Nie ma badań

Nie tak dawno na profilu dr. Piotra Zwolińskiego zamieściłem parę uwag dotyczących jego wypowiedzi o marihuanie (film z tą wypowiedzią jest tutaj, dyskusja pod filmem). Odpowiedź p. Piotra skłoniła mnie do napisania paru słów. Nie jest to polemika, bo pogląd na te sprawy mamy podobny – to po prostu kilka moich refleksji na ten temat.

Ma rację Bogdan Jot – moje wypowiedzi są w kilku miejscach nieścisłe i świetnie wypunktował to gdzie. Niestety i on nie w pełni ma rację, bo dalej moim zdaniem nic się „nie wie”, bo się będzie wiedziało jak się wykona odpowiednie metaanalizy, a takich nie ma.

To prawda, nie ma. Nie ma dlatego, że nie finansują ich koncerny farmaceutyczne – bo nie mają interesu w promowaniu konkurencyjnego produktu, który każdy może sobie wyhodować w ogródku albo na balkonie. Nie ma dlatego, że nie finansują ich rządy – bo potwierdzenie terapeutycznych właściwości marihuany postawiłoby władzę w bardzo niekomfortowej sytuacji, i to z kilku różnych powodów.

Marihuana ma właściwości lecznicze bez względu na to, czy badania przeprowadzono, czy nie. A więc brak badań ≠ brak właściwości leczniczych. Brak badań = brak urzędowej pieczątki. A także: brak badań = dowód na brak rzeczywistego zainteresowania rządów zdrowiem społeczeństwa. (To oczywista oczywistość, ale często pojawiający się argument prohibicjonistów o braku badań powoduje, że czasami ta prawda jest zapominana.)

Zastanówmy się, jakie brak badań niesie skutki dla chorych i dla lekarzy. Moim nielekarskim okiem widzę trzy, oto one z komentarzem:

→ nie wiadomo, jak marihuanę dawkować

Marihuana jest dla człowieka nietoksyczna, więc nie ma niebezpieczeństwa przedawkowania (choć trzeba też pamiętać, że przyjęcie nadmiernej dawki, zwłaszcza marihuany o wysokiej zawartości THC i niskiej CBD, może nie być najprzyjemniejszym przeżyciem). Zresztą chorzy mogą znaleźć sporo wskazówek w Internecie, a jedną z ważniejszych wydaje mi się ta, żeby zaczynać od małych dawek, obserwować reakcję chorego i stopniowo zwiększać dawkę do osiągnięcia żądanego efektu terapeutycznego.

→ nie wiadomo, w jakich przypadkach unikać kannabinoidów

Choć jednoznacznie nie stwierdzono tego w ani jednym przypadku, prawdą jest, że w niektórych chorobach należałoby zachować daleko idącą ostrożność, bo istnieją pewne naukowe sugestie, że podane z zewnątrz kannabinoidy mogą pogarszać stan chorego. Wspomina się tu np. o możliwości osłabienia układu odpornościowego w niektórych chorobach, o sprzyjaniu zwłóknieniu wątroby, ale także o przyspieszaniu rozwoju schizofrenii. Nawet jeśli taki szkodliwy wpływ w pewnych przypadkach istotnie ma miejsce, to nie wydaje się, żeby ich liczba była istotna.

→ nie wiadomo, jak kanabinoidy zmieniają działanie innych substancji aktywnych (= potencjalne interakcje z innymi lekami)

Wpływanie przez kannabinoidy na inne substancje jest faktem. Przykładowo: u bardzo wielu pacjentów stosujących przeciwbólowo morfinę stwierdzono, że równoległe podawanie marihuany zmniejsza (czasem znacznie) wielkość niezbędnych dawek. To oczywiście efekt pozytywny, a skutków niekorzystnych tutaj nie stwierdzono. W wielu innych przypadkach chorzy, decydując się na leczenie marihuaną, zastępują nią leki, czyli nie ma niebezpieczeństwa niepożądanych interakcji. Ale oczywiście ta kwestia jak najszybciej powinna zostać zbadana. Po pierwsze po to, żeby wykluczyć ryzyko w poszczególnych przypadkach, po drugie – żeby być może stwierdzić istnienie interakcji pozytywnych, korzystnych dla chorego (takich jak przy przyjmowaniu morfiny). A na razie pozostaje założyć, że brak zalewu doniesień o problemach leczących się farmakologicznie użytkowników marihuany uzasadnia wstępny wniosek, że kannabinoidy nie tworzą z lekami niekorzystnych połączeń zagrażających zdrowiu pacjentów (przynajmniej nie na skalę masową).

W wielu krajach (w tym w Polsce) brak oficjalnych badań jest używany przez władzę jako straszak i uzasadnienie prohibicji. Badania takie powinny być robione już od dawna, nie ma najmniejszych wątpliwości. Ale skoro ich nie ma, to rozsądny rząd, zamiast zakazywać, powinien powiedzieć tak: „Nie ma badań potwierdzających skuteczność marihuany w tym czy tamtym schorzeniu, nie można więc oficjalnie uznać jej za lekarstwo. Szanowni chorzy, jeżeli chcecie, to jej używajcie, ale robicie to na własną odpowiedzialność; koniecznie poradźcie się przedtem lekarza. Jakby co, to my ostrzegaliśmy”.

 

(Badaniom naukowym są w Odkłamywaniu poświęcone aż dwa rozdziały: „Marihuana nie jest lekiem, bo nie została zatwierdzona jako lek” i „Naukowiec prawdę ci powie. Albo i nie”.)

Komentarzy: 3

  1. dla mnie są to totalne banialuki i brak aktualnej wiedzy w temacie,no chyba że coś źle zrozumiałem.
    Marihuana jest najbardziej przebadaną (obecnie) ” substancją” z wszystkich roślin,leków czy też substancji na całym globie!
    czyli to już przeczy tej teorii,że nie jest albo za mało jest badań-extremalna buła!!!!
    Jeżeli ja na swoim profilu na fb opublikowałem ok 1000 badań klinicznych,medycznych o skuteczności marihuany jako leku,to już A B S O L U T N I E przeczy teorii braku badań,albo też świadczy o braku wiadomości u tego Pana.
    EDUKOWAĆ,SADZIĆ,LECZYĆ ,ZALEGALIZOWAĆ!!!!
    one love & unity!!!

    • Hubert,
      mamy tu do czynienia z nieporozumieniem. Oczywiście, masz rację, że badań są tony. ALE:

      – dr Zwoliński oraz ja w komentarzu mówimy o badaniach (tzn. o braku badań) zgodnych ze złotym standardem badań medycznych: próba podwójnie ślepa plus placebo; tych jest już zdecydowanie mniej – nie dlatego, że marihuana by ich nie przeszła, lecz dlatego, że władze stwarzają spore problemy w ich przeprowadzaniu (choćby nielegalność badanej substancji; jedynym legalnym źródłem marihuany w USA jest rządowy instytut NIDA, a rozpoczęcie badań jest uwarunkowane uzyskaniem zgody nie tylko tego, ale jeszcze paru innych organów; zwykle kończy się na odmowie);
      – w większości badań, których wyniki można znaleźć w Internecie, użyte są syntetyczne kannabinoidy, nie marihuana. Jasne, można przypuszczać, że jeżeli syntetyk działa, to naturalna roślina tym bardziej. Ale w nauce przypuszczenia nie wystarczają, trzeba mieć dowód czarno na białym;
      – zauważ też, że większość opublikowanych badań zostało przeprowadzonych na zwierzętach, a wnioski na pewno nie mogą być automatycznie rozciągnięte na ludzi;
      – jak wiesz, jest cała fura różnych odmian marihuany, wśród indik i sativ masa odmian różniących się zawartością kannabinoidów i pozostałych składników biologicznie czynnych. Niektóre kombinacje mogą być bardzo korzystne, inne mniej, a w niektórych przypadkach nie można wykluczyć działania niekorzystnego; nie dziw się, że lekarz chce (a lekarz odpowiedzialny MUSI) znać szczegóły, żeby nie wpuścić chorego w kanał;
      – podobnie jak Ty przerzuciłem mnóstwo opublikowanych badań i odniosłem wrażenie, że jest tam spory chaos, brak jakiejś myśli przewodniej, jakiegoś ładu. Wystarczy jednak chwila zastanowienia i staje się to zrozumiałe: naukowcy badają nie to, co uważają, że warto, ale przede wszystkim to, na co dostaną zgodę (władz, szefów – często narkofobicznych, a także sponsorów). Wiem, że wielu z nich się to nie podoba, ale jeżeli nie mogą badać tego, co chcą, badają to, co mogą.

      Zastrzeżenia dra Zwolińskiego (myślę, że dobrze je rozumiem, bo ma je wielu lekarzy – wykształconych przecież przez taki, a nie inny system akademicki) są takie, że do paczuszki marihuany w konopnej aptece (o ulicy nie mówię 🙂 ) nie jest dołączona ulotka jak do farmaceutyków. Ulotka z informacją o dawkowaniu i o możliwych skutkach ubocznych. A jeżeli chcemy traktować marihuanę jako lek, to taka ulotka (a przynajmniej oficjalna informacja w Necie) powinna być dostępna. Wiemy, dlaczego nie jest, ale to nie zmienia sytuacji, że nie jest; że lekarz pozytywnie nastawiony do marihuany błądzi po omacku, a lekarz niemający zdania nie przejdzie na naszą stronę… bo nie ma ulotki, z której mógłby dowiedzieć się, co ma mówić pacjentowi. Paradoksalnie, w Stanach bardzo często to lekarze uczą się od pacjentów, nie na odwrót.

      Jak wiesz, mnie przekonywać nie trzeba. Ale musimy rozumieć też lekarzy, którzy są przyzwyczajeni do pewnych standardów. Wyobraź sobie, że przychodzi do Twojego gabinetu pacjent, który cierpi na bezsenność albo brak apetytu. Doskonale wiesz, że marycha mu pomoże. Ale pacjent dodaje: ale ja, panie doktorze, mam arytmię i biorę … (tu nazwa leku). Zalecisz mu marihuanę? W normalnych układach łatwo możesz znaleźć informację o możliwych interakcjach czy o przeciwwskazaniach do stosowania tego czy innego leku. Dla leku marihuana takich informacji (oficjalnych, „z pieczątką”) na razie nie ma. I w tym jest właśnie problem zwany brak badań.

      …co powiedziawszy, na koniec z takim samym przekonaniem powtórzę to, co od pewnego czasu głoszę publicznie: Marihuana leczy!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.