Nápad po holendersku

Jakiś czas temu przedstawiłem na tym blogu mój nápad, którego celem było umożliwienie użytkownikom zioła i wyciągów (głównie pacjentom, ale nie tylko) zbadania jakości leku czy „towaru” bez narażania się na ciosy ciężkiego ramienia sprawiedliwości ludowej. Odzew był marny, z nápadu nic nie wyszło. I chyba prędko się to nie zmieni, bo w ostatnim czasie nasze wolności raczej są ograniczane niż rozszerzane, bo podejście racjonalne do różnych spraw z podejściem dogmatycznym raczej przegrywa niż wygrywa. Laboratoria najzwyczajniej w świecie nie będą chciały się kopać z koniem, mają sporo innej roboty.

Proponuję rzucić okiem, jak to wygląda gdzie indziej. Oto dziennikarka BBC donosi, że w Holandii można pójść do laboratorium i zbadać sobie przyniesioną przez siebie substancję. W tym laboratorium najpierw określą, co to jest (na pozór głupie pytanie, ale od dilera dostaje się po prostu pastylkę albo proszek, ale certyfikatu już nie), a potem czy to coś jest bezpieczne do użytku. To znaczy: czy nie ma tam dodatkowych niebezpieczeństw (mówię oczywiście o zanieczyszczeniach). Najciekawsze w całej historii jest to, że nie zwraca się uwagi na legalność badanych substancji. Oraz to, że laboratorium jest państwowe. Pragmatyczni Holendrzy doszli do wniosku, że skoro ktoś tak czy tak zamierza coś zażyć, to przynajmniej niech to będzie sprawdzone. I nie jest to „pomaganie ćpunom”, to jest czysta kalkulacja: jeżeli ktoś zażyje zanieczyszczony nieznaną substancją narkotyk, nie wiadomo, jaka może być reakcja organizmu i jak potem delikwenta leczyć (tak bywa, gdy młodzi Polacy lądują w szpitalu po zażyciu zrobionych w garażu dopalaczy). Szeroko rozumiane koszty społeczne mogą być większe niż koszty działania laboratorium. To dokładnie ta sama filozofia („redukcja szkód”), która stoi za programami wymiany strzykawek czy organizacją specjalnych pomieszczeń, gdzie narkomani mogą w spokoju przygotować sobie i zażyć to, co mają do zażycia (np. z wykorzystaniem czystej wody zamiast skażonej deszczówki).

Zdaję sobie sprawę, że czytanie takich tekstów to dla nas jak lizanie cukierka przez szybę czy oglądanie w listopadzie filmu „The Beach”, ale mimo wszystko warto chyba wiedzieć, że może być inaczej.

1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.