Jeszcze o ustawie

W różnych filmach dokumentalnych występuje pewien pan, który dla Amerykanów był takim Dorotem Gudańcem, dopóki nie pojawiła się Paige Figi ze swoją córką Charlotte. Każdy, kto interesuje się medyczną marihuaną, zna tę historię: u małego Jaydena Davida w wieku 4 miesięcy stwierdzono ciężką postać padaczki – zespół Dravet. Miewał po 500 mininapadów dziennie, przeplatanych dla urozmaicenia trwającymi nawet półtorej godziny napadami typu grand mal. Nie pomagały żadne farmaceutyki, aż w końcu ojciec dowiedział się o marihuanie. Dalszy ciąg jest znany (a jeśli to dla kogoś temat nowy, to koniec jest łatwy do odgadnięcia).

Przypomniałem sobie tę historię w związku z moim głównym zastrzeżeniem do projektu ustawy, obrabianego obecnie przez Sejm. Ojciec Jaydena opowiada, że gdy chłopiec miał 4,5 roku, przyjmował 22 różne leki. Codziennie! Do piątego roku życia zjadł łącznie 25 tysięcy pigułek! W związku z tym zasadne wydaje mi się pytanie: ile czasu (mierzonego kalendarzem lub zjedzonymi pastylkami) musi upłynąć, żeby uznać, że „skuteczność [terapii] w indywidualnych przypadkach nie jest wystarczająca„? Jak bardzo trzeba chorego struć farmaceutykami (miara: procent zrypanej wątroby albo łączna suma wydana na leki), żeby uzyskał on prawo do leczenia się marihuaną?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.