiem, że w pewnym laboratorium w Kanadzie podstawowe analizy kosztują 100 dolarów, w Hiszpanii – 60 euro. U nas powinno być podobnie, czyli: kilkaset złotych. Dla wielu chorych poszukujących nie tylko najlepszej, ale i najtańszej terapii, może to być cena, której nie będą w stanie zapłacić. A zatem: analiza laboratoryjna jako możliwość – jak najbardziej; jako obowiązek – moim zdaniem NIE.

(Przy okazji: punkt 4) tego samego ustępu mówi o obowiązku odpowiedniego „zapewnienia warunków uprawy, zbioru i przechowywania uniemożliwiających osobom nieupoważnionym dostępu do surowców i przetworów” – to oczywiste wymaganie, ale historia wielu państw, które wprowadziły u siebie MM pokazuje, że „diabeł tkwi w szczegółach”, a w tym wypadku w przepisach wykonawczych: często ich celem nie jest faktyczne zapewnienie bezpieczeństwa, lecz maksymalne utrudnienie życia chorym. Władza to lubi, zwracam uwagę na takie niebezpieczeństwo.)

I minus ostatni: na mocy proponowanego Art. 30d ust. 2 „Powierzchnia uprawy konopi oraz ilość zbioru ziela i żywicy konopi (…) nie mogą przekraczać zapotrzebowania osób uczestniczących w terapii na okres 90 dni kuracji„. To moim zdaniem a) nieprecyzyjnie; b) mało. a) Nie znam się na uprawie, ale nie wydaje mi się możliwe precyzyjne przeliczenie powierzchni (czy liczby doniczek) na dni terapii; b) Moja ograniczona wiedza o uprawie jest taka, że okres potrzebny do uzyskania jednego zbioru w nieprofesjonalnych warunkach domowych to 3-4 miesiące. A zatem pacjent jest z definicji skazany na bycie „na styku”. Jeżeli z plantacją coś się stanie (a przecież nie wszystkie krzaki zdrowo kończą swój żywot), chory pozostanie bez leku.

 

Czy powyższe, dosyć poważne przecież, zastrzeżenia, oznaczają, że jestem niezadowolony z tego projektu? Cóż, cieszę się, że w ogóle powstał, cieszę się, że ma ponoć jakieś szanse wejścia w życie. A czy jest w 100% dobry? Moim zdaniem nie (stąd ten wpis), ale… dyskutujmy, wysuwajmy rozsądne argumenty. I bądźmy świadomi, że zupełnie czym innym może być to, jak byśmy chcieli, żeby system docelowo wyglądał (bo tak by było najlepiej dla pacjentów), a czym innym to, jaki system ma szanse zostać wprowadzony w życie. Istnieją dwie strategie: proponować rozwiązanie kompromisowe i liczyć, że po 2-3 latach jego pozytywnego funkcjonowania zaistnieją warunki dla jego rozszerzenia, albo od razu grać o wszystko. Oba mają istotne wady. Pierwsze: świadomie pozostawiamy na marginesie część pacjentów, którzy mimo uzasadnionej potrzeby medycznej nie dostaną lekarstwa. Drugie: narażamy się na to, że projekt przepadnie i żaden pacjent nie będzie mógł się leczyć marihuaną. Która strategia jest lepsza? Smutne jest dla mnie, że w ogóle musimy wybierać jakąkolwiek strategię, że nie można po prostu wybrać tego, co jest lepsze dla pacjentów. No, ale nie żyjemy w idealnym świecie, wiemy, że duża część posłów wciąż jest narkofobiczna, wiemy, że inna, pewnie też niemała ich część, narkofobiczna nie jest, ale boi się podejrzeń wyborców o „sprzyjanie narkotykom” i będzie głosować wbrew własnym przekonaniom, wiemy w końcu, że nie dla wszystkich posłów dbanie o interes obywateli (w tym wypadku potencjalnych pacjentów MM) jest głównym celem działania. Na polityce się nie znam, nie mam pojęcia czy dla MM wieją w tej chwili na Wiejskiej pomyślne wiatry, nie wiem też, która strategia byłaby dla sprawy lepsza. Może ktoś z Was wie…?

PS
Pod zalinkowanym na wstępie wpisem Doroty jest parę komentarzy, w tym uwaga anonimowego lekarza, który uważa, że prawo przepisywania MM nie powinno być ograniczone do lekarzy specjalistów. Uzasadnienie jest, moim zdaniem, bardzo słuszne – nie chcę go tu wklejać, zachęcam do zapoznania się z nim tam, gdzie zostało umieszczone.

1 komentarz

  1. Przy obecnych pOSŁACH zasiadających w polskim sejmie drugi wariant, czyli maximum wolności osobistej w jakiejkolwiek sprawie nie przejdzie – co słychać i widać. Akcent na zastosowanie medyczne może być bardziej przekonywujący. Choć może dałoby się zrobić sondę wśród członków parlamentu najlepiej poprzedzoną jakąś akcją uświadamiającą aby „wymacać” klimat do zmian. Osobiście marzy mi się ustawa, która zakazywałaby „zakazywać” czegokolwiek co związane jest z wolnością osobistą.Znaczy to, że sama chcę decydować o swoim bezpieczeństwie i nikt nie będzie mnie zmuszał do przyjęcia ” środka leczniczego” np. szczepionki ani nie będzie mi zabraniał użycia „niebezpiecznego zioła” np. marihuany.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.