Dzień Zioła, dzień Siou’a

Z powodów, których nie pamiętają już nawet najstarsi Indianie, liczba 420 symbolizuje marihuanę. Z tego też powodu dzień 4/20 (w amerykańskim kalendarzu jest to 20 kwietnia) jest nazywany Weed Day (Dzień Zioła), a godzina 4:20 dnia 20 kwietnia jest momentem wręcz magicznym (oczywiście 4:20 po południu, bo o 4:20 rano ludzie zwykle śpią, a użytkownicy zioła to już w szczególności 🙂 .)

I właśnie w najbliższy poniedziałek, 20 kwietnia o godzinie 16:20 będziemy świętować w Warszawie (z tego co wiem, to po raz pierwszy w Polsce) nasz Dzień Zioła. W odróżnieniu od podobnych imprez na całym świecie i w odróżnieniu od corocznych Marszów Wyzwolenia Konopi, nie będzie to wydarzenie wesołe. Jak złowroga ciemna chmura będzie nad nim wisieć aresztowanie Siou’a – Jakuba Gajewskiego, wiceprezesa Stowarzyszenia Wolne Konopie, zbrodniczo używającego oleju z marihuany w celach leczniczych, za co może pójść do pudła na 15 lat. Za gwałt dostałby maksymalnie 12.

Nie wiem jeszcze dokładnie, jaki będzie przebieg tego wydarzenia: czy stacjonarna manifestacja, czy przemarsz. Ale wiem, jaki będzie jego cel. A właściwie cele, bo będą co najmniej dwa.

Po pierwsze, będziemy chcieli wyrazić naszą solidarność z Jakubem i nasze żądanie, by wymiar sprawiedliwości wymierzał sprawiedliwość, a nie badał zgodność z takim czy innym paragrafem – bo wbrew pozorom to nie jest to samo; by pamiętał, że intencje sprawcy są ważniejsze niż to, co jest w kodeksach.

A po drugie my, obywatele, do cholery podobno suweren w tym kraju, będziemy chcieli władzy, czyli zatrudnianym przez nas pracownikom najemnym, pokazać, gdzie mamy takie prawo, które zmusza nas do potajemnego leczenia się tym, co za skuteczne uważamy nie tylko my, lecz także setki lekarzy i tysiące chorych w wielu innych miejscach na świecie – tam, gdzie władza ma choć trochę poważania dla dobra obywateli i medyczną marihuanę zalegalizowała kilka, a nawet kilkanaście lat temu. Będziemy chcieli pokazać, że czas odpornych na wiedzę narkofobów szybko dobiega końca. Zamanifestować, że nie chcemy mieszkać w kraju, w którym wpływ na życie obywateli mają kłamstwa wymyślone 80 lat temu za oceanem i bezmyślnie powtarzane dla naszego jakoby dobra.

Nie sądzę, żebyśmy krzyczeli „Palić, sadzić, zalegalizować„. To raczej zostanie na późniejsze marsze. Myślę, że protest w ciszy miałby większą wymowę i większą siłę. Jak dawno temu śpiewali Skaldowie: cisza krzyczy.

Przyjdzie zwlec się z łóżka o nieprzyzwoitej dla mnie porze i jechać do Warszawy. Tradycyjnie będę myślał (używając słów uważanych za niecenzuralne wszędzie za wyjątkiem pewnych naszpikowanych mikrofonami warszawskich restauracji), że w cywilizowanym kraju na przebycie tych 250 kilometrów pociągiem (tam chyba już ich nie nazywają „szybkimi”, tam to są po prostu pociągi) potrzebowałbym godziny. Tutaj – trzy i pół. Ale nie wyobrażam sobie, żeby 20 kwietnia o 16:20 zabrakło mnie w Warszawie. Na marszu czy manifestacji, w ciszy czy z okrzykami, tam trzeba być. Wśród – mam nadzieję – wielu, wielu tysięcy innych ludzi. Suwerenów, do cholery.

1 komentarz

  1. „…my, obywatele, do cholery podobno suweren w tym kraju, będziemy chcieli władzy, czyli zatrudnianym przez nas pracownikom najemnym, pokazać, gdzie mamy takie prawo, które zmusza nas do potajemnego leczenia się tym, co za skuteczne uważamy nie tylko my, lecz także setki lekarzy i tysiące chorych w wielu innych miejscach na świecie…”
    Święte słowa. Badania naukowe dostarczyły już tylu dowodów na dobroczynne działanie marihuany na zdrowie człowieka, że powstaje pytanie: komu zależy na tworzeniu prawa penalizującego nie tylko jej używanie ale już jej posiadanie. Odpowiedź jest tylko jedna – wyłącznie firmom farmaceutycznym i mafii. Firmom farmaceutycznym – bo marihuana odbierze im gigantyczne zyski liczone w pierdylionach dolarów. Mafii – z tego samego powodu. Jednych i drugich łączy znak równości.
    Dlatego trzeba wykrzyczeć posłom i senatorom, że narzucając nam prawo chroniące interesy przestępców stają z nimi w jednym szeregu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.