Może dlatego – polemiki

Otrzymałem komentarz od autorki tekstu, którego dotyczył mój poprzedni polemiczny wpis. Komentarz można przeczytać w całości tutaj. (Zaznaczam, że tam jest całość, bo tutaj znowu zamierzam zastosować demagogiczną metodę odnoszenia się do niektórych tylko fragmentów. Dlaczego jest ona demagogiczna i zła, dalibóg nie wiem, dla mnie jest oczywiste, że fragmentów, które np. nie są interesujące albo nie są polemiczne, nie ruszam, bo i po co.)

Co do metod naturalnych i Hashimoto – spotkałam się ze strasznym kłamstwem, dotyczącym zastępowania leczenia przeciwnowotworowego niejakim olejem RSO – to o wiele bardziej groźne niż zaostrzenie objawów powoli rozwijającej się niedoczynności tarczycy. Odwołałam się do Hashimoto bo to choroba, z której producenci suplementów uczynili prawdziwe monstrum, nieźle na tym zarabiając, i faszerując ludzi kolejnymi absurdami.

Zarówno w omawianym poprzednio artykule, jak i w tej odpowiedzi, widzę u Pani manierę skakania ad libitum po różnych tematach, powiązanych ze sobą luźno albo i wcale. (Czy na tym ma polegać moja demagogia – że chcę się trzymać ściśle tematu?)

Mój komentarz dotyczył choroby Hashimoto i terapii hormonalnej. Przypomnę: „nigdy nie spotkałem się z poważnym postulatem zamienienia terapii hormonalnej terapią marihuanową”. Co ma z tym wspólnego leczenie (lub „leczenie”, jak Pani woli) raka przy pomocy „niejakiego RSO”? Nasza rozmowa (przynajmniej ja ją tak demagogicznie widzę) jest o medycznej marihuanie, nie o „nieźle zarabiających producentach suplementów”.

Ale absolutnie nie uciekam od tematu raka i RSO. To prawda, że nie ma na ten temat tak drogich Pani sercu badań naukowych, które by potwierdzały jego właściwości przeciwnowotworowe (choć dotychczasowe badania in vitro i in vivobardzo obiecujące). A proszę mi powiedzieć: skąd mają brać się takie badania, jeśli na pewno nie sfinansuje ich Big Pharma ani latające jej koło tyłka rządy. A na dodatek, dla wszelkiej pewności, RSO jest nielegalny nawet tam, gdzie legalna jest medyczna marihuana. (Dopiero niedawno rząd kanadyjski zrobił wyłom i zalegalizował ekstrakty, a tą samą drogą ma też pójść nowelizujący właśnie prawo rząd niemiecki.) Ale mam dla Pani niedobrą wiadomość: nie ma również badań, które by pokazywały nieskuteczność bądź szkodliwość takiej terapii. No i teraz, Pani Doktor, nadszedł nieprzyjemny dla polskiego lekarza moment zdeklarowania się: czy opowiada się Pani za pacjentem i jego prawem do spróbowania każdego lekarstwa, czy też jednak uważa Pani, że ważniejsze są opracowane przez urzędnika procedury, a pacjent ma się im podporządkować.

(Proszę zauważyć, że w tej dyskusji nie wyciągam, mimo dużej pokusy, argumentu 3% skuteczności legalnej terapii przeciwnowotworowej.)

Leki znoszą objawy. A marihuana leczy? Wydaje mi się, że nie jest LEPSZA, co oznacza nie że jest bezużyteczna, ale do cudu który uwolni cywilizację od wszystkich bolączek, bezboleśnie, i bezproblemowo niestety jej daleko.

Świetny chwyt polemiczny: podać nieistniejący argument adwersarza, a potem go przekonująco zbić. Dlaczego nieistniejący? – proszę mi powiedzieć, kto z poważnych dyskutantów twierdzi, że marihuana jest cudownym lekiem? Ja nikogo nie znam, a wydawało mi się, że z tych poważnych to znam u nas wszystkich. No, ale może się mylę, niecierpliwie czekam na wskazanie palcem.

Prokurator jest po to aby bronić pacjentów, a nie kryć lekarzy – zgadzam się. Ale nie powinien też służyć do wyłudzania odszkodowań – a zaczynamy doganiać stany.

Nie wiem, jakie jest Pani zdanie o Jerzym Ziębie. Większość polskich lekarzy ma go za znachora i szkodzącego (ale nie wiem: pacjentom czy lekarzom) szarlatana. Proponuje on taką zmianę prawa, by lekarz mógł, w porozumieniu z pacjentem, stosować w leczeniu dowolną terapię, by nie był ograniczony procedurami. Zgoda pacjenta zwalniałaby lekarza od odpowiedzialności bez względu na wynik terapii.

Nie wiem czy to przypadek Pana mamy, ale często jest tak, że pacjent zmienia lekarzy, i nadal bierze leki od „starego, gorszego” specjalisty, i te które dostaje on „nowego”, mimo że różnią się tylko nazwą. Mimo bardzo ograniczonej praktyki widziałam już kilka przypadków tzw. „polipragmazji jatrogennej”, rekordzista brał 30 pigułek i gdyby nie możliwość komputerowej weryfikacji wydanych recept (Hiszpania) – nigdy byśmy do tego nie doszli.

OK, ale nie odpowiada to na moje pytanie: dlaczego lekarzom nie przeszkadzają interakcje pomiędzy rozlicznymi farmaceutykami (w każdym razie nie na tyle, żeby się jakoś szczególnie ograniczać w ich przepisywaniu), a nagle jest to problem w przypadku całkowicie naturalnej substancji, która oczywiście może reagować z chemią, ale przynajmniej nie zwiększają sumy ogólnego zatrucia organizmu. (A, i czasami zmniejszają zapotrzebowanie na farmaceutyki – co z oczywistych względów nie wszystkim się podoba.)

Usunęłam fragment o dzieciach z ADHD które matki (na zachodzie, do nas chyba to jeszcze nie dotarło) faszerują od młodego wieku THC. To, że THC ma wpływ na rozwijający się mózg jest już dzisiaj pewne.

Czy z taką samą żarliwością występuje Pani przeciwko stosowaniu chemioterapii u dzieciaków? Czy może uważa Pani, że chemioterapia jest dla dzieci obojętna? Proszę pamiętać, że nie rozmawiamy tu o zapaleniu sobie skręta z dzieckiem w sobotni wieczór, lecz o dramatycznych przypadkach ciężkich chorób dziecięcych. Zapewne słyszała Pani o Maxie Gudańcu: przez 5 lat stał w rozwoju umysłowym, dosłownie stał, bo napady padaczki resetowały mu umysł w rytmie kilkaset razy na dobę. Pomogła mu dopiero medyczna marihuana zawierająca, o zgrozo!, szkodliwy dla dzieci THC. Co by Pani poradziła jego rodzicom: żeby poczekali z marihuaną, aż Max osiągnie pełnoletniość i dopiero wtedy zaczął uczyć się siadać?

Nie słyszałem o modzie „faszerowania dzieci THC”. Słyszałem o przypadkach bardzo podobnych do opisanego wyżej, gdzie THC (w bardzo niewielkich dawkach) sprawił, że odblokował się rozwój tych dzieciaków. Istotnie, THC rzeczywiście miał wpływ na ich rozwijający się mózg. W Polsce odpowiedni ludzie (w tym lekarze) stoją na straży, żeby nie miał.

Dodam jeszcze, że lekarz nie wypisze marihuany, póki nie będzie miał pewności, że to lek który ktoś przetestował, gwarantując jego bezpieczeństwo.

Skoro uważa Pani, że przepisując jakikolwiek farmaceutyk lekarz ma jakąkolwiek pewność, to znaczy, że nie czytała Pani żadnej z poleconych poprzednio dwóch książek. Jeszcze raz zachęcam (choć uprzedzam, że lektura może przewrócić Pani poukładany świat składający się z dobrych sprawdzonych lekarstw).

Słyszałam o 2 przypadkach pogorszenia padaczki (w jednym z nich – dramatycznie), oraz o przypadku wystąpienia objawów przypominających obrzęk mózgu po podaniu (ustalenie czy te objawy – !nie obrzęk, objawy!) były przyczyną MM było niemożliwe do ustalenia ze względu na chorobę podstawową.

Nie bardzo rozumiem: czy te (niepewne na dodatek!) przypadki są dla Pani argumentem przeciw MM? Bo mocno mi to przypomina scare tactics prohibicjonistów: niby związku wykazać nie można, ale, wicie, rozumiecie, no coś tam chyba było.

(A na marginesie: czy to dramatyczne pogorszenie padaczki nie miało aby miejsca w CZD, gdzie – wbrew wyraźnym ostrzeżeniom producenta – prowadzono na małych pacjentach eksperyment z wykorzystaniem Sativexu? Bardzo bym się nie zdziwił…)

Nie wątpię, że prokurator znajdzie jednak związek przyczynowo-skutkowy, albo odwoła się do wspomnianej kwestii wytycznych.

W tej chwili pewnie tak, dlatego jak najszybciej jest potrzebna zmiana prawa.

Wytyczne nie są złe – EBM nie jest doskonała, ale wyobraża sobie Pan aby każdy leczył wedle własnego uznania? Np. bo producent leku zachwalał produkt?

Fakt, dać lekarzowi prawo samodzielnego podejmowania decyzji to ryzykowny pomysł. Tylko po kiego grzyba studia lekarskie trwają całe 6 lat (+ jeszcze praktyki i inne pieszczoty). Podejrzewam, że czytania wytycznych ze zrozumieniem można skutecznie wyuczyć w rok.

Czytałam Pana książkę. Dużo jest tam wiki-science

Nie, „Wiki-science” nie ma tam wcale. Wikipedią posiłkowałem się przy podawaniu pewnych dość powszechnie znanych faktów (żeby nie używać słów „mówi się, że”) czy definicji chorób (zakładam, że te nie są kontrowersyjne). „Science” pochodzi z badań naukowych znalezionych np. przy pomocy PubMedu.

niektóre fragmenty były całkiem dobrze napisane, jednak nie jest to poziom oksfordzkiego „Handbook of cannabis”.

Z pokorą spuszczam głowę. Przed załamaniem nerwowym ochroni mnie jednak fakt, że moim zamiarem nie było napisanie dzieła na takim poziomie. Chciałem napisać książkę popularnonaukową (a nawet popularno-popularnonaukową), która w oparciu o poważne źródła, ale w sposób przystępny również dla osób niemających żadnego przygotowania fachowego, będzie wprowadzeniem do tematu medycznej marihuany. Parę osób mówiło mi, że mi się to udało. (Proszę sobie wyobrazić, że mówili tak również lekarze.)

Niestety, to jak podchodzi Pan do marihuany dalekie jest od (modne ostatnio wyrażenia) „holistycznego podejścia”.

Nie wiem, co Pani rozumie przez podejście holistyczne. Czy holistycznie podchodzą do pacjentów polscy lekarze? (Ponownie przywołam znachora Ziębę: na jednym z wykładów opowiadał, że grono trzęsące polską onkologią zdecydowało o nowym, holistycznym podejściu do raka: zamiast, jak dotąd, stosować albo chemię, albo radio, albo skalpel, teraz ma się do tematu podchodzić holistycznie i stosować wszystkie trzy metody jednocześnie. No, powiało wielkim światem.)

Marihuana promowana nachalnie jako lek, który uleczy wszystkie nasze bolączki to kłamstwo, i za jakiś czas to lekarze będą musieli ją odkłamywać właśnie lekarze.

Czy „nachalne promowanie” to zarzut pod moim adresem? Jeśli tak, to prosiłbym o konkrety (fragment z książki, artykuł, wpis na blogu), żebym mógł się zorientować, o co konkretnie jestem oskarżony. A jeśli chodzi o odkłamywanie marihuany przez lekarzy… ło matko, tego się właśnie boję. Skoro Pani jest lekarzem, to wie Pani świetnie, czego o MM dowiadują się studenci w trakcie 6 lat studiów. Tym z Czytelników, którzy lekarzami nie są wyjaśniam: niczego. Zero. Null. Nothing. Nada. Szanowni polscy lekarze: nie odkłamujcie nam marihuany! Jeżeli chcecie nam pomagać, to zdobądźcie stosowną wiedzę i bądźcie naszymi sprzymierzeńcami w walce z chorobą. A jeżeli nie, to wesprzyjcie nasze prawo do leczenia się tak, jak my uważamy. Nasze życie jest nasze, nie Wasze ani państwowe. I pamiętajcie: Was też może dopaść. Albo kogoś z Waszych bliskich. I gdy zawiedzie Was Święta Farmacja, może być za późno na walkę o legalizację. A Ustawa o przeciwdziałaniu narkomanii nie przewiduje nadzwyczajnego łagodzenia kary dla lekarzy.

PS

No to jeszcze zrzut z ekranu pokazujący kawałek bloga Lady Perfect. I komentarz (żartobliwy, nie złośliwy): nie ma to jak dobry algorytm… 🙂

dlatego2

PS2

Właśnie się dowiedziałem, że dalszego ciągu rozmowy nie będzie. Pani doktor naszkicowała mój profil psychologiczny i uznała, że szkoda jej czasu. Aj, dlaczego mnie to nie dziwi?

…ja już skończyłam. Żal mi czasu na dyskusję będąca próbą zaspokojenia Pańskiego ego. Pan z definicji nie znosi osob, które mają inne zdanie o MM i inną wizję. A muszę Pana rozczarować – inaczej patrzy na MM biolog, farmaceuta, lekarz, producent… I dealer. Zawszę bedą ludzie o odmiennych opiniach i warto ich słuchać. Ale nie zawsze warto wdawać sie w dyskusje. Bez odbioru.

Komentarzy: 3

  1. Żałuję, że nie będzie tu najpewniej dalszego ciągu, bo lektura pierwszorzędna. Ciekaw jestem, czy u Pani doktor po dyskusji pojawiła się refleksja, czy tylko wyparcie.. Mnie, z racji usposobienia, najbardziej ubódł ten fragment: „Usunęłam fragment o dzieciach z ADHD które matki (na zachodzie, do nas chyba to jeszcze nie dotarło) faszerują od młodego wieku THC. To, że THC ma wpływ na rozwijający się mózg jest już dzisiaj pewne.”
    Zapewne Pani doktor, tak przeciwna THC, nie ma nic przeciwko faszerowaniu dzieci z ADHD od najmłodszych dni metylofenidatem, a amfetaminy na receptę przepisuje nadpobudliwym dzieciakom wręcz rutynowo? Ciekawe co sądzi o wpływie tych substancji na rozwijający się mózg? A skutki przedawkowania – świadomego bądź nie?
    Dla mnie to jest książkowy objaw hipokryzji i braku logiki..

  2. Przerażające, że są tacy lekarze którzy nie poddają w wątpliwość swojej wyuczonej wiedzy, są oporni na jakiekolwiek „nowinki” ze świata medycyny, reagują agresją i fobią wobec nieznanych informacji… Smutne to. Inteligentni ludzie zawsze będą głodni wiedzy, będą poszukiwać, rozważać… Nie da się inaczej tego nazwać jak „fobia”.

Odpowiedz na „El MarychaAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany.