O raku, firmach farmaceutycznych, marihuanie i uporze silniejszym niż rozum

Chyba każdy z nas zna kogoś, kto chorował lub choruje na nowotwór. W Polsce notujemy „bardzo szybki wzrost liczby zgonów powodowanych chorobami nowotworowymi, przy jednoczesnym wzroście liczby nowych zachorowań. W 1990 r. nowotwory złośliwe były przyczyną prawie 19% zgonów, w 2000 r. stanowiły 23%, a w 2010 r. – 24,5% wszystkich przyczyn – co oznacza, że aktualnie co czwarty zgon jest wynikiem choroby nowotworowej” [tak podaje GUS].

Podobnie jest we wszystkich innych krajach tzw. Zachodu. „Rak” to ostatnie słowo, które chcielibyśmy usłyszeć w gabinecie lekarskim. I chociaż w ostatnich latach statystyki przeżywalności poszły w górę (np. w Wielkiej Brytanii wzrosły dwukrotnie w przeciągu minionych 40 lat), to i tak wciąż są bardzo wysokie: łącznie dla wszystkich form raka tylko nieco ponad 50% osób z niedawno postawioną diagnozą przeżyje co najmniej 5 lat. Chorzy na raka jądra mają największe szanse (98%), nieźle też wyglądają statystyki dla złośliwych czerniaków (90%), ale rak mózgu i rak żołądka to już tylko 19% szans przeżycia 5 lat, rak płuc – 10%, a rak trzustki – zaledwie 3% [informacje z portalu Cancer Research UK].

Poszukiwania skutecznego lekarstwa na raka trwają na całym świecie od dawna – odkąd tylko medycyna zaczęła rozumieć tę chorobę. Mamy w tej historii także kilka wątków polskich:

  • słynny torf profesora Tołpy z końca lat 80 okazał się przydatny w różnych innych zastosowaniach, ale raka ostatecznie nie pokonał [więcej w tym artykule – polecam zwłaszcza młodszym czytelnikom jako lekcję historii Polski XX wieku]
  • antyneoplastony dra Stanisława Burzyńskiego też zdają się nie spełniać oczekiwań. Chociaż
  • nanocząsteczkowa „amunicja” przeciwrakowa profesora Tomasza Ciacha [można o niej przeczytać tutaj]

Oczywiście, poszukiwania leku prowadzą także (a raczej: przede wszystkim) wielkie koncerny farmaceutyczne. Bo choć na badania trzeba wydać setki milionów dolarów, to powodzenie, nawet częściowe, zwiększające przeżywalność choćby o 1%, oznacza zyski liczone w miliardy.

Ostatnio panuje moda na odsądzanie firm farmaceutycznych od czci i wiary za ich ogromną pazerność. Ja w takich ocenach jestem dość ostrożny, pamiętajmy, że wydanie tych setek milionów na badania wcale nie gwarantuje sukcesu, zatem chęć zrekompensowania sobie poniesionych nakładów wydaje mi się uzasadniona. Natomiast to, czego nie jestem w stanie usprawiedliwić w działaniach tych firm, to różne przejawy gry nie fair. Takie jak choćby te:

  • spotykana na całym świecie nagminna praktyka przeciągania na swoją stronę lekarzy przy pomocy atrakcyjnych gadżetów czy wycieczek w tropiki, fundowanych w przebraniu wyjazdów na kongresy naukowe – nie jest przyjemna myśl, że lekarz przepisuje mi jakiś lek nie dlatego, że jest przekonany o jego skuteczności, lecz dlatego, że producent zasponsorował mu tydzień na Majorce;
  • mniejsza lub większa ingerencja w wyniki badań naukowych, które mają na celu stwierdzenie przydatności produkowanego przez siebie leku – aż do jawnego oszustwa włącznie;
  • próby wyeliminowania konkurencji – nie tylko tej wewnątrz branży, ale także tej spoza niej; robi się to na wiele sposobów, poczynając od dyskredytowania wszystkiego, co stanowi potencjalne zagrożenie, aż do instrumentalnego wykorzystywania prawa. Na przykład alternatywne sposoby leczenia raka od dawna są zwalczane przez oficjalną medycynę i idące z nią ramię w ramię koncerny farmaceutyczne, a uzasadnieniem jest – jakżeby inaczej – dobro pacjenta. To temat na oddzielny tekst, zresztą napisano już o tym niejedną książkę (kilka okładek poniżej) i nawet kręcono filmy dokumentalne. Nad tym, żeby kongresmeni podejmowali odpowiednie (z punktu widzenia interesów przemysłu farmaceutycznego) decyzje, czuwa liczna armia lobbystów (dobrze ponad tysiąc osób, więcej niż 2 lobbystów na każdego kongresmena), dysponująca olbrzymim budżetem dającym duże możliwości przekonywania do podjęcia takich, a nie innych decyzji [więcej można o tym poczytać np. tutaj albo tutaj].

 ………

Prezydent Nixon był uwikłany w dwie wojny. Jedną, tę w Wietnamie, odziedziczył po poprzednikach (Kennedym i Johnsonie). Drugą wywołał sam. Wojna z narkotykami  („war on drugs”) wkrótce miała okazać się wojną z własnym społeczeństwem, bo jej ofiarami w większości byli (i do dziś są) niepowodujący żadnych problemów użytkownicy marihuany. Do walki ze złym ziołem Waszyngton postanowił zaprząc naukę – stąd zamawiane przez administrację Nixona badania naukowe. Jedno z nich miało wykazać, że kannabinoidy zawarte w marihuanie mogą powodować u zażywających osłabienie sił obronnych organizmu. Zadanie to otrzymali na początku lat 70. naukowcy z Virginia Commonwealth University. W 1974 dostarczyli wyniki: kannabinoidy podane myszom, u których uprzednio wywołano nowotwór (raka płuc i piersi oraz białaczkę), spowodowały eliminację komórek rakowych lub poważne zmniejszenie ich ilości. Władza, która spodziewała się wyników dokładnie odwrotnych, wykorzystała wszystkie możliwości, by te niewygodne informacje ukryć przed opinią publiczną. Obrona arbitralnego twierdzenia o szkodliwości marihuany okazała się ważniejsza niż losy setek tysięcy obywateli, którzy już wówczas chorowali na nowotwory bądź dopiero mieli na nie zachorować w przyszłości.

Wyniki badań z Wirginii miały nigdy nie ujrzeć światła dziennego, ale dotarł do nich Jack Herer, najbardziej znany aktywista ruchu promarihuanowego, i wspomniał o nich w swojej wydanej w 1985 roku książce The Emperor Wears No Clothes.

Gdy ukazywało się pierwsze wydanie książki, o działaniu kannabinoidów na ludzki organizm nauka nie wiedziała jeszcze nic. Jednak od tamtej pory dowiedzieliśmy się już bardzo dużo. Przede wszystkim odkryto układ endokannabinoidowy i wyjaśniono, jak kannabinoidy (te powstające w naszych organizmach i te dostarczane z zewnątrz) oddziałują na nasze komórki.

Wiemy już, że w komórkach nowotworowych kannabinoidy są w stanie wywołać apoptozę – proces powodujący obumieranie komórek. Zwykle zachodzi on w żywych organizmach w sposób naturalny, ale komórki nowotworowe ignorują otrzymywane od organizmu polecenia samounicestwienia się i mnożą się dalej. Dostarczone z zewnątrz kannabinoidy są w stanie sygnały takie skutecznie dostarczyć, w wyniku czego rak stopniowo zanika.

Wiemy także, że kannabinoidy hamują proces angiogenezy, dzięki któremu rozwijające się tkanki tworzą potrzebne im do życia nowe naczynia krwionośne. Angiogeneza jest pożyteczna przy gojeniu się ran, ale niepożądana w przypadku raka. Wykazano, że kannabinoidy mogą zahamować angiogenezę w tkance nowotworowej, nie wpływając jednocześnie na procesy zachodzące w tkankach zdrowych. (Nie, to nie magia, to działanie receptorów kannabinoidowych, w które matka natura wyposażyła komórki naszego ciała. Jak to jest możliwe, że o układzie endokannabinoidowym – cudownym mechanizmie samoregulacyjnym, który wszyscy mamy w naszych organizmach – nie uczą się na uczelniach studenci medycyny, że wiedzy o nim nie chłoną już praktykujący lekarze, że temat ten ignoruje prawie cała oficjalna nauka…?).

 ……… 

Wysokie standardy w odniesieniu do lekarstw są nam potrzebne, co do tego nie ma wątpliwości. O tragicznych skutkach braku takich standardów możemy się przekonać co jakiś czas – ostatni taki przypadek zdarzył się bardzo niedawno. Ale utrzymywanie standardów nie może być usprawiedliwieniem dla braku jakiegokolwiek działania w sytuacji, gdy okoliczności wymagają działań pilnych, właściwie natychmiastowych. Jednym z przykładów takich sytuacji, być może najbardziej oczywistym, jest możliwość leczenia bardzo różnych rodzajów nowotworów przy pomocy skoncentrowanych kannabinoidów. O takiej możliwości wiadomo od co najmniej kilku lat – w roku 2008 Rick Simpson upublicznił swoją metodę ekstrakcji kannabinoidów z marihuany i oznajmił, że przy pomocy jego ekstraktu (zwanego olejem Ricka Simpsona – RSO) spowodował ustąpienie nowotworu u setek, a potem tysięcy osób (film Run from the cure został udostępniony do bezpłatnego obejrzenia w Internecie, można go znaleźć np. tu, a wersję z polskimi napisami tu.)

Wkrótce w Internecie pojawiły się świadectwa osób, które przy pomocy RSO wyleczyły się z raka. Oficjalne reakcje władzy są jednoznaczne: brak jest jakichkolwiek naukowych podstaw, by twierdzić, że ekstrakt może być przydatny w leczeniu nowotworów; a poza tym przypomina się obywatelom, że marihuana jest nielegalna. No, ale jeżeli brak jest naukowych podstaw, to obowiązkiem władzy jest pilnie takie podstawy stworzyć – albo twierdzenia internautów naukowo obalić. Czy między innymi nie za to urzędnicy biorą od nas pieniądze? Na pewno niczego nie możemy oczekiwać po koncernach farmaceutycznych, bo to nie leży w ich interesie. A władza niech nie marnuje czasu i środków (i marihuany) na badania nad zachowaniem komórek takiego czy innego raka w probówkach albo na maltretowanie kolejnych pokoleń myszy – takich badań przeprowadzono już setki, a rzesze chorych ludzi nie mogą już dłużej czekać. I czekać wcale nie muszą: od tysięcy lat wiadomo, że konopie są dla człowieka nietoksyczne, że nie powodują nawet jednej dziesiątej problemów powodowanych przez chemio- i radioterapię. Że leczenie kannabinoidami to terapia niesprawdzona? No to ją trzeba wreszcie sprawdzić! Ochotników na pewno nie zabraknie – na całym świecie pełno jest ludzi, na których oficjalna medycyna postawiła już krzyżyk. Wielu z nich na własną rękę leczy się ekstraktem z marihuany, ryzykując jednak z jednej strony tym, że zażywają produkt o niepewnej jakości, z drugiej strony tym, że koniec życia być może przyjdzie im spędzić w więzieniu. Nie ryzykują natomiast życiem – oni już mają wyroki zapisane na oficjalnych formularzach. Więc chętnych do wykorzystania jeszcze jednej szansy na pewno nie zabraknie.

Czy jest prawdopodobne, żeby jakakolwiek władza zdecydowała się na taki krok? Mam nadzieję, że tak, ale musiałaby to być władza, dla której dobro obywateli jest naprawdę najważniejszym celem. Ważniejszym niż typowa dla każdej władzy chęć zastygnięcia w bezruchu do następnych wyborów; ważniejszym niż interesy jakiejkolwiek gałęzi przemysłu czy usług; ważniejszym niż uparta, bezsensowna obrona tezy sformułowanej przed prawie stuleciem i z każdym upływającym miesiącem coraz trudniejszej do obrony.

 ………

Chorzy na raka czekają.

 

book04      book03      book02book01

 

 

 

 

 

Ten tekst został napisany specjalnie dla prowadzonego przez Stowarzyszenie Wolne Konopie portalu www.wolnekonopie.org.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.